"Steve Jobs" już po premierze. Aaron Sorkin: Miałem w głowie jedno proste założenie: nie chcę, żeby to był film biograficzny

Klaustrofobiczne wnętrza, presja czasu i bohaterowie wiarygodni raczej pod względem psychologii niż podobieństwa do prawdziwych postaci - tak, według autorów, miał wyglądać nowy film o Stevie Jobsie. Co z tego wynikło?
Amerykanie już wiedzą - film, opowieść o słynnym założycielu firmy Apple, miał w sobotę uroczystą premierę w Nowym Jorku, podczas trwającego tam właśnie festiwalu filmowego. Organizatorom udało się zaprosić na pokaz autorów filmu i sporą część obsady. Po projekcji twórcy odpowiadali na pytania widzów.

Nieważne, że o Jobsie

Reżyser, Danny Boyle, wypowiadał się bardzo lapidarnie, jakby skromność nie pozwalała mu komentować zachwytów, którymi dzielili się pierwsi widzowie. Dość jednoznacznie sugerował jednak, że od samego początku zależało mu na tym, żeby powstał film zaskakujący i wykraczający poza schemat ekranowej biografii. Widzowie byli zgodni, że bardzo mu się to udało: najnowszy film Boyle'a to rzeczywiście coś zupełnie innego niż kolejna próba streszczenia i przedstawienia ma ekranie historii życia jednego z najważniejszych wynalazców, innowatorów i biznesmenów przełomu stuleci.

To raczej mocno teatralna, utrzymana w bardzo szybkim tempie psychodrama - opowieść o człowieku, który próbuje poukładać sobie relacje z kilkoma bliskimi osobami, w czym bardzo przeszkadza jego ogromne ego oraz podporządkowanie wielu prywatnych i osobistych spraw sukcesowi na polu biznesowym. Fakt, że chodzi jednocześnie o człowieka, który stworzył jedną z najbardziej znanych marek na świecie i wprowadził na rynek kilka technologii, które zrewolucjonizowały życie codzienne ludzkości, że chodzi o jedną z najbardziej ikonicznych postaci ostatniego półwiecza, jest w tym filmie niemal na uboczu, co bardzo dobrze mu robi.



Biografia bez urodzin i śmierci

Bardzo dobrze zrozumiał intencje reżysera autor scenariusza, Aaron Sorkin. Co prawda oparł się na dość typowej biografii bohatera, słynnej książce autorstwa Waltera Isaacsona, ale podszedł do niej w sposób bardzo pretekstowy i przygotował adaptację niemal rewolucyjną.

- Kiedy zaczynałem pracę nad scenariuszem - opowiadał Sorkin, - miałem w głowie jedno, proste założenie: nie chcę, żeby to był film biograficzny. Taki klasyczny, którego akcja trwa od urodzenia do śmierci bohatera, a po drodze rytm wyznaczają wszystkie przełomowe wydarzenia z jego życia. Widzowie doskonale znają taką konwencję, są do niej mocno przyzwyczajeni. I właśnie dlatego chciałem od niej uciec jak najdalej. Potem, już na etapie konstruowania kolejnych scen, włączyły się wszystkie moje obsesje: małe, klaustrofobiczne pomieszczenia czy działanie pod mocnym ciśnieniem czasowym. Szybko okazało się, że można je świetnie wykorzystać na potrzeby tej historii.

Sorkin odniósł się także do pytań o konstrukcję filmu - jest bardzo nietypowa, precyzyjna i drobiazgowa, przypominająca utwór muzyczny: wyraźnie podzielony na trzy części, w których powracają te same tematy w różnych aranżacjach i wariacjach.

- Wydawało nam się, że w taki sposób uda nam się pokazać najważniejsze problemy Jobsa - opowiadał scenarzysta. - Nie mogliśmy oczywiście uciec od muzyki, której jest w tym filmie bardzo dużo i występuje w różnych postaciach: od rozmów bohaterów na jej temat do pojawiających się w tle w wielu scenach nut, od muzyki klasycznej do popowych piosenek. Przecież wiadomo, że Jobs był wielkim miłośnikiem muzyki, nie można było więc robić takiego filmu bez bardzo pieczołowitego przygotowania tej warstwy.

Wozniak nie znienawidził Rogena

Dużo o tworzeniu swoich ról opowiadali aktorzy - szybko okazało się, że praca na planie nie była standardowa i oczywista.

- Tym, co na pewno bardzo mocno zdecydowało o świetnym zgraniu całej obsady - opowiadała Kate Winslet, - był fakt, że nasz reżyser zorganizował salę prób, w której wszyscy pracowaliśmy razem. Ci, którzy grali główne role i ci, którzy w filmie pojawiają się tylko na chwilę, na równi uczestniczyli w przygotowaniach.


Kadr ze zwiastuna filmu "Steve Jobs" fot. You Tube

Winslet zagrała w filmie główną postać kobiecą, Joannę Hoffman, bardzo bliską współpracowniczkę Jobsa, prywatnie zaś córkę Jerzego Hoffmana, polskiego reżysera filmowego.

"Steve Jobs" to film opowiadający o prawdziwych, żyjących postaciach: poza zmarłym kilka lat temu głównym bohaterem, praktycznie wszystkie z pozostałych postaci, które pojawiają się na ekranie, mają swoje żyjące pierwowzory. W przypadku tego typu produkcji zawsze pojawia się kwestia, na ile aktorzy powinni się wzorować na swoich odpowiednikach z realnego świata.

- Najważniejsze dla mnie było to - żartował Seth Rogen, odtwarzający postać Steve'a Wozniaka, - że Steve Wozniak mnie nie znienawidził po tym, jak zobaczył film. A tak poważnie: tak, mieliśmy oczywiście okazję spotkać się z prawdziwymi osobami, które odtwarzamy na ekranie. To były bardzo ważne i pouczające spotkania. I to w podwójnym znaczeniu: pomogły nam nie tylko w kreowaniu postaci, które graliśmy. Niezwykle znaczące było też to wszystko, co ci ludzie mówili nam o samym Jobsie. W każdej z tych rozmów czuło się wyraźnie, jak znaczącą postacią był w ich życiu i jak bardzo odczuwają dziś jego brak. Nawet osoby, które miały z nim trudne relacje, na każdym kroku okazują mu wielki szacunek.

Grać Jobsa, nie imitować Jobsa

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że - mimo znakomitych ról drugoplanowych - prawdziwym aktorskim mistrzem tego filmu jest Michael Fassbender, grający tytułową rolę.

- Do teraz nie wiem, czemu mnie wybrali - żartował, - przecież w ogóle nie jestem podobny do Jobsa. Co innego Christian Bale.


Michael Fassbender jako Steve Jobs fot. kadr ze zwiastuna

Była to oczywista aluzja do początków tego projektu - w pierwszej wersji film miał reżyserować David Fincher, a tytułową rolę grać miał właśnie Bale. Kiedy jednak okazało się, że Fincher zażądał honorarium zbyt wysokiego jak na możliwości producentów, zmienił się i reżyser, i planowana wstępnie obsada.

Podczas całego spotkania w powietrzu wisiało nieuchronne porównanie do filmu o Jobsie sprzed kilku lat: obrazu zatytułowanego nieco krócej: "Jobs", którego reżyserem był Joshua Michael Stern, a tytułową rolę zagrał Ashton Kutcher. Jako, że jednak szybko okazało się, że poza głównym bohaterem, filmy nie mają ze sobą właściwie nic wspólnego, nikt nie wspomniał o tamtym obrazie. I tylko Fassnender skomentował zabawnie całą sprawę.

- W kreowaniu tej roli najwięcej nauczyłem się od Ashtona Kutchera - żartował aktor nieco złośliwie. - A tak poważnie: nie, nie starałem się imitować za wszelką cenę Jobsa, bazując na tych wszystkich najbanalniejszych, zewnętrznych drobiazgach takich jak choćby słynny czarny golf. To byłoby zbyt łatwe i, mam wrażenie, zupełnie niepotrzebne.

- Najbardziej lubiłem grać najstarszego Jobsa, tego z trzeciego aktu filmu - opowiadał Fassbender, a tym wszystkim, którzy budowali sobie wydumane interpretacje tego faktu, szybko przekłuł balonik, dodając żartobliwie: bo podczas zdjęć do pierwszego aktu, uczyłem się tekstu z drugiego, podczas drugiego - uczyłem się trzeciego, a na końcu nie miałem się już czego uczyć.

Polska premiera filmu "Steve Jobs" zaplanowana została na 15 listopada.

O życiu i karierze Steve'a Jobsa przeczytasz też w książkach >>



Więcej o:
Komentarze (4)
"Steve Jobs" już po premierze. Aaron Sorkin: Miałem w głowie jedno proste założenie: nie chcę, żeby to był film biograficzny
Zaloguj się
  • kloceklego

    Oceniono 2 razy 2

    co to jest "Steve Jons"? pojawia się to tutaj z 20 razy. umknęło mi coś?

  • cd81

    Oceniono 6 razy 0

    Jak luz artystyczny, to luz, co się ograniczać, mógł go zagrać czarnoskóry aktor, a nawet Indianka z zespołem Downa.

  • david321

    Oceniono 5 razy -1

    Hahaha... Na gazeta.pl reklamy przekretow z ajfonem za 59 zl, agora znowu kase bierze w kieszen a pozniej Czerscy beda udawac oburzonych, jak bylo z Amber Gold?

  • starykawaler35

    Oceniono 4 razy -2

    czemu?jestes zydem lub gejem...tylko tacy w hollywood robia wielkie kariery

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX