Na głębinie ****

Islandia 2012 (?Djupidw?) Reż. Baltazar Kormakur. Aktorzy: Olafur Darri Olafsson, Johann G. Johannsson
Oparte na autentycznej historii: w marcu 1984. roku tonie kuter z sześcioma islandzkimi rybakami na pokładzie, ale jeden z nich podejmuje desperacką próbę ocalenia.

"Na głębinie" Baltazara Kormakura ("101 Reykjavik", a po skaperowaniu do hollywoodzkiej drużyny m.in. niedawno pokazywani "Agenci") zaczyna się trochę podobnie jak "Gniew oceanu" - tyle że bez efektów specjalnych (wszystko robione jest "na żywca"), no i bez Clooneya. A więc grupa rybaków, twardych, lubiących wypić facetów, wypływa na połów. Wskutek nie tyle gigantycznej fali, co awarii sprzętu (sieć zaczepia o podwodną skałę, a wyciąg się zacina) kuter tonie. Jeden z rybaków, pucołowaty, amorkowaty Gulli (Olaffson) próbuje dopłynąć do brzegu. Nie, wbrew pozorom nie jest to typowe "kino przetrwania", w którym opowiada się o walce z żywiołem natury, a najważniejszym pytaniem pozostaje, czy bohaterowi uda się ją wygrać. Tak jest tylko w pierwszej połowie: mamy katastrofę, towarzysze Gulliego szybko idą na dno, a on sam, nie tyle nawet płynąc, co wiosłując rękami, jakby siedział w niewidocznej łódce, walczy ze wzburzonym oceanem. Jest to fragment filmu emocjonujący, przejmujący (zwłaszcza gdy Gulli rozmawia z mewą; na podobnej zasadzie najbardziej ruszającym epizodem z "Cast Away" był ten, w którym Hanks konwersował z piłką do siatkówki; człowiek jest jednak istotą towarzyską, niestworzoną do samotności) i wzruszający (gdy Gulli zastanawia się, dlaczego warto mu nadal żyć, a są to powody rozbrajająco skromne). Ale jednak - tylko fragment. To, co najważniejsze i najciekawsze, dzieje się potem.

Kormakura bowiem interesuje najbardziej, jak to w ogóle było możliwe, że - UWAGA! SPOILER! - zwyczajny facet wytrzymał kilka godzin w wodzie o temperaturze 5 stopni, gdy przecież powinien zapaść na hipotermię po 15 minutach? (W tym momencie stara formuła "oparte na autentycznych wydarzeniach" pomaga, bo faktycznie wydaje się to nieprawdopodobne). Czy zadecydowały jego właściwości fizyczne ("foczy" tłuszcz), czy siła psychiczna (pokora wobec wyroków losu)? W drugiej połowie film jest mieszanką klasycznego dramatu sumienia (dlaczego ja się uratowałem, a inni nie?), komedii o bezradności nauki wobec niewytłumaczalnych zjawisk (jeden z maglujących Gulliego profesorów pyta "Musiał być pan wysportowany?", ten zaś odpowiada skromnie "Byłem dobry w szachy") i swoistego peanu na cześć niezwykłej, nieludzkiej wręcz wytrzymałości islandzkiego ludu (Kormakur w wywiadach tłumaczył, że historia miała być metaforą losu jego kraju). Trochę jest to wszystko razem chaotyczne i przelatujące "po łebkach", ale jakieś intrygujące poczucie tajemnicy pozostawia. Nie chodzi tu tylko o banalną kwestię granic ludzkich możliwości. Ten mały, skromny (jak jego bohater) film zanurza się - nomen omen - głębiej.