"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości". Zmierzch strażników z niebios? Raczej bijatyka chłopców w rajtuzach [RECENZJA]

Marek Kuprowski
29.03.2016 17:11
A A A

"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości", reż. Zack Snyder (Fot. mat. prasowe)

W przeciwieństwie do niosących nadzieję produkcji Marvela, filmy DC i Warner Bros. zdają się sugerować, że jesteśmy skazani na zagładę, a superbohaterowie mogą ją jedynie odroczyć. I to ma sens! Ale znajdzie się też naprawdę sporo wad filmu "Batman v Superman"...
Po "Człowieku ze stali", świat podzielił się na wielbicieli Supermana i lękającą się jego boskich mocy mniejszość. Mieszkający w sąsiednim Gotham City Batman należy do tej drugiej grupy. Detektyw w kostiumie nietoperza uważa, że to właśnie latający nadczłowiek stoi za ogromnymi zniszczeniami i należy ograniczyć jego samowolkę. Senat USA również jest podzielony. Tymczasem, genialny psychopata Lex Luthor, w którego wciela się Jesse Eisenberg, ma własny plan. Postanawia nastawić superbohaterów przeciw sobie...



Zmierzch strażników z niebios

Niektórzy sprzeciwiają się mrokowi bijącemu z nowego filmowego świata DC, ale takie podejście ma sens. W przeciwieństwie do niosących nadzieję i radość produkcji Marvela, filmy Warner Bros. zdają się sugerować, że jesteśmy skazani na zagładę, a superbohaterowie mogą ją jedynie odroczyć. Jest w tym coś pociągającego. Podobnie jak w Benie Afflecku jako Batmanie, który wygląda na dużo bardziej udręczonego i Mrocznego Rycerza od Batmana Christiana Bale'a (chociaż w scenach walki wypada momentami topornie jak komputerowa bijatyka, w której da się wykonać tylko jeden cios w jednej chwili i jakiekolwiek combo jest niemożliwe).

Affleck, Gal Gadot w roli Wonder Woman, czy Henry Cavill jako Superman to świetna ekipa, która może dać nam w nadchodzących latach wiele radości. Trzeba tylko sprawniejszych reżyserów i inteligentniejszych scenarzystów. Albo producentów, którzy nie wypuszczą celowo filmowego półproduktu, doskonale wiedząc, że i tak pójdziemy do kina. Oraz widzów, którzy rzeczywiście do kina nie pójdą, nie godząc się na traktowanie po macoszemu i pokornie ciągnących na seans, "bo przecież Batman kontra Superman!". Bo wad najnowszej produkcji o Batmanie i Supermanie jest naprawdę sporo...

"Batek, a Superak cię przezywa!"

Fabuła filmu jest koszmarnie głupia, a konflikt Batmana z Supermanem dmuchany do granic możliwości. Ich spór zaczyna się niczym podwórkowa kłótnia, nakręcona przez osiedlowego łobuziaka. Nasz ananas przychodzi do małego Batmana i mówi, że Superman z równoległej klasy rozpowiada o nim brzydkie rzeczy. Batman, oczywiście, wierzy szelmowsko uśmiechającemu się Leksowi i postanawia wymierzyć sprawiedliwość silniejszemu od siebie chłopcu w rajtuzach.

OK, może i Bruce Wayne ma szczątkowe powody, by nie ufać Supermanowi, ale nie jest to coś, czego nie wyjaśniłaby jedna rozmowa i minimum logicznego myślenia. No chyba że panowie tak naprawdę spierają się o to, kto jest lepszym superbohaterem i ma większe gadżety ze stali. Wtedy ma to sens.

Jesse Eisenberg znowu zagrał to samo

Jesse Eisenberg to jedna z największych wad produkcji. Wielu spodziewało się, że aktor zagra Luthora jak Marka Zuckerberga czy swojego bohatera z "Iluzji". Spodziewałem się tego samego, z tą różnicą, że dla mnie był to powód do obaw. Niespodzianki nie ma - Eisenberg znowu zagrał to samo, a w połączeniu z kiepsko wymyśloną postacią prowadzi to do naprawdę kiepskich efektów.

Nie licząc dwóch-trzech udanych scen (przemówienie w bibliotece!), Eisenberg prezentuje się niczym kandydat na studia aktorskie, który postanawia popisać się, grając psychopatę po całości. Ponieważ Luthor bez przerwy ględzi od rzeczy, patrzy się na niego, przewracając z niedowierzaniem oczami i robiąc przy głowie znak "kuku", zamiast odczuwając lęk, jak przed Jokerem z "Mrocznego Rycerza". Rozumiem, że Lex jest bogaty i miał szanowanego ojca, ale nawet w naszym skorumpowanym świecie, w którym takie jednostki mogą dużo więcej, ten szaleniec już dawno siedziałby w zakładzie zamkniętym, a rząd USA nie prowadziłby z nim zakulisowych interesów.

Czy widzimy nową Kobietę-Kota?



W trakcie seansu zacząłem podejrzewać, że przedstawianie Gal Gadot jako Wonder Woman było najlepszym przekrętem promocyjnym ostatnich lat. Przecież w "Batman v Superman" jej bohaterka przez pół filmu zajmuje się kradzieżami i włamaniami. Czyżby niespodzianka i oto widzimy nową Kobietę Kobietę-Kota? Spokojnie, okazuje się, że jednak nie.

Ale co to była za chwila, gdy Kobieta-Cud wreszcie postanowiła się ujawnić! Reżyser kompletnie zapomniał, jaki film kręcił przedtem. Tytułowi bohaterowie zostali zepchnięci na dalszy plan, a kamera w nieskrywanie erotyczny sposób upajała się ciałem heroski. Można było odnieść wrażenie, że Amazonka pokonałaby wszystkich przeciwników naraz bez niczyjej pomocy. Ale może nie powinienem się temu wszystkiemu dziwić, skoro i dla mnie Gadot była największą zaletą kilku części "Szybkich i wściekłych" oraz powodem, dla którego nie do końca pamiętam, czy w tamtych filmach w ogóle występowały jakieś samochody.

Superprodukcja czy superparodia?

"Batman v Superman" zaczyna się od tradycyjnej już sceny śmierci rodziców Bruce'a Wayne'a. Zack Snyder nie może się powstrzymać i kręci ją w charakterystycznym dla siebie zwolnionym tempie, celebrując każdy koralik zerwany z szyi matki przyszłego Batmana. Efekt? Przekomiczny. Niestety, "snajderyzmów" jest w tym filmie mnóstwo i to między innymi one sprawiają, że superprodukcja wygląda często jak superparodia.

Ale nie tylko reżyser jest winny. Studio czuje, że filmy z uniwersum DC Comics zostały parę długości za Marvelem i próbuje nadrobić stracony czas w mgnieniu oka. Dlatego każdy bohater jest w tej produkcji postacią z przeszłością, której mało sensowne przebłyski tu i ówdzie widzimy. W kontekście tego filmu nie wypada to za dobrze, ale, niewątpliwie, dość sprawnie wprowadzi nadchodzące, pojedyncze filmy o poszczególnych herosach. Lekka zajawka przyszłej Ligi Sprawiedliwych także wepchnięta jest wewnątrz ewidentnie na siłę, ale owe zabiegi wyszły mniej topornie, niż się spodziewałem.

Finałowy pojedynek? Doczepiony zupełnie bez sensu



Jeżeli widzieliście chociaż jeden zwiastun, spodziewacie się pewnie, że w filmie pojawi się jeszcze jeden przeciwnik. Szkoda, że ktoś nie spojrzał w porę na tytuł i nie uznał, że mniej znaczy więcej a "Batman v Superman" powinien ograniczyć się do bitki Batmana z Supermanem. Finałowy pojedynek doczepiony jest zupełnie bez sensu, wcale nie wygląda efektownie i jest jak bonusowy poziom, w który ktoś każe nam grać, mimo że już przeszliśmy grę do końca i zupełnie nie mamy ochoty na więcej.

Mimo wszystko, na każde dwie kiepskie sceny przypada tu co najmniej jedna naprawdę udana i nie da się ukryć, że choć wyszła z tego produkcja momentami parodiująca samą siebie, to z jej oglądania i tak czerpie się sporą frajdę. Chociaż nie jestem superfanem takich dzieł i nie odliczałem dni do momentu, w którym zobaczę pojedynek Supermana z Batmanem, to... A niech mnie, to przecież tak, jakby w jednym filmie umieścić Hana Solo, Indianę Jonesa, Larę Croft i Lionela Messiego! Może i bez sensu, ale czy może nie oglądać się przyjemnie?

Na koniec, ukłon w stronę Jeremy'ego Ironsa. Anglik wygląda odrobinę młodo jak na Alfreda, ale jego brytyjska flegma i świetne czucie konwencji sprawia, że jest jednym z największych atutów filmu. To właśnie takie wyjątkowo udane detale czynią z "Batman v Superman" film, który, mimo wszystko, MOŻNA obejrzeć.



Zobacz także
Komentarze (48)
Zaloguj się
  • dodgethis

    Oceniono 46 razy 26

    Nie przejmujcie się recenzjami, jeżeli chcecie (chcieliście film zobaczyć, zróbcie to). W ewidentny sposób negatywne recenzje są efektem hejtu lecącego na zasadzie kuli śniegowej. Jak inaczej wyjaśnić, że film ma poniżej 30% recenzji krytyków pozytywnych na RottenTomatoes, a taki np. Jurassic Park 72% a Age of Ultron 75%.
    Spieszę z wyjaśnieniami.
    Jako wieloletni fan Batmana (wersję Tima Burtona oglądałem mając 10 lat w kinie Muranów) jestem zszokowany zjawiskiem medialnym z jakim mamy do czynienia.
    Nie pamiętam filmu (dobrego czy złego), który został tak w recenzjach przeczołgany jak BvS.
    W mojej opinii, po kilkudniowym zajęciu się sprawą winne są dwa aspekty - dzisiejszy tzw. "przeciętny widz" i Disney (Marvel), choć ten drugi nie bezpośrednio.
    Badania wykazują, że ok. 75% widzów odwiedzających dzisiaj multipleks idzie do kina, by poprawić sobie nastrój, uciec od stresu - słowem, łaknie czystego eskapizmu. Nie idzie zobaczyć film, idzie po prostu uciec.
    W obszarze kina superbohaterskiego mamy do czynienia z niemal dekada dominacji Marvela, który przyzwyczaił widzów i krytyków (nie oszukujmy się to normalni ludzie, ergo tez widzowie) do lekkiego, pogodnego tonu, szybkiej akcji, jasnych kolorów, spektakularnych efektów specjalnych, wszystko okraszając mniej lub bardziej wybrednymi żartami. Słowem Marvel serwuje pełnymi łychami czysty eskapizm fabułami stworzonymi w laboratoriach zarządu Disneya, wycyzelowanymi celnymi pointami uderzającymi w serducha każdej niemal demografii.
    I nagle Snyder tworzy ponurą (nie "ponurą" w rozumieniu dzisiejszego popcornowego widza z multipleksu, dla którego byle scena w nocy jest mroczna) wizją studium etosu nadczłowieka, dylematem degeneracji moralnej mściciela i meandrami koneksji uniwersum DC. Dwóch ponurych, wsciekłych mocarzy leje sie po pyskach, bez - JAK TO MOŻLIWE!??!! - ani jednego dowcipasa spisanego pod rechot widowni.
    W żadnym razie nie przypisuje BvS wysokokulturowych wątków czy mądrości, choć jest tego dużo więcej niż nawet u Nolana, ale dla smakosza Marvelowych komedyjek to jak wizyta na oddziale onkologicznym prosto po wycieczce w lunaparku.
    Film jest ciężki jak napisany przez Wagnera soundtrack snu konającego w gorączce chorego. Jest pięknie zrealizowany i niezwykle celnie, w moim przynajmniej przypadku, projektuje emocje - trwogę, obezwładniający lęk, bezsilność i maleńkość człowieka wobec niepowstrzymanej, nieobliczalnej i zwierzęcej siły obcej, nieokiełznanej istoty. Maleńkości człowieka wobec wszechwładzy demonicznej woli zniszczenia, którą pokonać może jedynie ten właśnie nadczłowiek, superbohater - paradoksalnie ostatnia szansa człowieka.
    Obsada sprawdza się świetnie. Nie słuchajcie, że Lex przypomina Jokera, a nie wyrachowanego Luthora, bo to nie komiksowy Lex (pierwowzór) a jego opętany, chory syn, co jest jasno powiedziane w filmie, a jakoś w recenzjach tego nie wyłapano.
    Gadot jest piękna i waleczna, jej sceny to wisienka na torcie finalnej batalii, jeżeli Scarlett w Avengersach miała być odpowiedzią na na niedostatki walecznych niewiast w kinie popcornowym, przy Wonderwoman nie ma szans.
    Irons jako Alfred, był znakomitą decyzją - dekadencki, choć stale opiekuńczy jest nowością w tej postaci i jej kinowych wcieleniach.
    Affleck - w mojej opinii najlepszy ekranowy Batman. Człowiek czynu, a nie jaku Nolana reakcjonista, wreszcie ma pole do popisu jako detektyw, ale to nic w obliczu sceny wjazdu Nietoperza do pewnego magazynu - scena wygląda jak walka z Arkham City, pełen brutalizmu realizm lania po pyskach tuzinów rzezimieszków. Pycha.

    Słowo fana - olejcie recenzje i idźcie się przekonać sami. Film jest o wiele lepszy niż się o nim pisze, co może nawet lepiej mu służy, obniża bowiem poprzeczkę oczekiwań i wielu z Was może być wniebowziętych. Ja lubię filmy Snydera (Sucker Punch był najsłabszym ogniwem, choć wciąż ciekawym wizualnie filmem), lubię Mrocznego Rycerza, podobał mi sie Man of Steel. Jeśli spełniasz te kryteria, czeka cie celuloidowa wyżerka.

  • gucio_i_maja13

    Oceniono 19 razy 5

    W jaki w ogóle sposób Batman może choćby próbować być przeciwnikiem dla Supermana? Bruce Wayne jest tylko człowiekiem i można go załatwić zwykłą kulką w łeb. Superman lata swobodnie w przestrzeni kosmicznej, podnosi płonące platformy wiertnicze, a lokomotywami rzuca jak śnieżkami. Jakieś pomysły?

  • bad-wolf

    Oceniono 5 razy 3

    Jeśli ktoś widział chociaż jeden trailer, to tak jakby zobaczył film. Po kolei:

    Plusy:
    + Wbrew powszechnym przedwczesnym hejtom, Affleck był naprawdę dobrym Batmanem. Chętnie zobaczyłabym go w osobnym filmie, dopóki Snyder nie będzie się go tykał.
    + Jeremy Irons jako Alfred - rewelacyjny
    + Początek będący jednocześnie końcem z Man of Steel
    + Świetna, choć z kiepskim końcem (jako zabieg filmowy) postać pani senator Finch
    + Ciekawe odcięcie się od nolanowskiego Batmana - syntezator głosu w odróznieniu do chrypy Bale'a, inna chronologia dzieciństwa Wayne'a
    + Fantastyczne nawiązanie ze zbroją Batmana do animowanego filmu "Superman vs. Batman", gdzie role były odwrócone.
    + Strój Post-Apo Batmana

    Minusy:
    - Kolejna kobieta w filmie potraktowana jako ozdobnik - Wonder Woman nie robi w tym filmie absolutnie nic - jest mobilnym kobiecym ciałem do pokazania. Autor recenzji powinien się wstydzić komentarza na poziomie gimnazjum. Pozwolę sobie nadmienić - panowie już się dostosowali do swoich czasów - Pan Super przestał nosić majtki na wierzchu, Batman też zrezygnował z rajstop, ale WW niech dalej świeci tyłkiem;
    - Zgodzę się z autorem recenzji - konflikt superbohaterów potraktowany łopatologicznie - dwóch inteligentnych facetów najpierw musi sobie dać po pyskach przez pół godziny, zanim dojdą do porozumienia słownego;
    - Lex Luthor był postacią między Jokerem a Rumpelstilskinem (Once Upon a Time), zabrakło czegoś własnego. Dodatkowo, nie miał absolutnie żadnych motywów do działań, jakichkolwiek.
    - Zupełnie niepotrzebna walka końcowa, w dodatku nudnie długa (ten sam błąd co w Man of Steel);
    - Jeszcze bardziej łopatologiczny wstęp do Ligii Sprawiedliwych;
    - Batman pozbawiony swojej najważniejszej roli - detektywa.

    To moja opinia. Film dla ciekawych własnej.

    Jeszcze jedna uwaga - dla wszystkich, którzy chcą zabrać swoją drugą połowę na film, a która nie jest w żaden sposób zainteresowana uniwersum - nie zabierajcie. Niech poczekają na wersję DVD/ torrenty. W większości panie (choć panów też było paru) w kinie zaczynają się nudzić, pytać (głośno) o co w ogóle chodzi albo pisać smsy z wyświetlaczem na pełnej jasności, a potem wychodzą obrażone, bo nic nie zrozumiały.

  • naz_niepoprawna

    Oceniono 2 razy 2

    Mareczku, a to "można obejrzeć" to 2/6, 3/6, czy 4/6, bo u Ciebie taki rozstrzał skali jest?

    Zgodzę się co do Eisenberga - on nie wyszedł z butów postaci w "The Social Network". Tu dodał trochę szarżowania - wyszło słabo.

    Co do reszty - ja mogę dać spokojnie 6/10 /w kategorii filmów tego typu/. Było mhocznie, był dobry występ Gadot, Affleck dał radę, choć do Keatona mu daleko. Minusem jest wyjątkowo zły montaż.

  • kowgli

    Oceniono 24 razy 2

    Nie oglądałem filmu (i raczej nie zamierzam), ale pamiętając postacie z dziecinstwa - jakie szanse ma Batman z Supermanem? Przecież Superman to pół-bóg, praktycznie nieśmiertelny, lata, ma lasery w oczach, a Batman to zwykły wysportowany koleś z dużą ilością gadżetów. Superman może go pokonać z zamkniętymi oczami. Mylę się?

  • mao111

    Oceniono 3 razy 1

    Hollywood wycisnął już z opowiastek o superbohaterach już nawet to czego tam nie było... Generalnie są to dość prościutkie historyjki bez większej głębi. Anime bije ten cały nieskomplikowany świat na głowę.

  • w.o.z.w

    Oceniono 5 razy 1

    kto był w kinie ten wie strata kasy na tego gniota. Ameryka bezwzględnie wierzy w siłę reklamy i chce byle gó... sprzedać robiąc reklamę że ho ho co to nie jest. Popatrzcie nawet gazeta opłacona by gniota reklamować.

  • Łukasz Wojtkowski

    0

    Film Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016) dostępny online z polskim dubbingiem
    kinocda.pl/filmyonline/batman-v-superman-swit-sprawiedliwosci-2016-dubbing-pl/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX