Polscy operatorzy nie tylko w Hollywood. Docierają na krańce świata

Polscy operatorzy podbijają nie tylko Hollywood. Kręcą w Ameryce Południowej, w Himalajach, Etiopii, Bollywood i na kazachskiej pustyni. Niektóre ich filmy - jak "Pod ochroną" i "Difret" - trafiają na ekrany polskich kin - mówi Bartosz Staszczyszyn*, recenzent filmowy Culture.pl.
Są najlepszym towarem eksportowym rodzimej kinematografii. Od wielu dekad polscy operatorzy podbijają Hollywood. Po Adamie Hollendrze imponujące kariery w Stanach robili między innymi Janusz Kamiński, Dariusz Wolski czy Sławomir Idziak. Ale kariery polskich mistrzów kamery rozkwitają też w innych miejscach - Adam Sikora podbił serca czeskich widzów zdjęciami do "W cieniu", Bogumił Godfrejów od lat tworzy w Niemczech duet z Hansem-Christianem Schmidem, a Paweł Edelman pracuje z Romanem Polańskim przy jego francuskich obrazach. Czasem zawodowe wybory wiodą ich w bardziej egzotyczne strony. Oto najciekawsze filmowe projekty polskich operatorów.



Wojciech Staroń i "Pod ochroną": oczami dziecka

Filmowe drogi Wojciecha Staronia od początku prowadziły poza granice polski. Zaraz po studiach wyjechał do Rosji, gdzie nakręcił dokumentalną "Syberyjską lekcję". Kilka lat później w Boliwii i Argentynie zrealizował dokumenty "El Misionero" oraz "Argentyńską lekcję". Podczas ich realizacji poznał Diego Lermana oraz Paulę Markovich, dwójkę reżyserów, z którymi później spotykał się na planie.

Najpierw z Paulą Markovich nakręcił "Nagrodę" ("El Premio"), historię o dzieciństwie i faszystowskiej Argentynie lat 70. Za swe zdjęcia w 2012 roku otrzymał specjalną nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie.

W marcu 2015 na ekrany polskich kin trafił kolejny argentyński film ze zdjęciami Staronia. "Pod ochroną" to poruszająca opowieść o kobiecie, która z synkiem ucieka od brutalnego partnera. Staroń opowiadał tę historię z punktu widzenia małego chłopca, a kamera stała się pasem transmisyjnym przenoszącym na widza jego emocje, strach, nadzieję. Znów jak w "Argentyńskiej lekcji" i "Nagrodzie" pokazywał świat z perspektywy dziecka.



- Jako operator lubię wszystko, co jest niepowtarzalne przed kamerą. Dziecko jest niepowtarzalne, z dzieckiem nie można wyćwiczyć sceny poprzez duble. Trzeba łapać coś na gorąco, bo jest jednorazowe" - mówił w wywiadzie dla Filmwebu.

Dodatkowym utrudnieniem było to, że chłopiec występujący w filmie został wybrany z grupy dzieci cierpiących na ADHD, przed kamerą trudno było nad nim zapanować.

Film wywołał w Argentynie społeczną dyskusję na temat przemocy i praw kobiet. Włączały się w nią fundacje i organizacje pozarządowe. 12 marca 2015 roku film Diego Lermana został zaprezentowany na posiedzeniu ONZ w Nowym Jorku. Dla Staronia nie był to z pewnością ostatni argentyński projekt.

- Dostaję w tej chwili więcej propozycji pracy stamtąd niż z Polski. Z Argentyny, Meksyku, Kolumbii... Mógłbym robić tam film za filmem, ale trzyma nas jakoś ta Polska i chcielibyśmy dobre filmy robić także tu" - mówił operator w wywiadzie dla Gazeta.pl.

Niedawno na Łotwie skończył zdjęcia do kolejnego filmu - "Świtu" w reżyserii Laili Pakalniny.

Monika Lenczewska i "Difret": Etiopia walczy o Oscara

Choć jest absolwentką Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Wydziału Operatorskiego American Film Institute w Los Angeles, największym sukcesem w jej dotychczasowej karierze jest film zrealizowany w... Etiopii.

Na plan "Difret" trafiła przypadkowo. Producent obejrzał jej wcześniejsze prace i przesłał je reżyserowi, Zeresenayowi Mehariemu. Skontaktował się z polską operatorką, a gdy Lenczewska przygotowała koncept wizualny filmu, Mehari zaproponował jej, by wspólnie go zrealizowali.



- To było spotkanie dwóch intuicji i wrażliwości. Operator musi wyegzekwować wizję reżysera - musi dzielić z nim ten sam sposób myślenia o obrazie. To absolutnie podstawowa więź" - mówi Lenczewska w rozmowie z Culture.pl.

Ich "Difret" to opowieść o 14-latce, która podczas powrotu ze szkoły zostaje porwana i zgwałcona przez przyszłego męża. Dziewczyna zabija go podczas ucieczki, za co staje przed sądem. W jej obronie staje młoda prawniczka Meaza Ashenafi (Meron Getnet).

Kręcąc film w Afryce, która fanom kina kojarzy się z mocno nasyconymi barwami i ostrym światłem, Lenczewska postanowiła sięgnąć po inny klucz. Zainspirowana filmami Bergmana ze zdjęciami Svena Nykvista postawiła na delikatne oświetlenie i stonowane kolory. W efekcie powstały zdjęcia nieoczywiste, subtelne i miękko oświetlone. Ich tematem byli ludzie, a nie egotyczna sceneria - mówi Bartosz Staszczyszyn*, recenzent filmowy Culture.pl.

W Etiopii film spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Obraz, który opowiada o problemie przemocy wobec kobiet, został życzliwie przyjęty przez media, a bilety na seanse rozchodziły się na pniu. "Difret" było też pierwszym od lat 70. filmem etiopskim, który trafił na międzynarodowe rynki.

Podczas 30. Sundance Film Festival "Difret" otrzymało nagrodę dla za najlepszy dramat w konkursie filmów zagranicznych, a w 2014 na Berlinale otrzymał nagrodę publiczności. Sama Lenczewska z "Difret" wzięła udział w konkursie debiutów operatorskich festiwalu Camerimage.

Film Mehariego nie był ostatnim spotkaniem Moniki Lenczewskiej z afrykańskim kinem. Zaraz po zakończeniu zdjęć pojechała na plan kolejnego filmu realizowanego w Nigerii, a w Afryce spędziła łącznie ponad 7 miesięcy. Wkrótce wraz z Zeresenayem Mehariem będzie kręcić kolejny film rozpięty między Stanami Zjednoczonymi, Europą i Afryką.

Paweł Dyllus i "Mirzya", czyli Bollywood inaczej

Bollywood odkryło polskich operatorów. Jednym z nich jest Paweł Dyllus, absolwent Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i autor zdjęć do "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy. To właśnie ten film stał się dla niego przepustką do kolejnych zagranicznych projektów. Zachwycił publiczność w Montrealu, a także na festiwalu w indyjskim Goa. Najpierw Dyllus trafił na plan armeńskiego filmu "Bari Luys" o wojnie o Górski Karabach widzianą oczami małego chłopca. Zaraz później trafił otrzymał propozycję sfilmowania wielkiej bollywoodzkiej superprodukcji "Mirzyia".



Jej reżyserem jest Rakeysh Mehra, jeden z najciekawszych reżyserów indyjskiego kina, który w 2007 za swój "Kolor szafranu" otrzymał nominację do nagrody BAFTA. "Mirzya" to opowieść o niemożliwej miłości bogatej dziewczyny i biednego chłopaka, którzy zakochują się w sobie jako dzieci, by po latach spotkać się znowu.

- Rakesh Mehra ma ambicję, by nieco zmienić bollywoodzkie kino. W "Mirzyi" nie będzie tańca i śpiewu, a film - choć baśniowy - będzie opowiedziany w bardziej realistyczny sposób" - mówi Dyllus w rozmowie z Culture.pl.

Wysokobudżetowa produkcja, w której występuje Harshvardhan Kapoor, to nowe wyzwanie dla polskiego operatora, ale też komfortowe doświadczenie pracy w wielkiej ekipie:

Na planie jest czasem 250 osób. W Polsce mogę sobie pozwolić na zatrudnienie pięciu oświetleniowców, na planie "Mirzyi" jest ich dwudziestu pięciu".

Dotychczas Paweł Dyllus nakręcił 60 z planowanych 90 dni zdjęciowych. W marcu 2015 roku polski artysta wyjedzie do Indii, by w Himalajach nakręcić brakującą część zdjęć.

Artur Żurawski i "Nieustraszona": feministyczny kryminał z Indii

Paweł Dyllus nie jest jedynym polskim operatorem pracującym w Bollywood. Swoją karierę rozwija w Indiach także Artur Żurawski, absolwent PWSFTViT w Łodzi, operator i fotograf. Pracował w Polsce, Indiach, USA, Szwajcarii, realizując filmy fabularne, dokumenty, reklamy i seriale. W 2007 roku za zdjęcia do dokumentalnego "W drodze" Macieja Adamka otrzymał nagrodę na International Film Festival Cronograf w Mołdawii.

Po tym jak w 2011 roku był drugim operatorem bollywoodzkiej superprodukcji "Azaan", coraz częściej pracował w Indiach, realizując tam teledyski i reklamy. W 2014 roku stanął na planie jednego z najciekawszych hinduskich filmów ostatnich lat - "Nieustraszonej". Jego reżyser, Pradeep Sarkar postanowił odrzucić estetykę bollywoodzkich baśni, by zrobić mroczny kryminał o przemocy wobec kobiet. Jego "Nieustraszona" to opowieść o policjantce z wydziału kryminalnego policji w Bombaju, która wypowiada wojnę handlarzom dziećmi.



Film Sarkara spotkał się z dobrym przyjęciem. Dotykał jednego z najbardziej palących problemów społecznych w Indiach, które są największym na świecie ośrodkiem handlu ludźmi (rocznie ofiarami porwań pada niemal 40 000 dzieci). W rozmowie z Anną Wróblewską ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich Artur Żurawski opowiadał o systemie kastowym obowiązującym wśród członków filmowej ekipy:

- Słyszałem, że jeśli ostrzyciel nie poradzi sobie z ustawieniem ostrości, to dostaje "po ojcowsku" w twarz i nikt się o to nie obraża. Natomiast ja byłem biały, z Zachodu, co oznaczało większy kredyt zaufania. Kiedy podawałem rękę oświetlaczowi, żeby przywitać się przed pracą, był wręcz zawstydzony, że zwracam na niego uwagę.

"Nieustraszona" była pierwszym filmem Sarkara nakręconym bez storybordów (rozrysowanych planów kolejnych scen i ujęć), bowiem reżyserowi zależało na tym, by uchwycić spontaniczne reakcje aktorów. Rola Żurawskiego była więc nie do przecenienia, a polski operator zrobił na swych współpracownikach wielkie wrażenie.

Przybywając z innego kraju, Artur wniósł zupełnie inny sposób postrzegania światła i wykorzystywania go w filmie. "Nieustraszona" to mroczna i mocna historia, a jego innowacyjny sposób wykorzystywania oświetlenia pozwolił uzyskać na ekranie niezwykły efekt. () Praca z nim była wielką lekcją"- mówił reżyser w rozmowie z Indian Express.

Jolanta Dylewska i "Tulpan": cztery lata wśród skorpionów

Zanim Jolanta Dylewska trafiła na plan "Tulpana", jego reżyser Siergiej Dworcewoj sądził, że kobieta-operator nie wytrzyma wielomiesięcznej pracy w 50-cio stopniowym upale, wśród skorpionów i jadowitych węży. Dylewskiej one nie przerażały. Po czterech latach pracy na Stepie Głodowym w Kazachstanie wraz z Dworcewojem nakręciła wybitny film o żołnierzu, który po odbyciu służby wojskowej wraca na kazachski step, by tu ułożyć sobie życie i znaleźć żonę.



Zdjęcia rozpoczęli w 2004 roku, a skończyli w 2007 roku (kolejne miesiące zajęła postprodukcja). Pierwotnie mieli kręcić jedynie trzy miesiące.

- Jednak kiedy w drugim miesiącu pracy nadal trwały próby i nie zrobiliśmy w zasadzie ani jednego ujęcia, było już wiadomo, że nie uda się dotrzymać terminu" - mówiła operatorka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim.

Prace nad filmem się przedłużały, a kolejni członkowie ekipy się wykruszali. Wyjeżdżali niemieccy producenci, scenograf ze Szwajcarii, dźwiękowcy z Francji, charakteryzacja i operatorzy z Polski i aktorzy z Kazachstanu. Na koniec pozostali jedynie aktorzy, Dworcewoj i Dylewska.

Czteroletnia praca w ekstremalnych warunkach się opłaciła. Film zdobył kilkadziesiąt nagród na światowych festiwalach, a zdjęcia nagrodzono Azjatycką Nagrodą Filmową zwaną azjatyckim Oscarem.

Spotkanie z Dworcewojem było dla Dylewskiej niezwykłym doświadczeniem. W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim dla miesięcznika "Film" mówiła w 2009 roku:

"Nagle okazuje się, że istnieją jeszcze reżyserzy, którzy są w stanie zrobić dla filmu wszystko. Mogą stracić zdrowie, popaść w straszliwe tarapaty finansowe, niemal głodować, tylko po to, żeby powstało dzieło, które naprawdę chcą stworzyć. Film jest najważniejszy. (...) Mnie przecież nie chodzi o robienie kariery, tylko o kręcenie dobrych filmów. Praca w tym zawodzie bywa naprawdę ciężka. Na planie, oddzieleni od najbliższych, oddajemy kawałek swojego życia, znaczną część siebie. Robienie tego tylko dla pieniędzy albo ewentualnego poklasku byłoby czymś absurdalnym".

Michał Englert i "Dolina kwiatów": Himalaje, miłość, reinkarnacja

Egzotyczny filmowy projekt ma też za sobą Michał Englert. Zanim stanął na planie "33 scen z życia", "Nieulotnych" i "W imię ", wziął udział w jednym z najciekawszych projektów w swojej dotychczasowej karierze. W 2007 roku Karl Baumgartner, słynny producent z Włoch, zaprosił Englerta na spotkanie z Pan Nalinem, reżyserem hinduskiego pochodzenia od wielu lat mieszkającym w Paryżu. Za kilka tygodni miał zaczynać zdjęcia do filmu "Dolina kwiatów" , ale wciąż szukał właściwego operatora.



- Spojrzeliśmy sobie w oczy i postanowiliśmy, że pójdziemy razem tą drogą. Zadecydował przypadek: spotkały się dwie osoby i stwierdziły, że trzeba sobie zaufać i zrobić film - opowiada.

Po kilku tygodniach Englert poleciał do Indii. Przez pięć miesięcy pracował na planie w Himalajach, a później jeszcze miesiąc w Tokio. Owocem współpracy z Nalinem był widowiskowy melodramat, w którym kino przygodowe łączyło się z mistyczną opowieścią o miłości, namiętności i reinkarnacji.

- Praca przy "Dolinie kwiatów" to przede wszystkim ciekawe doświadczenie życiowe. Do filmu mam kilka uwag, ale możliwość poznania innej kultury i pracy z tamtą międzynarodową ekipą była niesamowitym doświadczeniem - mówi po latach.

Dziś jest jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich operatorów - tylko w ostatnich latach nakręcił takie filmy jak "Kongres" Ariego Folmana, "Pani z przedszkola" Marcina Krzyształowicza i "Body/Ciało" Małgośki Szumowskiej.



Źródła: Indian Express, Filmweb, Gazeta.pl, Film, Portal Filmowy, inf. własne. Bartosz Staszczyszyn 12.03.2015

* Bartosz Staszczyszyn - krytyk filmowy i literacki. Absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i portalu Filmweb.pl. Publikował m.in. w "Polityce", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku".

Więcej o: