Historie rodzinne ****

Kanada 2012 (Stories We Tell) Reż. Sarah Polley
Tajemnice rodzinne kanadyjskiej aktorki.

Sarah Polley, która karierę aktorską zamieniła z powodzeniem na reżyserską ("Daleko od niej", "Take This Waltz") zgromadziła tu swoją rodzinę (ojciec plus liczne rodzeństwo), przyjaciół domu oraz ludzi, których losy z Polleyami się związały, aby - tak się przynajmniej początkowo wydaje - opowiedzieli o jej matce, Dianie, też zresztą aktorce, która zmarła na raka, gdy Sarah miała 11 lat. Z ich relacji, ilustrowanych obszernym materiałem zdjęciowym (archiwalne fotografie, mnóstwo kręconych na Super-8 domowych filmików itp.), wyłania się obraz kobiety niezależnej, nieco zwariowanej, kochającej rodzinę, ale z trudem mieszczącej się w rolach żony i matki, temperamentnej i bardzo rozrywkowej - i niezbyt szczęśliwej w małżeństwie z Michaelem (który czyta tu do mikrofonu spisaną przez siebie wersję zdarzeń), mało namiętnym, powściągliwym, zamkniętym w sobie i nie bardzo potrafiącym wyrażać swoich uczuć. Ale to tylko początek. Wkrótce docieramy do rodzinnego sekretu, którego odkrycie było dla dorosłej już Sary szokiem i którego opisywanie i naświetlanie z wielu stron stanowi główną treść filmu...



"Historie..." były podobno znakomicie przyjęte na festiwalu w Wenecji, znam osobiście entuzjastów tego filmu, ale ich zachwytów nie podzielam. Mówiąc w skrócie: na pewno dobry, ale nie aż tak, jak się mówi. Jest - przynajmniej przez pierwszą godzinę - ciekawy i wciągający (formuła osobistego śledztwa zawsze jest pod tym względem pomocna), umiejętnie odsłaniający kolejne rewelacje, inteligentnie zmontowany, zrobiony z taktem i wyczuciem - co ważne, gdyż mówi się tu o sprawach bardzo już prywatnych, intymnych. Nie bez znaczenia jest fakt, że rozmówcy Sary to ludzie sympatyczni i elokwentni - i, mimo zrozumiałych oporów, życzliwi jej projektowi. Jednak historia, jaka się z niego wyłania, nie jest wcale taka "niesamowita", "niezwykła", jak to się uporczywie powtarza. Przeciwnie, znamy ją i z książek, i z filmów - tyle, że przytrafiła się aktorce naprawdę, a nie na planie. Można też przypuszczać, że gdyby stała się udziałem jakieś anonimowej mieszkanki Toronto, mało kogo by zainteresowała - tak bardzo tego typu "rodzinne skandale" już spowszedniały. "Historie rodzinne" opowiadają też o względności prawdy, ale przedstawiane tu, krzyżujące się wersje przeszłości nie są aż tak diametralnie różne, a rozbieżności łatwo można wytłumaczyć samą odmiennością perspektyw - Polley zaś wydaje się szalenie zdziwiona i wręcz zafascynowana tym, że ludzie ten sam fakt postrzegają w różny sposób. Film, m.in. w związku z tym, jest dużo za długi, a końcowe pół godziny, gdy opowieści zamieniają się w metaopowieści (opowieści o własnych opowieściach), wlecze się na jałowym już biegu. Najmniej w gruncie rzeczy dowiadujemy się z niego o samej Polley, co jednak równie dobrze można uznać za zaletę (nie wpycha się na pierwszy plan, pozostaje w cieniu, potrafi powstrzymać swój aktorski egocentryzm), co za wadę. W każdym razie na jednomyślny aplauz nie zasługuje.