Zacznijmy od nowa. Jeden z lepszych feel-good movies od dawna

Nowojorski bar. Oporna Angielka zostaje wyciągnięta na scenę. Zaczyna śpiewać. Reakcja publiki pokrywa się z jej oczekiwaniami - nikt nie buczy, ale spowodowanych zachwytem omdleń też nie ma.
W lokalu jest jednak ktoś, kogo Gretta totalnie oczarowała. To kompletnie zalany eks-współwłaściciel (od kilku godzin) wytwórni muzycznej, który przeżywa jeden z najgorszych dni swojego życia. A życie Dana i tak już od dawna nie wygląda dobrze. Na widok Gretty Dan doznaje olśnienia: to gwiazda, na którą czekał. Musi wydać jej płytę, nawet jeśli będzie oznaczać to najbardziej partyzancką sesję nagraniową w nowożytnej historii branży.

A jednak to poprzedni film Johna Carney'a wygląda przy tym jak nakręcony partyzanckimi metodami. Chodzi, oczywiście, o "Once" (2006), z którego hity do dziś często atakują mnie po wejściu na Facebooka. "Falling Slowly" zdobyło Oscara dla najlepszej piosenki, a Carney jest pewien, że któryś z utworów z jego nowego muzycznego komediodramatu powtórzy ten sukces. Jeśli tylko jego buta nie zdenerwuje Akademików i nie skłoni ich do złośliwego głosowania przeciw, jest to bardzo prawdopodobne. Kibicuję otwierającemu film "A Step You Can't Take Back" lub "Lost Stars" (w wykonaniu Keiry Knightley, a nie skrzeczącego Adama Levine'a!).

No właśnie, gdyby ktoś miał przed seansem wątpliwości, spieszę je rozwiać: Knightley potrafi śpiewać. I to jak! Rola Gretty wydaje się dla niej stworzona. Tym lepiej, że z udziału zrezygnować musiała Scarlett Johansson, która była pierwszym wyborem filmowców. To jeden z najlepszych występów w karierze Knightley. Idealny duet tworzy z nią wyglądający jak menel Mark Ruffalo, ale cała obsada została dobrana kapitalnie. Żonę Dana gra Catherine Keener, jego córkę Hailee Steinfeld, a wspólnika Mos Def. Przyczepić mógłbym się tylko do wokalisty Maroon 5 Adama Levine'a, ale może przemawia przeze mnie sprzeciw wobec ostatnich dokonań artystycznych jego zespołu i nietrafiającego do mnie głosu wokalisty.

"Zacznijmy od nowa" to niezwykle zabawny tytuł dla filmu, któremu nie przeszło to nawet przez głowę. Carney nie zaczyna od nowa, ale korzysta z szablonu, sprawdzonego już przy "Once". Tym razem jest jednak lżej, zabawniej i bardziej z nastawieniem na masową widownię. Nic dziwnego że to film, który na zeszłorocznym festiwalu w Toronto został sprzedany najdrożej - licytacja trwała całą noc, amerykańskie prawa dystrybucyjne kosztowały The Weinstein Company 7 mln dol plus 20 mln, które firma zobowiązała się wydać na promocję.

Może i uproszczeń jest tu sporo, i nie trzeba wiele złej woli, by stwierdzić, że prawdziwe życie wygląda zupełnie inaczej (aż dziwne, że Brytyjczycy nie zaczęli jeszcze nazywać Carney'a "nowym Richardem Curtisem"), ale trzeba mu oddać, że czasem idzie gatunkowym stereotypom pod prąd i nie wybiera prostych rozwiązań. Jest coś oczyszczającego w tym, jak bardzo reżyser i scenarzysta nie boi się łamania konwencji, jak w dowolnym momencie potrafi zdobyć się na zatrzymanie akcji i zaserwowanie długaśnej retrospekcji, nie obawiając się konsekwencji.

Jeśli "Zacznijmy od nowa" wyda się komuś złym tytułem, to musi wiedzieć, że film pierwotnie miał nazywać się "Czy piosenka może ocalić ci życie?". Pompatycznie, ale jeszcze trafniej. To film oddający hołd muzyce. Bo świat jest dzięki niej lepszy. I choć trudno uwierzyć, że Dan był w prologu o włos od zrobienia "Kroku, Którego Nie Da Się Cofnąć", to na pewno wielu ludziom muzyka naprawdę uratowała życie. Albo po prostu uczyniła je lepszym. "Zacznijmy od nowa" też może je takim uczynić - to jeden z lepszych feel-good movies od dawna.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6



Zacznijmy od nowa (Begin Again); Dramat, Komedia, Muzyczny, USA 2013, 104 minuty; Reżyser: John Carney; Występują: Keira Knightley, Mark Ruffalo, Adam Levine, Hailee Steinfeld

Więcej o: