Matterhorn ***

Holandia 2013 Reż. Diederik Ebbinge. Aktorzy: Ton Kas, Rene van't Hof
Surowy protestant i zdziecinniały włóczęga czyli tragikomedia po holendersku.

Fred jest głęboko religijnym 50-latkiem, mieszkającym w małym miasteczku i żyjącym według starannie odprawianych codziennych rytuałów: mechaniczna rutyna ratuje go przed rozpaczą po śmierci ukochanej żony i utracie syna (co się z nim stało, nie wiemy). W jego nudne i uporządkowane życie wkracza tajemniczy, robiący wrażenie opóźnionego umysłowo włóczęga Theo...



"Matterhorn" (tytuł pochodzi od nazwy alpejskiego szczytu, u podnóża którego Fred oświadczył się żonie) jest przede wszystkim filmem o samotności: dla Freda przygarnięty pod dach Theo staje się substytutem nieżyjącej żony i nieobecnego syna. Ale też o nietolerancji: ich wspólne mieszkanie oraz ekstrawaganckie zwyczaje Theo (lubi się przybierać w sukienki żony Freda) wywołują oburzenie mieszkańców miasteczka, którzy podejrzewają ich o homoseksualizm. Jest skądinąd ciekawe, że zawarty tu apel o poszanowanie odmienności płynie akurat z Holandii, kraju cieszącego się zasłużoną opinią ultraliberalnego. No, ale nie jesteśmy w Amsterdamie, tylko na holenderskiej prowincji.

Jest to zresztą Holandia trochę abstrakcyjna i zawieszona w bezczasie (współwystępują tu elementy najzupełniej współczesne i sprzed pół wieku). Równie umowna jest psychologia postaci, które zachowują się z pełną dowolnością, tak jak sobie akurat życzy scenarzysta i reżyser - bardziej jak pociągane za sznurki kukiełki, niż żywi ludzie. Wszystko to przypomina spektakl teatru absurdu, dla mnie średnio raczej zabawny: ten typ humoru wymaga szczególnego talentu, któremu debiutującemu Diederikowi Ebbinge (aktorowi zresztą) moim zdaniem nie dostaje. Przez pierwszą połowę opowieść jest też straszliwie powolna i nudna. W drugiej jest znacznie lepiej: wszystko zostaje precyzyjnie wyjaśnione i ładnie zaokrąglone, Fred - m.in. pod wpływem reakcji mieszkańców na jego niewinny "związek" z Theo - uświadamia sobie swoje własne przewiny itd. itp. Dotrwać jednak do niej, mimo krótkości filmu (84 min.), łatwo nie jest.