Iracka klątwa w Hollywood

Hollywood powoli zaczyna rozumieć, że na wojnie w Iraku wcale nie tak łatwo zarobić. Kolejni reżyserzy bezskutecznie próbują przełamać złą passę. Finansową porażkę odnotował nawet najnowszy film Ridleya Scotta. W sieci kłamstw dziś debiutuje w naszych kinach

 

"W sieci kłamstw" miało naprawdę przyzwoity budżet, gwiazdorską obsadę (z duetem DiCaprio-Crowe) i uznanego reżysera za kamerą. W dodatku film zebrał całkiem dobre recenzje. To wszystko jednak nie wystarczyło, żeby przyciągnąć Amerykanów do kin. Produkcja Scotta, która kosztowała niemal 70 milionów dolarów, zadebiutowała na trzecim miejscu amerykańskiego box-office. Wynik 12,8 miliona dolarów to - jak ocenili specjaliści - rezultat znacznie poniżej oczekiwań wytwórni. Niektórzy progności mówili przed premierą nawet o dwudziestu kilku milionach, jakby nie mieli w pamięci finansowych potknięć poprzednich produkcji z tzw. irackiego kręgu.

 

W sieci kłamstw - zwiastun filmu

 

Scott powtórzył los poprzedników. Paul Haggis zrealizował bardzo dobrze przyjęty przez krytyków dramat "W Dolinie Elah", w którym Tommy Lee Jones (partnerowała mu Charlize Theron) stworzył nominowaną do Oscara kreację. Film kosztował 23 miliony dolarów, a zarobił w amerykańskich kinach ledwie 6,7 miliona (choć należy wziąć pod uwagę, że liczba kopii była stosunkowo nieduża). U Gavina Hooda wystąpili Jake Gyllenhaal, Reese Witherspoon, Alan Arkin i Meryl Streep, a mimo to "Transfer" miał całkowite przychody w granicach 9-10 milionów (przy prawie trzy razy większym budżecie). Nieco lepiej, mimo mniej przychylnych recenzji, poradził sobie Robert Redford: jego "Ukryta strategia" nadrobiła kiepskie wyniki w Stanach Zjednoczonych przyzwoitym osiągnięciem na świecie. Jednak produkcja z Tomem Cruisem, Streep i Redfordem była szykowana na znacznie lepsze otwarcie niż 6,7 miliona dolarów. Można powiedzieć, że nie zawiedli tylko Peter Berg i Jaimie Foxx: "Królestwo" nie zwróciło się co prawda na amerykańskim rynku, ale z przychodami w granicach 50 milionów dolarów i tak zdecydowanie przewodzi stawce.

 

Podobne zestawienia kasowych niepowodzeń były bardzo popularne w amerykańskiej prasie już rok temu. Obok "W Dolinie Elah" czy "Ukrytej strategii" wymieniano wówczas również takie tytuły, jak chociażby niepokazywane w Polsce "Redacted" Briana De Palmy oraz "Cena odwagi" z Angeliną Jolie. "Iracka klątwa" to oczywiście pojęcie umowne: wspomniane tu tytuły dotykają problemów konfliktu w Iraku, ale również Afganistanu, czy w ogóle zahaczają o zagadnienia szeroko pojętej walki z terroryzmem. Wydaje się wręcz, że wystarczy zaledwie skojarzenie z Irakiem (jak w obrazie Scotta, którego skupiona na wojnie z terrorem akcja bardzo szybko przenosi się z Bagdadu do Ammanu), żeby produkcja nie miała szans na kasowy sukces.

 

Wszyscy mogą mówić o wojnie w Iraku, ale widzowie nie wydają się gotowi na film o niej.

- pisał po nieudanym otwarciu "W sieci kłamstw" Bob Thompson z "National Post". Ta sytuacja rodzi zasadnicze pytanie: skąd u Amerykanów niechęć do filmów podejmujących około-iracką tematykę?

 

Odpowiedź, wbrew pozorom, nie jest taka oczywista: zaobserwowane zjawisko wydaje się mieć co najmniej kilka możliwych źródeł. Niektórzy doszukują się przyczyny finansowych niepowodzeń filmów związanych z Irakiem w tym, że Amerykanie są po prostu przesyceni obrazem wojny i związanymi z nią dramatycznymi opowieściami, jakie docierają do nich z mediów. Dlaczego mieliby fatygować się do kina, żeby obejrzeć coś, co dobrze znają dzięki telewizji?

 

W dolinie Elah - zwiastun filmu

 

Być może - jak twierdził z wyraźnym rozczarowaniem jeden z weteranów irackiej wojny w wywiadzie udzielonym San Francisco Chronicle - jego "pogrążeni w apatii" rodacy wolą pozostać obojętni. Pozwala im to zachować poczucie bezpieczeństwa. Przecież to, co przedstawiają takie obrazy, jak "W Dolinie Elah" w gruncie rzeczy nie dotyczy ich i nigdy dotyczyć nie będzie.

 

Większość z wymienionych produkcji, jeśli nie wszystkie, to filmy antywojenne. Niestety, przesłanie, które niosą, wydaje się nierzadko nadmiernie czytelne, chwilami wręcz banalne. Najlepiej widać to na przykładzie przegadanej, wciąż operującej stereotypami i ckliwymi chwytami "Ukrytej strategii" Redforda. Czyżby skądinąd zdolnym reżyserom zabrakło niepokorności i odwagi do przyjęcia bardziej zdecydowanego punktu widzenia? - zdają się pytać amerykańscy dziennikarze filmowi. Pozwoliłoby to wyjść twórcom poza sztampową propagandę antywojenną.

 

Scotta również gubi pozorna niepoprawność. Twórcę "Łowcy androidów" stać wyłącznie na kilka mało oryginalnych refleksji dotyczących świata pogrążonego w wojnie z terrorem, gdzie pojęcia takie, jak zaufanie i lojalność, uległy zdewaluowaniu. W historii o niezwykłej współpracy dwóch amerykańskich agentów tkwił chyba znacznie większy potencjał. Niestety, traktując problem bardzo powierzchownie, zmarnowano znakomitą szansę na przyjrzenie się metodom działania CIA i sytuacji na Bliskim Wschodzie.

 

Emocji jest w filmie jak na lekarstwo (mimo wielu dramatycznych scen), a jednak twórcy umieli utrzymać dynamikę akcji na odpowiednim poziomie (głównie dlatego, że bohaterowie wciąż zmieniają miejsce pobytu). Zawodzi przede wszystkim scenariusz napisany przez Williama Monahana, jednak Scott również nie pozostaje bez winy. Niepotrzebne sceny i źle poprowadzone wątki (szczególnie mdły wątek romantyczny), nieprzekonujące motywacje działań bohaterów - to błędy, których tak doświadczony reżyser popełniać nie powinien. "W sieci kłamstw" ogląda się najlepiej, gdy do akcji wkracza duet DiCaprio-Crowe: ich aktorstwo w parze z przyzwoitymi dialogami wypada naprawdę nieźle. No, może poza rozczarowującym finałem, po którym wymowę filmu trudno byłoby jeszcze uprościć...

 

 

Cena odwagi (Mighty Heart)

 

 

Oczywiście, "W sieci kłamstw" oraz omawiane tytuły w różny sposób rysują krytyczny wizerunek hołubionych zazwyczaj Stanów Zjednoczonych: państwa zaangażowanego w konflikty o wątpliwej słuszności, których konsekwencje są odczuwane (bez)pośrednio przez jego obywateli. Wielu Amerykanów, i to nie tylko tych sprzeciwiających się konfliktowi w Iraku, ma świadomość okrucieństw wojny. Nie potrzebują, żeby nadal ich o tym przekonywać. Czy ciągłe przypominanie widzom o odpowiedzialności, jaką za dramaty tysięcy ludzi ponosi ich ojczyzna, to rzeczywiście dobry pomysł?

 

Pesymistyczne kino - jak zauważa Eugene Novikov z Cinematical - naprawdę trudno dobrze sprzedać. I ta zasada sprawdza się nie od dziś. Warto przypomnieć, że komediowe potraktowanie tematu w "Harold & Kumar Escape from Guantanamo Bay" przyniosło nieoczekiwany sukces kinowy. Zainicjowana przez Novikova dyskusja, poświęcona "irackiej klątwie", niesie jeszcze jedną ważną refleksję. Prawie co drugi z jej uczestników przyznaje, że nie chodzi do kina na tego typu filmy, ponieważ... dobrze wie, o czym opowiadają i jakie przesłanie niosą. Może w tym tkwi sedno sprawy?

 

kapryśny


PRZECZYTAJ RECENZJE "W SIECI KŁAMSTW"

 

Nie chcesz przegapić żadnej ciekawej premiery i poznać recenzje z Co Jest Grane już w czwartek? Zapisz się na nasz newsletter filmowy TUTAJ

 

Więcej o: