Dawno żaden film Stevena Spielberga nie wzbudzał tylu różnych emocji. "Czas wojny" (tytuł oryginalny "War Horse") niejako
powraca do tematów znanych z największych dzieł amerykańskiego reżysera - "Szeregowca Ryana" czy "Imperium Słońca", łącząc je z naiwną, dziecięcą perspektywą znaną chociażby z "E.T." czy "Parku Jurajskiego". Mamy więc tutaj wojnę światową (tym razem pierwszą), młodego żołnierza Alberta (Jeremy Irvine), syna farmera Teda Naracotta (Peter Mullan u boku Emily Watson) i jest koń, wokół którego kręci się cała historia.
Ale jak to w filmach Spielberga, nie chodzi o zwykłego konia. Zwierzę charakteryzuje się niezwykłą inteligencją, otrzymuje imię Joey, między chłopakiem a zwierzęciem nawiązuje się silna więź. Po wybuchu wojny
rodzice Alberta są jednak zmuszeni sprzedać Joeya wojsku - wkrótce bierze udział w bitwie i trafia do rąk nieprzyjacielskiej armii niemieckiej. Niedługo potem na front trafia także sam Albert, który ma nadzieję, że w wojennej zawierusze uda mu się odnaleźć jego dawnego przyjaciela.
Historia skazana na sukces?Efektowne zdjęcia i pacyfistyczne przesłanie z jednej strony, patos, kicz i cukierkowatość z drugiej - tak o filmie pisze zagraniczna (i nie tylko) prasa.
Scenariusz do niego powstał na podstawie książki Michaela Morpurgo, która została wydana w Wielkiej Brytanii w 1982 r., a następnie przed paroma laty przeniesioną z sukcesem na scenę. Napisana została z inspiracji rozmowami z weteranami I wojny światowej. Wielu z nich podkreślało, że trudny los wojenny dzielili nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Statystyki są porażające: cała I wojna pochłonęła życie przeszło 10 milionów koni.
Jak to jednak pokazać, łącząc w sobie i cechy filmu wojennego, i kina familijnego? Tego wyzwania podjął się Spielbierg, sam określający powieść historią "o poświęceniu, wierze, nadziei i wielkiej wytrwałości".
Spielberg przekracza graniceHollywood Reporter podkreśla, że znajdziemy tutaj wiele wątków znanych z jego dotychczasowych filmów. I wymienia: "Jest odosobniony chłopiec, który obdarza uczuciem nieludzką istotę, wielki XX-wieczny konflikt i historia, zmuszająca ludzkość do poświęceń i zjednoczenia ponad podziałami".
Zagraniczni krytycy w większości zachwalają najnowsze dzieło twórcy "Szczęk" i "Indiany Jonesa", ale nie zabrakło i takich, którzy wypunktowali mu jego potknięcia. -
"Cienka granica pomiędzy sentymentalizmem a ckliwością zbyt często została tutaj przekroczona" - ocenił "The Independent". Podobny zarzut wystosował dziennikarz "Guardiana", pisząc m.in. o jego "toksycznym poziomie sentymentalizmu".
Z rezerwą podeszli do niego też widzowe. Potwierdzają to wyniki box office'u. Film kosztował 66 mln dolarów i od świąt Bożego Narodzenia wpływy z biletów wyniosły skromne 67 mln.
Najlepszy i najgorszy SpielbergPodobne opinie pojawiają się w rodzimej prasie. "W >>Czasie wojny<< znajdziemy wszystko, co najlepsze i najgorsze w filmach Stevena Spielberga: rozmach, reżyserską wirtuozerię, ale też nieznośny patos i sentymentalizm niczym w bajce na dobranoc" -
ocenia Jacek Szczerba w "Gazecie Wyborczej".
">>Czas wojny<< bombarduje obezwładniającym kiczem od pierwszych ujęć" -
wtóruje mu Paweł T. Felis. Zachwala zdjęcia Janusza Kamińskiego (nagrodzonego Critics' Choice Movie Awards), ale krytykuje siermiężną i przesiąkniętą patosem muzykę Johna Williamsa (nominacja do Złotych Globów).
Poziom ckliwości nie powinien zresztą dziwić, biorąc pod uwagę autorów scenariusza: odpowiadają za niego Richard Curtis, twórca bożonarodzeniowego hitu "To właśnie miłość", oraz Lee Hall, autor słynnego komediodramatu "Billy Elliot".
Podobnie jest z efektami specjalnymi. Imponują, ale
więcej tutaj nawiązań do klasyki kina niż najnowszych superprodukcji. "Efektowne wybuchy nie śmierdzą kartą graficzną, a prochem strzelniczym, zaś konie i zadziorny gęsior (znakomity epizod - wieszczę wielką karierę!) grają przekonująco wyłącznie dzięki talentowi własnemu oraz treserów" -
pisze Łukasz Muszyński w Filmwebie.
Warto więc dać się Spielbergowi przekonać? ">>Czas wojny<< to przede wszystkim perfekcyjny przykład wyciskacza łez. Ale Spielberg dobrze wie, że
w jego przypadku pojęcie obciachu nie istnieje - jeśli komuś wolno w Hollywood wszystko, to właśnie jemu" - podsumowuje Felis.