Serena **

Wzgórze beznadziei.
Czasy Wielkiego Kryzysu, Karolina Północna. Baron przemysłu drzewnego George Pemberton (Bradley Cooper) po raz pierwszy widzi Serenę Shaw (Jennifer Lawrence) - kobietę dzikszą od konia, którego dosiada i... wita ją oświadczynami. To szczyt baśniowego romansu czy (niezamierzony) pastisz? Wszystkiego po trochu.

Serena wkrótce zacznie zarządzać imperium małżonka na równoprawnych zasadach. Nie spodoba się to zwłaszcza Buchananowi (David Dencik), zdaniem Sereny podkochującemu się w jej mężu. Serena, okazawszy się zdolną sokolniczką, szybko zdobędzie za to uznanie lokalnej siły roboczej. Tytułowa bohaterka będzie twierdzić, że nieślubne dziecko poczęte przez George'a z lokalną dziewką (hipnotyzująca rumuńska aktorka Ana Ularu) nie zaprząta jej myśli, ale wkrótce okaże się, że jest inaczej...

Wątków w filmie opartym na powieści poety i pisarza Rona Rasha jest mnóstwo. Niektóre są mniej ciekawe, inne bardziej, a ten z panterą, której poszukuje George, kończy się w zbyt symboliczno-oczywisty sposób, a co gorsza - w sposób niewyobrażalnie śmieszny. W tej scenie doskonale widać rękę dwóch osób, które sprawiły, że teoretycznie świetnie zapowiadająca się "Serena" jest filmem marnym. Winnymi są reżyserka, Susanne Bier ("Wesele w Sorrento", "Bracia") i scenarzysta, Christopher Kyle ("Aleksander"). Jeżeli chcielibyście narzekać na (skądinąd, naprawdę dobre) aktorstwo, pamiętajcie, że Lawrence robi ze swoją postacią więcej, niż się da. Jeśli Serena wydaje się momentami niewiarygodna, to nie dlatego, że Lawrence nie umie grać, ale dlatego, że jej rola jest tak kiepsko napisana.

Główną winowajczynią jest jednak Bier, której robienie filmów w ojczystym języku przychodzi łatwiej, niż kręcenie po angielsku, ale i wtedy wyniki są mizerne. Filmy Dunki mają jedną, smutną, wspólną cechę: po naprawdę intrygującym początku, wpływają na przestwór oceanu nudy. Nie inaczej jest w "Serenie", która zaczyna się jak interesująca saga rodzinna, ale po chwili rozmywa się na wszystkie strony i prezentuje jak krajobraz po potopie.

W "Serenie" Rasha wszystkie postaci wydają się antypatyczne, a głównym tematem powieści są ich zbrodnie i występki. Bier postanowiła silniej zaznaczyć wątek romantyczny i sprawić, że mimo wszystkich złych rzeczy, które robią bohaterowie, nadal będziemy żywić do nich cień sympatii. To się udało, ale osłabiło moc działania filmu.

Pierwotnie za kamerą stanąć miał Darren Aronofsky. Razem z nim wycofała się Angelina Jolie. Gdy projekt przejęła Bier i przypisano do niego Lawrence, aktorka zaproponowała Coopera, z którym dopiero zakończyła zdjęcia do czekającego jeszcze na premierę "Poradnika pozytywnego myślenia". Od tego czasu para zdążyła wystąpić razem w "American Hustle", a "Serena" jeszcze nie ujrzała światła dnia. Bier spędziła w montażowni 18 miesięcy, ale sytuacja była nie do uratowania. W końcu znalazł się dystrybutor, który w ostatniej chwili nie uciekł z krzykiem i film, który w domysłach typowano do Oscarów, przemknie przez ekran niezauważenie, czyli tak jak na to zasługuje. Szkoda, bo potencjał był ogromny. W przypływie rozpaczy, "Serena" reklamowana jest jako swego rodzaju przeciwieństwo "Wzgórza nadziei". Rzeczywiście, dzięki pięknym zdjęciom, kostiumom czy nienachalnej, udanej muzyce klimat amerykańskiego Południa (a film kręcono w Czechach...) jest sugestywny, ale "Serena" nie jest godna wzmiankowania w tym samym zdaniu, w którym wspomina się o arcydziele Anthony'ego Minghelli.

Ocena: 2/6



"Serena", dramat, Czechy, USA 2014, 109 min., reż. Susanne Bier, występują: Bradley Cooper, Jennifer Lawrence, Rhys Ifans, Toby Jones, David Dencik, Sean Harris, Ana Ularu

Więcej o: