"Generał Nil": Interesuje mnie pęknięcie w człowieku [wywiad]

Od piątku w kinach "Generał Nil" przypominający losy generała Emila Fieldorfa - dowódcy Kedywu AK, po wojnie schwytanego przez UB i skazanego na karę śmierci w sfingowanym procesie. Przeczytaj naszą rozmowę z reżyserem filmu, Ryszardem Bugajskim

Czy w Polsce jest dobry klimat dla filmu historycznego?

Mnie tematy historyczne zawsze interesowały. Poza tym proces produkcji jest zbyt długi, by planować film ze względu na panującą koniunkturę. Zanim bym zakończył zdjęcia, przychylny moment pewnie już by przeminął. Robiąc filmy historyczne nie można kierować się kryterium popularności.

Jednak patrząc z perspektywy widza myślę, że teraz jest nie tyle dobry moment, ile najwyższy czas, aby zająć się najnowszą historią Polski, odkłamać na ekranie to, co nam wmawiano przez ponad pół wieku. Na szczęście wreszcie tak się dzieje.

Kiedy zaczął pan myśleć o filmie o generale Nilu?

Mniej więcej 11 lat temu złożyłem w TVP projekt cyklu 30 filmów pod tytułem "Waga i miecz". Miała to być historia PRL-u opowiedziana poprzez procesy sądowe - począwszy od procesu szesnastu w Moskwie, przez proces generała Fieldorfa, skończywszy na procesie morderców Popiełuszki. Telewizja mój pomysł ze wstrętem odrzuciła. A właściwie odrzucała go kilkakrotnie, bo przynosiłem projekt za każdym razem, gdy zmieniał się prezes. Jedynie Jan Dworak dał pozytywny sygnał: powstał teatr telewizji ?Śmierć Rotmistrza Pileckiego", na film nie było szansy.

Pomysł na film o Fieldorfie odżył trzy lata temu, po emisji "Śmierci Rotmistrza Pileckiego", kiedy to Fundacja Filmowa Armii Krajowej zaproponowała mi przypomnienie postaci generała.

W historii generała jest wiele niewiadomych: czemu nie aresztowano go zaraz po tym, jak się ujawnił, kto nakazał aresztowanie. Jak tworzył pan ze strzępów faktów swoją opowieść?

Ryszard Bugajski

Praca przy scenariuszu ma wiele z pracy detektywa policyjnego, ponieważ historia bardzo niewiele mówi głębszych rzeczy o postaci lub wydarzeniu. Nie inaczej było w przypadku "Nila": mamy akt aresztowania, akt wykonania wyroku śmierci, list napisany przez generała do rodziny itp. Ale to pojedyncze fakty, z których trzeba wyciągnąć wnioski: dlaczego postąpił tak, a nie inaczej? W jakim stanie psychicznym był bohater w danym momencie? Kto stał za aresztowaniem, za wykonaniem wyroku? Mam wielki szacunek dla faktów, nigdy ich nie lekceważę, ale muszę stworzyć z nich dramaturgicznie spójną opowieść - widz chce otrzymać uzasadnienia psychologiczne, jasno przeprowadzone wątki.

Ryszard Bugajski - reżyser, pisarz, tłumacz i scenarzysta. Zaczynał jako asystent Krzysztofa Zanussiego przy "Iluminacji". Autor "Przesłuchania" określanego mianem najbardziej antykomunistycznego filmu w historii PRL. W połowie lat 80. Bugajski wyemigrował do Kanady, gdzie realizował seriale telewizyjne i wyreżyserował film fabularny. Do kraju powrócił na stałe w roku 1997.

Przy "Generale Nilu" cały mój wysiłek polegał na tym, aby zrozumieć postępowanie, motywacje bohatera, głębiej wniknąć w jego osobowość. Fieldorf to przeciwieństwo Witolda Pileckiego - romantyka, kierującym się emocjami, chcącym jak Chrystus umrzeć za Polskę. Fieldorf był intelektualistą i pragmatykiem, czego dowodzi chociażby jego działalność w trakcie okupacji: wzorowo zorganizował, zamachy się udawały. Z drugiej strony wiemy, że był przeciwko wybuchowi Powstania Warszawskiego, ponieważ nie łudził się jak inni, że Rosjanie pomogą nam w przełomowym momencie. Po powrocie z Syberii nie dał się wciągnąć do walki z komunizmem, uważał, że byłoby to samobójstwo. Dziś wiemy, że miał rację. Był człowiekiem niesłychanie dalekowzrocznym. 

Musiał pan również skonfrontować scenariusz z inną wersją historii: córka generała, Maria Fieldorf-Czarska, miała wiele zastrzeżeń do pana scenariusza.

Pani Czarska uważa, że jej ojciec umarł z winy Żydów. Nie jestem antysemitą i nie mógłbym zrobić takiego filmu. Zresztą byłby on nieprawdziwy, bo za Polakami w aparacie władzy stali Rosjanie, a nie Żydzi.

Jak przybliżyć dzisiejszym widzom postać "Nila"? Jak uczłowieczyć ideał?

Fieldorf miał wiele cech bardzo ludzkich. Żołnierze go lubili: nie zwracał uwagi na to, kto ma guziki równo zapięte, za to był sympatyczny, towarzyski. Mam zdjęcie, na którym jest Fieldorf z kolegami oficerami. Na stole kilka butelek wódki, przed każdym oficerem - kieliszek. Dlatego w moim filmie generał wypija kieliszek koniaku zaproponowany przez śledczych. Ta scena posłużyła, by przedstawić "Nila" jako typowego oficera międzywojnia. Nie tylko wybitnego dowódcę i honorowego człowieka, który nie daje się złamać podczas brutalnego śledztwa.

Córka generała zarzucała mi, że fałszuję historię, bo jej ojciec nie pił alkoholu. To nieprawda: gdyby tak było, zapisano by ten fakt - jako szczególnie nietypowy - w jego charakterystyce robionej przez wojskowych zwierzchników.

Sekwencje więzienne "Generała Nila" przywodzą na myśl te z "Przesłuchania". W obu filmach zawiera pan podobne motywy, ale przedstawia jakże inną postać.

Antonina Dziwisz była zupełnie inną postacią: po pierwsze fikcyjną, powstałą z relacji wielu różnych osób. Po drugie, na początku jest niezbyt pozytywną bohaterką: lubi wypić, zabawić się, nie ma wzniosłych celów. Dopiero w trakcie śledztwa zaczyna zmieniać się na lepsze. Generał Fieldorf - realny człowiek - od początku był postacią całkowicie ukształtowaną. Już jako młody chłopak brał udział w wojnie przeciwko bolszewikom. Antykomunistą pozostał do końca.

W każdym z bohaterów - fikcyjnym czy prawdziwym - interesuje mnie ścieranie się dobra i zła: dlaczego ktoś, kto postanawia żyć uczciwie, staje się nagle donosicielem? Dlaczego ten kto lubi świat, rozrywki, wyrzeka się wszystkiego, decyduje się umrzeć w imię ideałów?

Nawet ubecy mają w "Przesłuchaniu" swoje pozytywne strony.

Spotkałem się z zarzutami, że pokazałem zbyt dobrego ubeka: że ma wyrzuty sumienia, popełnia w końcu samobójstwo. - Takich ubeków nie było - mówiono mi. Mam jeden argument koronny: nawet jeżeli nie było, to należy ich wymyślić. Bo w literaturze czy w filmie bohaterowie jednolici są płascy, nudni, nie można się z nimi utożsamić. Ciekawe jest pęknięcie, konflikt wewnętrzny. Swoją drogą jestem przekonany, że niektórzy ubecy też mieli wątpliwości. Bez względu na epokę - czy to w czasach Savonaroli, za Stalina czy dzisiaj - ludzie wciąż przeżywają podobne dylematy.

Weźmy Igora Andrejewa - jednego z sędziów Sądu Najwyższego, który zatwierdził wyrok śmierci na "Nila". Niedługo przed śmiercią napisał list, w którym się usprawiedliwia, co prawda mało udanie. W każdym razie daje świadectwo, że nie czuł się dobrze ze swoim udziałem w śmierci generała. Inaczej sędzina Maria Gurowska, która w rozmowie w latach 90. powiedziała: -Dziś wydałabym taką samą decyzję. Osoba nie mająca wątpliwości mnie nie interesuje. Choć może naprawdę je miała, tylko nie chciała ujawnić. Bo przyznać w wieku ponad 70 lat: byłem zbrodniarzem, mało kto się odważa.

Odkąd zrealizował pan "Przesłuchanie" minęło 27 lat. Jak zmieniło się pana postrzeganie historii PRL-u?

Zasadniczo się nie zmieniło, tyle że moja wiedza się pogłębiła. Stosunkowo wcześnie zacząłem być sceptyczny wobec systemu. Wiele rzeczy miało na to wpływ, począwszy od mojego pochodzenia - w domu panowała silna tendencja socjalistyczna, choć zdecydowanie antykomunistyczna (mój dziadek był we Frakcji Rewolucyjnej PPS, ojciec wstąpił do PPS w wieku 16 lat, potem był działaczem robotniczym, walczył w Powstaniu Warszawskim, został odznaczony Orderem Virtuti Militari).

Po skończeniu Szkoły Filmowej zacząłem pracować w telewizji, zainteresowała się mną wtedy SB. Przez dłuższy czas mnie inwigilowano, potem próbowano nakłonić do współpracy. Esbecy wykazywali się zadziwiająco szeroką wiedzą na mój temat, ale jednocześnie zaczęli zastawiać pułapki co najmniej naiwne. Ich argumenty brzmiały niedorzecznie. Tak powstał zrąb "Przesłuchania". Zatem paradoksalnie to esbecy wzbudzili we mnie chęć lektur i studiów nad funkcjonowaniem Służb Bezpieczeństwa.

Chciał pan także zrealizować film o pogromie kieleckim. Jak się potoczyły losy tego projektu?

Scenariusz, który zamówił u mnie producent, już od dawna jest gotowy. Jednak w międzyczasie weszła w życie nowelizacja kodeksu karnego, a w niej przepis przewidujący karę do trzech lat więzienia za "publiczne pomawianie narodu polskiego o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie". Nawet jeśli zdobylibyśmy na niego pieniądze, ktoś mógłby kuriozalny przepis wykorzystać, by nas oskarżyć.

Na razie sam nie wierzę, że w Polsce taki film może powstać. Bardzo chciałbym, aby w końcu zapanowała atmosfera, w której będzie można zekranizować pogrom kielecki czy w Jedwabnem. Nie da się pokazywać Polaków wyłącznie jako ofiary.

Rozmawiała: Malwina Grochowska

WIĘCEJ O FILMIE "GENERAŁ NIL"

Więcej o: