"X-Men: Przeszłość, która nadejdzie". Solidne popcornowe kino [RECENZJA]

To już siódma odsłona filmowej sagi o mutantach. Zaczęło się od dwóch ciepło przyjętych filmów Bryana Singera, potem był - uważany za najgorszy w serii - "Ostatni bastion" i dwa obrazy o Wolverinie, przedzielone reaktywującą filmowe uniwersum "Pierwszą klasą". Jak wypadła 7. część? Przeczytajcie recenzję - film od piątku 23 maja w kinach.
Na początek fabuła: Sentinele rozrywają na kawałki mutanta po mutancie. Przy życiu została już tylko garstka X-Menów. Wprowadzają w życie plan, który jest ostatnią nadzieją na ocalenie ich gatunku - wysyłają Wolverine'a w przeszłość, do lat 70., by przeszkodził Raven w zabiciu Bolivara Traska. To tego dnia Raven stała się Mystique, to tego dnia program budowy Strażników dostał zielone światło.

Zaplątana historia, czyli twórcy jednak chowają urazę

Twórcą "Pierwszej klasy", piątego filmu z serii 7 o mutantach, był Matthew Vaughn - jedno z filmowych objawień ostatnich lat. Uczeń i przyjaciel Guy'a Ritchie'ego, który cudownie przedstawił w kinie "Gwiezdny pył" Neila Gaimana, a z "Kick-Assem" Marka Millara poszedł tak daleko, jak mało kto w kinie rozrywkowym by się odważył.

Vaughn był przymierzany do nakręcenia znienawidzonego przez fanów "Ostatniego bastionu", ale pokłócił się z producentami - skarżył się potem, że miał gotowy scenariusz i rozrysowany cały film: o 40 minut dłuższy i nieopisanie lepszy, i nie boi się o tym mówić. Po sukcesie swej "Pierwszej klasy", Vaughn miał zrobić także "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie", ale... doszło do kolejnych nieporozumień. Przeszłość i przyszłość złapały wszystkich zaangażowanych w produkcję za gardła. Vaughn chciał zrobić kolejny dobry, głęboko osadzony w realiach historycznych film (zabójstwo Kennedy'ego?), podczas gdy wytwórnia okazała się zainteresowana tylko jednym - cichym rebootem serii. Vaughn poszedł więc robić ekranizację kolejnego komiksu Marka Millara (czekam na ciebie, "The Secret Service"!), a z mutantami zjednoczył się Bryan Singer.

Mutanty podróżują w czasie

"X-Men: przeszłość, która nadejdzie", mając do dyspozycji tematykę podróży w czasie (Singer twierdzi, że udał się do Jamesa Camerona, by wypytać go o teorię strun i inne naukowe teorie, ale nie wiadomo, po co) i po dwóch aktorów do roli wielu mutantów (np. Ian McKellen i Michael Fassbender jako starsza i młodsza wersja Magneta), mógł osiągnąć naprawdę wiele. Niestety, na tej linii całkowicie zawodzi. Fabuła nie jest zbyt ambitna, a większość X-Menów pozostaje całkowicie niewykorzystana. Ellen Page (Kitty Pryde) ma na planie właściwie tylko jedno zadanie: trzymanie głowy Hugh Jackmana (Wolverine'a). Jasne, mutanci muszą współpracować, by misja się powiodła, ale na ekranie wypada to jak zabieg z "Mortal Kombat: unicestwienia" - wrzućmy jak najwięcej lubianych przez fanów postaci, a na pewno będą zadowoleni.

Tłumy aktorów przewijają się po ekranie

Nie ulega wątpliwości, że na podłodze (czyt.: twardym dysku) montażowni pozostały kilogramy materiału. Omar Sy (Bishop), Fan Bingbing (Blink), Anna Paquin (Rogue) i wielu innych nie pojawili się przecież na planie tylko po to, by, ledwo rozpoznawalni, przemknąć przez ekran. Singer przyznał, że wiele ról musiał niemal kompletnie wykroić z filmu, bo okazały się nie wnosić niczego do historii.

Niespodziewanym bohaterem zostaje tu młody Quicksilver, który na scenę wkracza tylko na chwilę, ale całkowicie zaskarbia sobie miłość widowni. Zwłaszcza jedną, popisową akcją. Gada przy tym tak szybko, jak się porusza (jest jak Jesse Eisenberg w "The Social Network" albo "Iluzji"). Przed kolejnymi filmami Marvela trudne zadanie, jeśli chcą u siebie przebić tutejszego Quicksilvera.

Solidne popcornowe kino

W każdym innym przypadku zupełnie niszczyłoby to odbiór filmu, ale w nowych X-Menach wcale nie przeszkadza fakt... że ani przez chwilę nie boimy się o bohaterów. "X-Men: przeszłość, która nadejdzie", jest jak esencja solidnego, popcornowego kina (choć nie obyło się bez dłużyzn - głównie z winy postaci granej przez Jamesa McAvoya).

W czasie, gdy mutanci toczą walką o uniknięcie zagłady, wytwórnia toczy jeszcze jedną, znacznie istotniejszą: o wymazanie z pamięci widzów "Ostatniego bastionu" (co jest prawdziwym celem nowych "X-Menów"). Gdyby mogła, cofnęłaby się w czasie i zapobiegła jego powstaniu. Nie może, więc niniejszym powrotem do przyszłości przypomina widzom, że ważne są tylko te filmy, których jeszcze nie znamy. A że efektem ubocznym owego majstrowania przy czasoprzestrzeni jest dobra zabawa? Kino uczy, że istnieją gorsze konsekwencje podróży w czasie.
Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (X-Men: Days of Future Past); Akcja, Sci-Fi, USA, Wielka Brytania 2014, 130 minut; Reżyser: Bryan Singer; Występują: James McAvoy, Jennifer Lawrence, Michael Fassbender, Hugh Jackman

Więcej o: