Adam Sandler i Drew Barrymore na rodzinnym safari, a Keira Knightley śpiewa lepiej od Adama Levine'a z Maroon 5 [NA CO DO KINA]

Seria udanych wakacyjnych premier trwa. W tym tygodniu polecamy komedię "Rodzinne rewolucje" z Sandlerem i Barrymoore oraz film z gatunku "feel-good movie" ze śpiewającą (bardzo dobrze na dodatek!) Keirą Knightley i świetną rolą Marka Ruffalo. W kinach od dziś także animacja "Gang Wiewióra" (za oceanem odniosła sukces kasowy), horror "Zbaw nas ode złego", dokument muzyczny "Uciekinier z Nowego Jorku" oraz włoski komediodramat o nauczycielach w liceum "Czerwony i niebieski"
Rodzinne rewolucje

Amerykańscy krytycy ledwo co otarli noże z krwi po sztyletowaniu "Jeszcze większych dzieci", a już chcą ponownie plamić ręce kolejnym filmem Adama Sandlera. Wyciągają więc broń i dźgają na ślepo, dopiero po chwili zorientowawszy się, że Sandler użył podstępu i zatrudnił też uwielbianą przez nich Drew Barrymore. Krytycy spuścili z tonu nieznacznie, ale krwawej masakry nie zaprzestali. Biedni, ślepi głupcy.

"Rodzinne rewolucje" opowiadają o Jimie (Sandler) i Lauren (Barrymore), samotnych rodzicach, nieradzących sobie z wychowywaniem dzieci. Jim nie potrafi obchodzić się z trzema córeczkami, a dwóch chłopców to zdecydowanie za dużo do udźwignięcia dla Lauren. Rodzicielstwo to i tak nic, w porównaniu z randką w ciemno, na jaką umówiona została ta dwójka. Jakoś przeżyli randkową katastrofę, mając nadzieję, że nigdy więcej się nie spotkają. Przypadek chce (przypadek tak naciągany, że trudno go przełknąć nawet w komedii z Sandlerem), że Jim i Lauren wyjeżdżają z dziećmi na turnus do tego samego luksusowego ośrodka w RPA.

A co to jest za ośrodek! The Palace Hotel of the Lost City w kurorcie Sun City, położonym nieopodal Pretorii, na ekranie prezentuje się olśniewająco. Podobnie jak współpraca Sandlera i Barrymore, którzy zaprezentowali ją już w "Od wesela do wesela" (1998) i "50 pierwszych randkach" (2004).

O ile nie wyparłem tego z pamięci, to w "Rodzinnych rewolucjach" nie ma ani jednego żartu o kupie ani wymiocinach! Jest bardzo kulturalnie... jak na film z Sandlerem. Nie jest też wyjątkowo śmiesznie - nie jest to "Nie zadzieraj z fryzjerem" - ale film daje radę, a do tego często, z powodzeniem, uderza w poważne tony.

Nowy film Franka Coraciego (reżyser "Od wesela do wesela", "Kariery frajera", "Klik: i robisz, co chcesz") podtrzymuje niezłą passę wygrzebującego się z dołka Sandlera ("Jack i Jill"), zatrzymując go w odpowiadającej mu stylistyce, a przy tym dając komikowi coraz bardziej przez niego upragnioną możliwość mówienia również o rzeczach ważnych, zupełnie na poważnie (jak w "Funny People" czy "Trudnych słówkach").

Za co więc "Rodzinnym rewolucjom" tak się obrywa? Za stereotypy. Mężczyźni są tu mężczyznami, a kobiety kobietami. Sposób ukazania Afrykanów - możecie się domyślać (i może wam się spodobać drugoplanowy, popisujący się muskulaturą Terry Crews, w Polsce znany najbardziej jako "koleś siedzący na koniu w reklamie Old Spice'a"). Najgorsza obelga dla koszykarza? "Przegrałeś z dziewczyną"! Na amerykańskich krytyków takie zagrywki działają jak płachta na byka, ale jeśli wy jeszcze nie daliście się zwariować politycznej poprawności, spędzicie w kinie bardzo miłe dwie godziny.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6



Rodzinne rewolucje (Blended); Komedia, USA 2014, 117 minut; Reżyser: Frank Coraci; Występują: Adam Sandler, Drew Barrymore, Kevin Nealon

Zacznijmy od nowa

Nowojorski bar. Oporna Angielka zostaje wyciągnięta na scenę. Zaczyna śpiewać. Reakcja publiki pokrywa się z jej oczekiwaniami - nikt nie buczy, ale spowodowanych zachwytem omdleń też nie ma. W lokalu jest jednak ktoś, kogo Gretta totalnie oczarowała. To kompletnie zalany eks-współwłaściciel (od kilku godzin) wytwórni muzycznej, który przeżywa jeden z najgorszych dni swojego życia. A życie Dana i tak już od dawna nie wygląda dobrze. Na widok Gretty Dan doznaje olśnienia: to gwiazda, na którą czekał. Musi wydać jej płytę, nawet jeśli będzie oznaczać to najbardziej partyzancką sesję nagraniową w nowożytnej historii branży.

A jednak to poprzedni film Johna Carney'a wygląda przy tym jak nakręcony partyzanckimi metodami. Chodzi, oczywiście, o "Once" (2006), z którego hity do dziś często atakują mnie po wejściu na Facebooka. "Falling Slowly" zdobyło Oscara dla najlepszej piosenki, a Carney jest pewien, że któryś z utworów z jego nowego muzycznego komediodramatu powtórzy ten sukces. Jeśli tylko jego buta nie zdenerwuje Akademików i nie skłoni ich do złośliwego głosowania przeciw, jest to bardzo prawdopodobne. Kibicuję otwierającemu film "A Step You Can't Take Back" lub "Lost Stars" (w wykonaniu Keiry Knightley, a nie skrzeczącego Adama Levine'a!).

No właśnie, gdyby ktoś miał przed seansem wątpliwości, spieszę je rozwiać: Knightley potrafi śpiewać. I to jak! Rola Gretty wydaje się dla niej stworzona. Tym lepiej, że z udziału zrezygnować musiała Scarlett Johansson, która była pierwszym wyborem filmowców. To jeden z najlepszych występów w karierze Knightley. Idealny duet tworzy z nią wyglądający jak menel Mark Ruffalo, ale cała obsada została dobrana kapitalnie. Żonę Dana gra Catherine Keener, jego córkę Hailee Steinfeld, a wspólnika Mos Def. Przyczepić mógłbym się tylko do wokalisty Maroon 5 Adama Levine'a, ale może przemawia przeze mnie sprzeciw wobec ostatnich dokonań artystycznych jego zespołu i nietrafiającego do mnie głosu wokalisty.

"Zacznijmy od nowa" to niezwykle zabawny tytuł dla filmu, któremu nie przeszło to nawet przez głowę. Carney nie zaczyna od nowa, ale korzysta z szablonu, sprawdzonego już przy "Once". Tym razem jest jednak lżej, zabawniej i bardziej z nastawieniem na masową widownię. Nic dziwnego że to film, który na zeszłorocznym festiwalu w Toronto został sprzedany najdrożej - licytacja trwała całą noc, amerykańskie prawa dystrybucyjne kosztowały The Weinstein Company 7 mln dol plus 20 mln, które firma zobowiązała się wydać na promocję.

Może i uproszczeń jest tu sporo, i nie trzeba wiele złej woli, by stwierdzić, że prawdziwe życie wygląda zupełnie inaczej (aż dziwne, że Brytyjczycy nie zaczęli jeszcze nazywać Carney'a "nowym Richardem Curtisem"), ale trzeba mu oddać, że czasem idzie gatunkowym stereotypom pod prąd i nie wybiera prostych rozwiązań. Jest coś oczyszczającego w tym, jak bardzo reżyser i scenarzysta nie boi się łamania konwencji, jak w dowolnym momencie potrafi zdobyć się na zatrzymanie akcji i zaserwowanie długaśnej retrospekcji, nie obawiając się konsekwencji.

Jeśli "Zacznijmy od nowa" wyda się komuś złym tytułem, to musi wiedzieć, że film pierwotnie miał nazywać się "Czy piosenka może ocalić ci życie?". Pompatycznie, ale jeszcze trafniej. To film oddający hołd muzyce. Bo świat jest dzięki niej lepszy. I choć trudno uwierzyć, że Dan był w prologu o włos od zrobienia "Kroku, Którego Nie Da Się Cofnąć", to na pewno wielu ludziom muzyka naprawdę uratowała życie. Albo po prostu uczyniła je lepszym. "Zacznijmy od nowa" też może je takim uczynić - to jeden z lepszych feel-good movies od dawna.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 - Przyjemna bajka ze sfer show-biznesowych. Kiedy trzeba - sentymentalna, kiedy trzeba - zabawna, z bardzo dobrą rolą Marka Ruffalo i niezłą muzyką - ocenia Paweł Mossakowski



Zacznijmy od nowa (Begin Again); Dramat, Komedia, Muzyczny, USA 2013, 104 minuty; Reżyser: John Carney; Występują: Keira Knightley, Mark Ruffalo, Adam Levine, Hailee Steinfeld

Czerwony i niebieski

Zaczyna się jak w co drugim takim filmie. Młody nauczyciel, który naoglądał się za dużo "Stowarzyszenia umarłych poetów", przybywa na zastępstwo do szkoły, wyglądającej raczej jak z "Młodych gniewnych". Profesorowi Preziosowi (Riccardo Scamarcio - "O miłości i makaronach") jeszcze się chce, ale stare ciało pedagogiczne - z bardzo starym i bardzo zgorzkniałym prof. Fioritem (Roberto Herlitzka - "Witaj, nocy") na czele - będzie od progu studzić jego zapędy. Kłopoty filmowych uczniów to m.in. brak domu, notoryczne wagarowanie czy sprowadzająca na złą drogę dziewczyna, która nasłuchała się chyba za dużo Lany del Rey.

Włoski dramat reżysera i scenarzysty Giuseppego Piccioniego ("Światło moich oczu", "Nie z tego świata"), oparty na powieści byłego nauczyciela, dziś dziennikarza i pisarza, Marca Lodoliego, przy współpracy dobrej muzyki i zdjęć, oscyluje gdzieś między filmem na poprawę a filmem na pogorszenie samopoczucia. Lekko baśniowy, a zarazem twardo osadzony w rzeczywistości. Dość sztampowy, ale niepozbawiony pewnej świeżości.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 - W filmie dużo lepsze są postaci (zwłaszcza sarkastycznego prof. Fiorito) niż historie. Wszystko też jest raczej letnie: ani nie specjalnie przejmujące, ani szczególnie zabawne - ocenia Paweł Mossakowski



Czerwony i niebieski (Il rosso e il blu); Dramat, Włochy 2012, 98 min; Reżyser: Giuseppe Piccioni; Występują: Riccardo Scamarcio, Margerita Buy, Roberto Herlitzka

Uciekinier z Nowego Jorku

Z dżungli do dżungli. Ćwierć wieku temu Louis Sarno usłyszał w radiu utwór, który zadziałał na niego jak muzyka zaklinacza na węża. Nowojorczyk postanowił podążyć za dźwiękami i dotarł w ten sposób do plemienia Bakayów. Przez lata archiwizował muzykę Pigmejów, a w końcu stał się jednym z nich - białym na zewnątrz, czarnym w środku. Wziął sobie żonę, która powiła mu syna. Debiutancki dokument dziennikarza Michaela Oberta opowiada jego historię.

Szkoda, że Obert opowiada historię Amerykanina tym, którzy już ją znają. Większości spraw trzeba się domyślać, przeczytać o nich w zapowiedzi lub doczytać po seansie, który powinien przypaść do gustu szczególnie hipisom (na premierze kilkoro dostrzegłem).

"Piosenka z lasu" (tytuł oryginalny) reklamowana jest m.in. obecnością Jima Jarmuscha, przyjaciela głównego bohatera, mającego prowadzić nas przez film - co nie jest prawdą, bo reżyser pojawia się tu zaledwie na parę chwil. Wyjaśnia jednak w tym czasie, że to anarchistyczne poglądy, które panowie podzielali, prawdopodobnie doprowadziły do buntu i wyjazdu Louisa.

Sarno nie wzbudził mojej sympatii. To człowiek, który chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Niby ukochał życie w buszu, ale z radiem nie potrafiłby się rozstać. Niby odnalazł swoje miejsce na Ziemi, ale między wierszami można wyczytać, że podróże do Ameryki nadal mu się zdarzają. Bakayowie nie do końca traktują go jak swojego, a on niby nad tym ubolewa, ale ustawiające się do niego na audiencję kolejki zdają się jednak powodem do dumy. Kiedyś nieopatrznie obiecał, że pokaże synkowi Nowy Jork (wyprawa pojawia się w drugiej części filmu), ale żony, która bardzo chciałaby zobaczyć Amerykę - i poznać teściów - pod żadnym pozorem nie chce tam zabrać. Jak dla mnie, Sarno może już w tej dżungli pozostać.

Ocena Film.Gazeta.pl: 2/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 5/6 - Fascynujący dokument o miłośniku muzyki, który zaszył się w tropikalnych lasach i od kilkudziesięciu lat żyje z Pigmejami. "Chciałem zostawić tajemnicę, wydobyć z tego świata esencję" - mówił reżyser - ocenia Paweł T. Felis



Uciekinier z Nowego Jorku (Song from the Forest); Biograficzny, Dokumentalny, Muzyczny, Niemcy, USA, Republika Środkowoafrykańska 2013, 98 minut; Reżyser: Michael Obert

Zbaw nas ode złego

Czujecie "Obecność"? Nie, nie ma w tym nic złego - film oparty jest na książkowych wspomnieniach nowojorskiego policjanta, a z czasem także demonologa, Ralpha Sarchie'go, który - na początku tej drugiej ścieżki kariery - współpracował z bohaterami filmu Jamesa Wana, Lorraine i Edem Warrenami.

Sarchie (ten filmowy, grany przez Erika Banę - "Monachium", "Star Trek") prowadzi dochodzenie w sprawie tajemniczych morderstw. Na pomoc rusza mu niekonwencjonalny ksiądz (Edgar Ramirez - "Gniew Tytanów", "Domino"), przekonany, że do rozwiązania zagadki potrzebny będzie wyszkolony egzorcysta. W obsadzie znalazła się jeszcze m.in. Olivia Munn ("Magic Mike", "Mężczyźni w natarciu", serial "The Newsroom").

Czy reżyserowi i scenarzyście znakomitego "Sinister" i "Egzorcyzmów Emily Rose", Scottowi Derricksonowi, udało się zbawić nas od złego filmu? Nie wiadomo. Rzecz wygląda na miks "Siedmiu", "Odkupienia" (tego zapomnianego, z Christopherem Lambertem) i "Blair Witch 2", czyli raczej pozytywnie, ale pierwsze amerykańskie recenzje są mieszane z przewagą negatywnych.

Czy po seansie tego pół horroru, pół filmu policyjnego reakcją jest "błagam, nie gaś w moim pokoju światła", czy "zbaw nas ode Zbaw Nas Ode Złego"? Nie wiem, film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



Zbaw nas ode złego (Deliver Us from Evil); Horror, Kryminał, USA 2014, 118 minut; Reżyser: Scott Derrickson; Występują: Eric Bana, Olivia Munn, Edgar Ramirez

Gang Wiewióra

Panika w Parku Wolność! Zgromadzone na zimę zapasy nie wystarczą do przetrwania. Zwierzęta wysyłają misję ratunkową, podczas gdy pracujący na własny rachunek egoistyczny i antypatyczny Wiewiór wpada na trop sklepu z orzechami i zamierza go obrabować. Sklep okazuje się przykrywką dla gangsterów, którzy zamierzają obrabować pobliski bank.

Panika także w kinach! Widzowie poszli na film, przeznaczony dla wiewiórek. Dla ludzi, wysiedzenia do końca będzie twardym orzechem do zgryzienia.

Reżyser Peter Lepeniotis (pracował przy animacji postaci w "Toy Story 2" i "Kacprze") oraz scenarzysta Lorne Cameron (jeden z 26 scenarzystów "Mojego brata niedźwiedzia" i trzy razy mniejszego zespołu od "Skoku przez płot") nie ukrywają swoich inspiracji. Szkoda, że nie potrafią ich dobrze skopiować. Wiewiór jest zdecydowanie mniej sympatyczny, niż ten ze "Skoku...". Szczurek wygląda trochę jak z "Ratatuja", ale gdzie mu do tamtego... Buldogowi nie udaje się być tak zabawnym, jak temu z "Rio". Inna wiewiórka - głupi osiłek - to jedna z najbardziej irytujących postaci w historii filmów animowanych. Polski przekład dorzuca do pieca, nazywając go w polskiej wersji "Trybsynem". Tyle że Trybson z "Warsaw Shore" to przy nim mistrz inteligentnego dowcipu.

Tłumacz próbuje ratować sprawę, wkładając w pyszczek wiewiórki-Cezarego Pazury teksty z "Psów". Mogło wyjść gorzej. Polski dubbing (Pazura, Andrzej Grabowski, Agnieszka Warchulska, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosati) wypada bardzo dobrze. Może nawet lepiej od oryginału - Amerykanie strasznie narzekali na, podobno niedopasowanych do postaci, Liama Neesona czy Katherine Heigl.

Dobrym pomysłem okazuje się osadzenie akcji w połowie XX. wieku. A przynajmniej można tak sądzić, bo wykonanie pozostawia nieco do życzenia i czas akcji nie jest do końca jasny. Klimat i jesienne kolory są nastrojowe... ale co z tego, skoro film trwa niecałe 90 min, a ciągnie się jak jesienna chandra. Dowcipy są mało śmieszne i polegają na obrzucaniu się obraźliwymi określeniami. Na deser dostajemy aż dwa żarty, dotyczące "Gangnam Style"... Trąci myszką, prawda?

Tym bardziej szkoda, że w tym festiwalu nijakości ginie kilka całkiem niezłych, nieczęstych pomysłów - szczególnie taki, by morał bajki był mocno antysocjalistyczny.

Na 2016 r. zapowiedziano drugą część filmu. Tego kompletnie nikt się nie spodziewał. Ale skoro najdroższy w historii film animowany z Korei Południowej (pewnie stąd antysocjalistyczne przesłanie i animowany PSY w napisach końcowych) jednak się zwrócił (kanadyjsko-koreańsko-amerykańska koprodukcja kosztowała 42,8 mln dol) i okazał się najlepiej jak dotąd zarabiającą w USA niezależną produkcją animowaną, to twórcy uznali, że to wystarczający powód, by zrobić kontynuację. W końcu oni też musza jakoś przetrwać zimę.

Ocena Film.Gazeta.pl: 2/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 - Film średnio zabawny i niestety, wtórny: od graficznych pomysłów animatorów po morały o wygnańcach, którzy wspólnocie dają więcej, niż się wydaje. Na szczęście broni się mops - ocenia Paweł T. Felis



Gang Wiewióra (The Nut Job); Animacja, Komedia, Przygodowy, familijny, Kanada, USA, Korea Południowa 2014, 86 minut; Reżyser: Peter Lepeniotis; Występują (głos.): Cezary Pazura, Andrzej Grabowski, Sonia Bohosiewicz

Więcej o:
Skomentuj:
Adam Sandler i Drew Barrymore na rodzinnym safari, a Keira Knightley śpiewa lepiej od Adama Levine'a z Maroon 5 [NA CO DO KINA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX