Wojciech Staszewski: Ostatnio przeżywałem "Różę". Brzuch mnie przez pana bolał.Marcin Dorociński: Mnie też wszystko przez ten film bolało. Bo to strasznie mocny film.
Jak panu gwałcą kobietę, pan wpada do tego pokoju, Jezu...- Proszę się uspokoić, to przecież było udawane.
To fragment wywiadu z Marcinem Dorocińskiem, odtwórcą głównej roli "Róży" Smarzowskiego, który ukazał się w czwartek w "Dużym Formacie". Zresztą słowa "ból", "zło", "okrucieństwo" najczęściej chyba padają w recenzjach. Co tu więc tak strasznie mocnego i czy warto zaryzykować wycieczkę do kina?
Akcja filmu rozgrywa się w latach 1945-46 na Mazurach, które po zakończeniu II wojny światowej zostają poddane procesowi repolonizacji. Na tym tle poznajemy losy Tadeusza (Marcin Dorociński), AK-owca, osadnika, któremu wojna odebrała wszystko. Przybywa na
Mazury do domu Róży (Agata Kulesza), gdzie poznaje jej dramatyczną historię.
Film o miłości? NieprawdaFilmowi Smarzowskiego od początku towarzyszy spore zamieszanie. Uważany był m.in. za największego faworyta
zeszłorocznego festiwalu w Gdyni. Ostatecznie triumfował "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego, zgarniając statuetki we wszystkich najważniejszych kategoriach, co wzbudziło małą sensację.
- Smarzowski twierdzi, że pragnął zrealizować film o miłości. Ja w to nie wierzę i widzowie też nie powinni wierzyć - opowiadał krytyk Wojciech Kałużyński. - On chciał zrobić film o naszej historii, "w poprzek" naszego dobrego samopoczucia.
Nie jest to obraz dla nas miły. To opowieść o okrucieństwie.
Sam reżyser w jednym z wywiadów przyznał, że
chwilami mocny nastrój udzielał się całej ekipie filmowej: - U mnie o łzy nie jest trudno, bo ja płaczę na meczach piłki nożnej. Ale ekipa też płakała - opowiadał. - To było mocne. Na szczęście napisy trwają długo, więc oczy zdążą wyschnąć.
Intensywne i brutalne przeżycieOkrucieństwo i brak zasad to częsta wizytówka filmów Smarzowskiego. Tak było w "Weselu" z przejaskrawionym obrazem przaśnego polskiego wesela, naśmiewającym się z naszych przywar i ułomności. I tak było w "Domu złym", przenoszącym nas w czasy szarego, ponurego PRL-u. W "Róży" nawet jeśli pojawia się jakiś promyk nadziei, to zaraz "ginie w czeluściach wojennego upodlenia ludzkiej godności" -
twierdzi Patryk Tomiczek w Stopklatce. A recenzent Wirtualnej Polski próbuje sobie przypomnieć:
"kiedy ostatnio po obejrzanym filmie czułem się tak rozbity"?
Smarzowski zrealizował "Różę" według scenariusza Michała Szczerbica. I to on podobno sprawił, że ten zainteresował się powojenną historią Mazur. Kolejnym jego atutem są aktorzy. Główne role grają
Agata Kulesza i nagrodzony Złotym Lwem
Marcin Dorociński, na planie towarzyszyli im m.in. Marian Dziędziel, Eryk Lubos, Kinga Preis i Jacek Braciak.
Smarzowski zawsze mówił o tożsamości Polaków dosadnie i bez znieczulenia -
zauważa Barbara Hollender w "Rzeczpospolitej". - "Jego nowocześnie opowiedziane filmy nie są opisem jednej imprezy, jednej zbrodni, jednej miłości, lecz uniwersalną refleksją o Polsce. Jeśli nie odchorujemy ich i nie zrozumiemy własnych ułomności, to ani wakacje pod palmami ani blichtr luksusowych apartamentowców, nie uczynią z nas Europejczyków".
A więc warto dać się Smarzowskiemu znów zdzielić obuchem? Krytycy nie pozostawiają zbyt wiele miejsca na wątpliwości. Paweł T. Felis w "Gazecie Wyborczej" wystawił filmowi maksymalną notę (sześć gwiazdek) i tak w swojej recenzji stwierdza: "Marne byłoby polskie kino bez Wojtka Smarzowskiego".