"Ted 2" i "Lost River". Sprośne gagi, zagubiony Ryan Gosling oraz świetny film z Węgier [NA CO DO KINA]

To jest kino! "Sens życia oraz jego brak" to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, jakie w tym roku trafiły do naszych kin. Na wielkim ekranie także "Ted 2", druga część przygód sprośnego misia. A Ryan Gosling debiutuje w "Lost River" w roli reżysera. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina, a których filmów unikać.
Sens życia oraz jego brak

29-letni Aron (Aron Ferenczik) to maminsynek i aspirujący pisarz (od dawna powtarza: "moją książkę zacznę pisać w poniedziałek"), który pracą nigdy się nie skalał. Nie dlatego, że leniwa egzystencja jest dla niego wygodna - Aron to delikatny chłopak, który nie umie się postawić i łatwo daje sobą sterować. Niedawno opuściła go miłość jego życia, ale nie miał odwagi powiedzieć o tym ani rodzinie, ani kolegom.

Może szczęście znalazłby u boku pięknej kontrolerki biletów... gdyby tylko miał odwagę do niej zagadać. Przekonany, że jego śmierć - kiedyś musi przecież nastąpić - nie obejdzie nikogo, upija się jak nigdy dotąd i pod wpływem alkoholu... kupuje bilet lotniczy do Lizbony. Zanim będzie mógł wybrać się do Portugalii (ale czy w ogóle chce tam lecieć?), będzie musiał odpracować drogi bilet i... może w końcu dorosnąć?

Każdy twórca znad Wisły, który próbował nakręcić podobny film w ostatnim czasie (a trochę ich było, żeby wspomnieć tylko beznadziejne "Heavy Mental" i pretensjonalne "Małe stłuczki"), na widok obsadzonego naturszczykami, niskobudżetowego, pełnometrażowego debiutu 35-letniego reżysera i scenarzysty Gabora Reisza powinien zzielenieć z zazdrości.

Reiszowi udało się coś dziwnego i niewytłumaczalnego (oryginalny, węgierski tytuł tłumaczy się właśnie tak: "Jest coś dziwnego i niewytłumaczalnego") - nakręcił świeży, słodko-gorzki, uroczy komediodramat, w którym postaci rozmawiają normalnym językiem i przeżywają prawdziwe problemy młodych ludzi, mieszkających w dużym europejskim mieście.

Owszem, parokrotnie film skręca w stronę obrazu tak-pozytywnego-że-aż-prawie-nieprawdopodobnego, ale robi tak tylko po to, by już po chwili przypomnieć widzowi, że nawet jeśli życie zamienia się w bajkę, to tylko na krótką chwilę. Jeśli coś w "Sensie życia..." może denerwować, to aż nazbyt fajtłapowaty główny bohater, ale do jego ogromnych trudności w odnalezieniu się w codzienności można się przyzwyczaić. Tacy ludzie naprawdę są wśród nas.

Film proponuje też kilka wspaniałych trików wizualnych, przywodzących na myśl zagrywki Michela Gondry'ego (któremu notabene przydałyby się króciutkie wakacje). Tyle że jest to Gondry stonowany, nieprzeestetyzowany i natarczywy aż do nudności, jak miało to miejsce w "Dziewczynie z lilią". Weźmy np. dziewczynę Arona, która "cały czas za nim chodzi" - w jednym sprytnym ujęciu ukazano to bardzo dosłownie. Na uwagę zasługuje także oryginalna, świetna forma podania napisów końcowych.

Ale może nie mamy czego zazdrościć węgierskiej kinematografii? Reżyser i scenarzysta (a także operator i współtwórca znakomitej muzyki) twierdzi, że jego film nie jest dla niej reprezentatywny:

- Konstruując zrozumiały i spójny tematycznie film, zadziałałem wbrew dziwnie postrzegającemu publiczność węgierskiemu przemysłowi filmowemu, działającego w taki sposób, jakby próba znalezienia kontaktu z kimkolwiek na sali kinowej nie miała sensu. Tylko poprzez stworzenie czegoś znaczącego, z historią, do której można się osobiście odnieść, zwiększamy swoje szanse na rozpowszechnianie filmu wewnątrz i poza granicami kraju - powiedział Reisz.

Jak powiedział, tak zrobił - film spodobał się na festiwalu w Karlowych Warach oraz w Turynie, gdzie zdobył Specjalną Nagrodę Jury i Nagrodę Publiczności i bardzo szybko znalazł amerykańskiego dystrybutora.

"Sens życia oraz jego brak" to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, jakie w tym roku trafiły do naszych kin. Czy ktoś w Polsce odważy się "nawiązać kontakt z widzem, nakręcić coś znaczącego, z historią, do której można się osobiście odnieść?" Trzymajmy kciuki. Trzymajmy je bardzo mocno.

Ocena: 5/6



"Sens życia oraz jego brak", dramat, komedia, Węgry 2014, 96 min., reż. Gábor Reisz, występują: Áron Ferenczik, Miklós Horváth, Bálint Györiványi, Tamás Owczarek, Roland Lukács

Ted 2

Skoro to druga część komedii o żywym do przesady pluszowym misiu (ponownie głosu użycza mu reżyser i współscenarzysta filmu, Seth MacFarlane), nadszedł już czas, aby to właśnie na jego postaci skupić główną oś fabularną. Najlepszy przyjaciel Teda, John (ponownie Mark Wahlberg), jest pół roku po rozwodzie z Lori. Nadal mocno to przeżywa.

Z kolei Ted ma się świetnie i właśnie bierze ślub z Tami-Lynn (Jessica Barth). Małżeństwo błyskawicznie kończy sielankę w jego związku. Ted dochodzi do wniosku, że tę relację ocalić może jedynie dziecko. Ponieważ pluszak nie jest w stanie zapewnić Tami-Lynn potomstwa, razem z Johnem próbuje raz mniej, raz bardziej zabawnych (jak to u MacFarlane'a) metod wyjścia z sytuacji.

Metody pracy i pomysły twórcy Teda nie zmieniły się od czasu przezabawnej "Głowy rodziny". Jego najnowszy film także wychodzi od jednego pomysłu, by wkrótce zacząć traktować na zupełnie inny temat. To akurat dobrze, bo gdy "Ted 2" przechodzi do kluczowego problemu - kwestii sądowego rozstrzygnięcia tego, czy Ted jest osobą, czy własnością - dotyka bardzo ważnego problemu w kraju, w którym jakiś czas temu okazało się, że nawet "korporacje są ludźmi". Poza tym, MacFarlane kompletnie nie przejmuje się fabułą - jedyne, co go obchodzi, to gagi. Może to i dobrze, bo niektóre wątki są w "Tedzie 2" aż do przesady bezsensowne.

Najbardziej karkołomnym pomysłem, który części widzów może nie przypaść do gustu, jest pozbycie się Mili Kunis, która w pierwszej części wcielała się w partnerkę Johna. To przecież wokół konfliktu między nią a Tedem kręcił się cały film.

MacFarlane lekkim ruchem pióra przekreśla "Teda" i choć moim zdaniem postępuje interesująco, udowadniając, że nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenia już po napisach końcowych, to można mieć do niego o to żal, zwłaszcza że, niestety, "Ted 2" jest jednak mniej zabawny od poprzedniej odsłony.

Kontynuacja jest też pozbawiona efektu świeżości, który towarzyszył pierwszemu spotkaniu z niegrzecznym misiem (a nawet takiego powiewu świeżości, który niósł ze sobą komediowy western MacFarlane'a "Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie", z którego twórca pożyczył Amandę Seyfried, wcielającą się w prawniczkę Teda i nową, potencjalną ukochaną Johna).

W "Tedzie 2" szczególnie interesujące jest podejście, na jakie zdecydowało się Hasbro. Drugi co do wielkości producent zabawek na świecie, w zamian za naprawdę sporą dawkę ulokowanych produktów, zgodził się pełnić rolę pośledniego czarnego charaktera. Podoba mi się taka odważna postawa.

Jeśli lubicie komedie, "Ted 2" zapewni wam wystarczającą dawkę humoru, by nie narzekać po wyjściu z kina, ale z pewnością nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Strzelający milionem gagów - bo nie zawsze śmiechem - MacFarlane nadal bawi najlepiej, gdy opowiada dowcipy w formie animowanej.

Ocena: 3/6



"Ted 2", komedia, USA 2015, 119 min., reż. Seth MacFarlane, występują: Mark Wahlberg, Seth MacFarlane, Amanda Seyfried, Morgan Freeman, Giovanni Ribisi, John Slattery

Lost River

Zmanipulowana przez bank Billy (Christina Hendricks z "Drive" i serialu "Mad Men") zostaje poinformowana, że wkrótce straci dom. Wstrętny doradca kredytowy Dave (Ben Mendelsohn, "Exodus: bogowie i królowie") oferuje jej pomoc w zamian za przyjęcie posady w należącym do niego klubie, do którego przychodzą miłośnicy (symulowanych) samookaleczeń i inni najpodlejsi dewianci.

Billy stara się pomóc także starszy z jej dwóch synów, trudniący się kradzieżą złomu Bones (Iain De Caestecker, serial "Agenci T.A.R.C.Z.Y."). Nieostrożny chłopak wkracza na teren, na którym rządzi okrutny opryszek Bully (Matt Smith, "Doktor Who"). W uciecze przed zemstą gangstera pomagać będzie Bonesowi Rat (Saoirse Ronan, "Intruz", "Grand Budapest Hotel").

Zauważyliście, jak proste i bezpośrednie ksywki mają bohaterowie reżyserskiego debiutu 34-letniego Ryana Goslinga (Bully to oprych, Rat hoduje szczura itd.)? Tak prosta jest też cała historia, choć Gosling, na swoje nieszczęście, próbuje przystroić ją w szaty skomplikowanego arcydzieła.

Gdyby aktor po prostu nakręcił film, zamiast składać superkolaż z prac swoich ulubionych artystów i liczyć na nagłe objawienie się wiekopomnego dzieła, może dałoby się "Lost River" oglądać. Niestety, neo-noirowy thriller Goslinga wygląda jak twarz idealnej kobiety, którą od czasu do czasu próbują złożyć kolorowe magazyny - kości policzkowe tej modelki, czoło od tej piosenkarki, usta tamtej aktorki. Niby lepiej trafić się nie da, więc dlaczego na efekt końcowy nie da się patrzeć?

"Lost River" już na pierwszy rzut oka zdradza inspiracje autora. Najwięcej tu motywów z Davida Lyncha i Nicolasa Windinga Refna, współpracę z którym Gosling dobrze wspomina ("Drive", "Tylko Bóg wybacza"). Bez trudu da się także odnaleźć ujęcia zapożyczone wprost od Terrence'a Malicka czy z klasyki włoskiego kina grozy klasy B.

Lokal, w którym zatrudnia się Billy, sfotografowany jest jak wszystkie neonowe wnętrza Refna, a kojarzyć się może z Clubem Silencio z "Mulholland Drive", choć "Zagubiona rzeka" (Lynch miał film o bardzo podobnym tytule...) najwięcej wspólnego ma jednak z "Blue Velvet". Z kolei najzwyklejsze momenty filmu przywodzą na myśl okropny debiut Harmony'ego Korine'a, "Gummo".

Wygwizdany podczas canneńskiej premiery (Warner Bros. próbowali wtedy szybko sprzedać prawa do dystrybucji w USA, ale nie znaleźli chętnych) film ma dobrą muzykę i znakomite zdjęcia (niektóre ujęcia zapadają w pamięć), ale to nie wystarcza. Być może największym problemem "Lost River" nie jest Gosling-reżyser, ale - również debiutujący - Gosling-scenarzysta. Jego bohaterom nieszczególnie chce się kibicować, jego historia jest prosta i wyświechtana, a elementy magiczne wtłoczone są tu kompletnie na siłę. Cały mit Lost River jest zbędny i nie trzyma się kupy.

Gosling widział już wiele podobnych filmów, które działały. Nie spodziewał się, że gdy będzie chciał nakręcić podobny, okaże się tak potwornie zagubiony.

Ocena: 2/6



"Lost River", fantasy, thriller, USA 2014, 95 min., reż. Ryan Gosling, występują: Christina Hendricks, Iain De Caestecker, Saoirse Ronan, Matt Smith, Ben Mendelsohn, Eva Mendes, Reda Kateb, Barbara Steele

Cena sławy

W 1978 r. dwaj mechanicy samochodowi - pochodzący z Polski Roman Wardas i Bułgar Gantscho Ganev - wykradli jeszcze ciepłe zwłoki Charliego Chaplina, licząc na sowity okup za ciało zmarłej legendy kina. Niestety, rodzina nie chciała płacić - wdowa twierdziła, że Charlie uznałby te żądania za śmiechu warte.

Francuski komediodramat Xaviera Beauvoisa ("Ludzie boga", "Młody porucznik") opowiada tę historię, niektóre szczegóły zachowując, a inne zmieniając. Jeśli obawiacie się wstydu po przypomnieniu historii rodaka, który wpadł na tak brawurowy pomysł (chyba że odczuwacie dumę z jego zuchwałego planu), uspokajam - głównymi bohaterami "Ceny sławy" są opuszczający właśnie więzienie Belg Eddy (Benoit Poelvoorde, "Coco Chanel", "Nic do oclenia") oraz Osman, jego przyjaciel o algierskich korzeniach (Roschdy Zem, "Pustka", "Dni chwały").

Osman przyjmuje dawnego kompana pod swój dziurawy dach, bo ma wobec niego dług wdzięczności, a poza tym potrzebuje kogoś, kto zaopiekuje się jego małą córeczką, podczas gdy Osman doglądać będzie leżącej w szpitalu żony. Gdy Eddy wpada na pomysł wykradnięcia ciała Chaplina dla okupu, Osman początkowo jest temu niechętny. Zmienia zdanie, gdy dochodzi do wniosku, że to jedyny sposób, by opłacić rachunki za leczenie żony.

Film toczy się powolnym tempem, a w finale okazuje się mieć podobne przesłanie do dzieł Chaplina, który zawsze starał się szukać współczucia i solidarności wśród ludzi. Elementy komediowe mają wynikać m.in. z prób powtarzania sztuczek wielkiego komika, ale Beauvoisowi i jego aktorom wychodzi to marnie. Reżyser stara się mrugać okiem, wplatając w obraz ujęcia nawiązujące do twórczości Chaplina i choć czasami udawanie filmu niemego wychodzi "Cenie sławy" sympatycznie, tym bardziej uwydatnia to przepaść, dzielącą obraz Beauvoisa i dzieła nieobecnego bohatera filmu.

W małych rólkach zobaczymy wnuczkę Chaplina, Dolores i jego syna, Eugene'a. Największe uznanie budzi Peter Coyote, wcielający się w wiernego lokaja artysty. Nawet dla niego nie warto jednak oglądać "Ceny sławy". Gdyby był to film Chaplina, byłby najsłabszy w jego dorobku.

Ocena: 2/6



"Cena sławy", dramat, Francja 2014, 110 min., reż. Xavier Beauvois, występują: Benoit Poelvoorde, Roschdy Zem, Séli Gmach, Chiara Mastroianni, Nadine Labaki

Wojna imperiów

48 rok p.n.e. Huo An (Jackie Chan) dowodzi elitarnym oddziałem, strzegącym spokoju na jedwabnym szlaku - słynnej ścieżce handlowej, łączącej Chiny z Europą. Wrobiony w przemyt i zesłany na prowincję, musi bronić swojego nowego przyczółku przed oddziałem rzymskich legionistów z Lucjuszem (John Cusack) na czele. Jeszcze nie wie, że będzie musiał połączyć siły z nowym wrogiem, gdy na horyzoncie pojawi się prawdziwe zagrożenie - ścigający uciekinierów z Rzymu bezwzględny generał Tyberiusz (Adrien Brody).

"Wojna imperiów" to jedna z najdroższych produkcji w historii chińskiej kinematografii (choć tak się jakoś składa, że ostatnio podobne stwierdzenia słyszymy co chwilę). W tamtejszych kinach ten (a)historyczny film akcji Daniela Lee ("14 ostrzy", "Podstępna gra") spisał się bardzo dobrze, więc teraz twórcy liczą na zarobienie paru yuanów za granicą.

Pierwsze recenzje są mocno zróżnicowane. Podobno aktorzy spisują się dobrze, 61-letni Chan już dawno nie miał tak przyzwoitej roli, a tempo filmu jest świetne, nawet gdy na ekranie nie toczy się akurat żadna wielka bitwa, ale pojawiają się też narzekania na płaskie charakterologicznie postaci i chińskocentryczną, imperialną wymowę filmu, która będzie przeszkadzać każdemu, kto zgrzyta zębami, gdy w amerykańskim kinie na pierwszym planie dumnie powiewa flaga walecznych USA.

Ile dobrego wynika z "Wojny imperiów" (w wersji amerykańskiej "Smoczego ostrza" a w dosłownym tłumaczeniu "Niebiańskiego generała, heroicznej armii"), przekonamy się wkrótce. Film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Wojna imperiów", thriller, akcja, Chiny 2015, 125 min., reż. Daniel Lee, występują: Jackie Chan, John Cusack, Adrien Brody, Si Won Choi, Peng Lin, Mika Wang, Xiao Yang, Taili Wang

Więcej o:
Skomentuj:
"Ted 2" i "Lost River". Sprośne gagi, zagubiony Ryan Gosling oraz świetny film z Węgier [NA CO DO KINA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX