Goltzius and the Pelican Company ****

Wielka Brytania-Holandia-Francja-Chorwacja 2012. Reż. Peter Greenaway. Aktorzy: F. Murray Abraham, Ramsey Nasr, Halina Reijn, Vincent Riotta, Giulio Berruti
Dawno już Greenaway nie był tak błyskotliwy i... przystępny.

"Handlowaliśmy książkami i słowami" - przyznaje na początku Goltzius (Nasr), holenderski malarz i rysownik z XVI wieku, postać autentyczna, która w filmie Greenawaya chce przygotować własne wydanie Starego Testamentu. Świadomie zresztą obrazoburcze: biblijnym tekstom towarzyszyć mają wywiedzione z nich, erotycznie dosłowne ryciny Goltziusa. Żeby jednak przekonać margrabiego Alzacji (rzadko pojawiający się ostatnio w głównych rolach F. Murray Abraham) do wyłożenia pieniędzy na druk, Goltzius chce razem ze swoimi aktorami wystawić dla władcy biblijne sceny - niejako "ożywioną" zapowiedź tego, co znajdzie się w książce.



Wystarczy jednak, by na zaimprowizowanej scenie pojawiło się zaskakujące przedstawienie aktu stworzenia, a zasiadający wśród publiczności rabin kręci nosem: dla niego to zbyt wulgarne, dosłowne, bo na Księgę Rodzaju patrzeć trzeba jak na tekst symboliczny. A przecież to dopiero początek - za chwilę Goltzius pokaże w podobny sposób Adama nadającego imiona (również intymnym częściom ciała), Lota śpiącego ze swoimi córkami, Putyfara i jego żonę czy Jana Chrzciciela i Salome. Goltzius celowo chce oczywiście udosłownić biblijną seksualność, zawsze w odwołaniu do opowiadających o nich dzieł malarskich (Van Eyck, Dürer, van Haarlem). Ale równie ważna okazuje się gra z margrabią i jego seksualnymi fantazjami: władca Alzacji zostaje w pewnym momencie wciągnięty w teatr, staje się widzem i aktorem jednocześnie, a Goltzius świadomie podsyła mu erotyczne pokusy w postaci swoich aktorek, które margrabia próbuje oczywiście zdobyć.

Miłośnicy Greenawaya powinni być zachwyceni: "Goltzius and the Pelican Company" to oczywiście znów intertekstualna zabawa, prowokacyjne spojrzenie na religię, malarstwo i władzę, ironiczna gra w wyłapywanie smaczków, detali, perwersji, która perwersją jest tylko pozornie. Świadome nawiązania do "Kontraktu rysownika", ale też choćby "Ksiąg Prospera" wyszły Greenawayowi na dobre: ten niepokorny reżyser już dawno nie był tak błyskotliwy i zarazem... przystępny.

W "Goltzius and the Pelican Company" mamy więc powtarzane wielokrotnie pytanie o podglądanie i sztukę, która staje się "usankcjonowanym voyeuryzmem" i zabawą na zamówienie, o pożądanie, które budzi demony ("jakże słabi są ludzie trawieni przez chuć"), wreszcie o rzekomą tolerancję, która nawet w XVI-wiecznej, tolerancyjnej Alzacji ma swoje granice (katolicy, protestanci i Żydzi mogą cieszyć się wolnością, dopóki nie mówią rzeczy dla margrabiego nie do przyjęcia). Ale też o władzę, kapryśną, narcystyczną (książę ma czarnoskórych służących, bo to "modne") i w każdej chwili gotową do tego, by zmienić się w krwawą tyranię.

Kto oczekuje jednak po filmie klasycznej narracji, nie ma u Greenawaya czego szukać. Twórca "Dzieciątka z Macon", który powtarza, że kino w tradycyjnej formie jest sztuką martwą, znów eksperymentuje, łączy sztuki, odgrywa przed widzem erudytę, a zarazem sam się z siebie śmieje. "Każda nowa technologia wizualna sporo kosztuje" - słyszymy w filmie, co można uznać za credo reżysera. Ale trzeba mu, niestety, wypomnieć, że jak na współczesne kino owa "nowość" wizualna "Goltziusa..." okazuje się co najmniej dyskusyjna: doprawdy można dziś postarać się o efekty specjalne, które nie będą wyglądać jak z innej epoki.