Rahim: "Przykro mi, kiedy wszyscy w kółko mówią o Paktofonice"

Mariusz Wiatrak
20.06.2014
Rahim

Rahim (Fot. MaxFloRec / mat. prasowe)

Co cię irytuje? - Cwaniactwo. Co jeszcze? - Głupota ludzka. A jak tęcza płonie, to cię irytuje? - Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem, jak płonie - mówi Sebastian Salbert, lepiej znany jako Rahim. O życiu, o muzyce, jego wydawnictwie, GrubSonie, marzeniach i o uciążliwym ciężarze hiphopowej legendy rozmawiamy niedługo po premierze singla "W ruch", zapowiadającego "Reversal", najnowszy krążek Pokahontaz.

Zarymujemy?

- Nie, proszę, tylko nie to.

Dlaczego?

- Akurat wczoraj oglądałem Wojewódzkiego, gdzie śpiewała jakaś pani z „Idola” czy czegoś podobnego. I sobie pomyślałem: Kurde, ale bym się zdenerwował, gdyby ktoś mi kazał rapować. To jeszcze gorsze niż pytanie o to, skąd moja ksywa albo jak długo zajmuję się rapem.

No to bez rymowania: pamiętasz jeszcze ziomeczka z Warszawy?

- Pamiętam... To ty byłeś?

Nie.

- To nie rozumiem, dlaczego pytasz.

Zastanawiałem się dzisiaj, o czym wtedy myślałeś, kiedy Fokus zaczął swoją przemowę. No bo w sumie jak to: hiphopowcy nie mogli mieć kasy i panienek?

- Też się we mnie zagotowało, ale na tej zasadzie, że poczułem wielką ignorancję. Nie czułem, de facto, że ten człowiek naprawdę tak myśli, tylko chce po prostu powiedzieć coś kontrowersyjnego, zaczepliwego, wywołać jakąś tanią sensację. Zresztą cieszę się, że Fokus go szybko zgasił - on jest specem od takich ciętych ripost, ja raczej staram się spokojnie odpowiadać i nie wywlekać na wierzch swoich nerwów. Nie lubię brać udziału w bezsensownych dyskusjach, a to była bezsensowna dyskusja. Karykatura chwili, nic poza tym.

Chcemy pokazywać, że pasja i wiara w to, co się robi, ma sens - mówiliście wtedy. Aktualne?

- Kilkanaście lat albo już nawet dwie dekady tworzę i czerpię z tego radość... Zawsze kiedy przychodzą jakieś cięższe chwile, myślę o tym, że wolę to, nawet z tymi rozbłyskami ignorancji i głupoty ludzkiej, która wciąż gdzieś mnie dotyka, niż kopanie rowów. A wiem, o czym mówię, bo miałem okazję robić to pół życia temu, kiedy zbierałem na wakacje - poczułem wtedy, czym jest przesypywanie ziemi łopatą, co to znaczy trud ciężkiej, fizycznej pracy. I zawsze w tych słabszych momentach cieszę się, że jednak cały czas robię to, co kocham.

Rozmawiam ze swoimi znajomymi i słyszę, jak narzekają na swoją pracę, pracodawców, warunki, w jakich pracują - wtedy nawet ten milion godzin spędzonych w busie, kiedy kolana strzelają, plecy bolą, wydaje mi się przyjemniejszy niż Dzień Świstaka, powtarzany bez końca w ich życiu.

Powiedz to teraz młodym - m.in. twoim fanom - którzy poszli na wymarzone studia i albo nie mogą znaleźć pracy, albo pracują na śmieciówkach w korporacji, albo już dawno wyjechali na zmywak.

- Po pierwsze, trzeba sobie zadać pytanie, czy im się nie udaje dlatego, bo im się nie udaje, życie jest przeciwko nim, los układa odwrotnie kartę, czy dlatego, że nie próbują niczego nowego, tylko zgadzają się na pewien kierat, w który zostają wpędzeni przez jakieś normy społeczne, codzienną rzeczywistość, oczekiwania rodziców - tych czynników może być dużo.

Przez spaprany system im się nie udaje.

- Dużo się nad tym zastanawiałem, bo sam znam parę osób, którym - chcąc nie chcąc - pomogłem pójść inną drogą. Niemal wlazłem w ich życie z butami, i to nie na zasadzie podsuwania jakichś filozofii życiowych, gadania o nowej drodze - po prostu zauważyłem, że są w ich życiu rzeczy, które ich jarają, na których się znają, ale których w ogóle nie wykorzystują. Brakowało im odwagi.

Mówiłem: Spróbuj. Jara cię kosmetologia? To idź do szkoły, idź na praktyki, pójdź na sesję zdjęciową, sprawdź, czy rzeczywiście to jest twój kierunek. I wtedy okazuje się, że to jest właśnie to, a nie księgowość, wstukiwanie miliona faktur dziennie, jednocześnie rozliczanie i bycie rozliczanym.

Przynajmniej za uczciwe pieniądze.

- Coś się poświęca i coś się ryzykuje. Ten element ryzyka zawsze istnieje. Ja też zaryzykowałem parę lat temu, zakładając wytwórnię - zainwestowałem wszystko, co miałem, i musiałem jeszcze pożyczyć.

Opłaciło się?

- Wiadomo, że nie zawsze pójdziesz właściwą drogą, nie zawsze ustrzelisz ten punkt. Czasem jest nieodpowiedni czas, miejsce, a czasem głupi jest po prostu pomysł. Ale najczęściej problem tkwi w tym, że ludzie nie próbują. W momencie kiedy mają najwięcej siły, energii i możliwości, kiedy są młodzi, od razu próbują się ustatkować, zatrudnić się w korporacji, chcą zarabiać po 5 tys. miesięcznie i do tego ograniczyć swoje życie. A potem mijają lata i przychodzi ta myśl: Kurde, przewaliłem swoje życie. Nic już więcej nie mogę osiągnąć, nie mogę się rozwinąć, a moja pasja leży pogrzebana gdzieś na cmentarzu 20 lat temu.

Ty już spłaciłeś długi?

- Tak, ale ja akurat należę do tych osób, które nie wydają więcej, niż zarabiają, choć wiem, że to nie jest zbyt popularna maksyma w biznesie, bo ci, którzy robią największe interesy, robią je zazwyczaj za cudze pieniądze. Tak już zostałem nauczony i nic na to nie poradzę, być może dlatego, że nigdy nie miałem w domu zbyt dużo pieniędzy i zawsze musiałem żyć roztropnie, oszczędzać, nigdy nie żyłem ponad stan. I z taką filozofią podchodzę też do swojej firmy. Ryzykowałem w zasadzie wszystko, ale ciężka praca, wiara w to, co robię, i pewnie też łut szczęścia spowodowały, że udało mi się wyjść na swoje.

Fot. Pat-Studio / mat. prasowe

Kiedy 50 Cent promował swoje słuchawki w Polsce, Hirek Wrona słusznie zwrócił uwagę na polski przemysł hiphopowy. Czy ktoś policzył, ile podatków płacą i ile miejsc pracy stworzyły polskie wytwórnie hiphopowe? - pytał. Ty liczyłeś?

- Nie liczyłem, ale wiem, ile miesięcznie kosztuje mnie utrzymanie firmy, i wiem, że to nie jest mało. Każdy biznes to ZUS-y, podatki, i to przecież nie tylko ze sprzedaży muzyki, bo do tego dochodzi cały przemysł odzieżowy - obecnie to jest najprężniej rozwijająca się dziedzina w tej branży. Podejrzewam, że trochę łódzkich albo w ogóle krajowych szwalni ocalało dzięki hip-hopowi.

Szyjecie w Polsce, nie w Bangladeszu?

- O ile wiem, większość firm hiphopowych szyje w Polsce, my też. Wychodzi więc na to, że zasilamy przemysł włókienniczy, który ostatnimi laty nie był chyba najlepiej rozwijającą się gałęzią naszej gospodarki.

Ile osób zatrudniasz?

- Zależy... Na co dzień w firmie pracuje pięć osób plus ja - każdego dnia po osiem godzin, czasami, jeśli trzeba, więcej. Oprócz tego mamy pracowników od zleceń, zazwyczaj działających online - nasz Wielki Elektronik, informatyk, siedzi w Krakowie i pracuje w innej firmie, kiedy jest potrzebny, to w wolnym czasie, po godzinach, siada i realizuje nasze projekty. Poza tym współpracujemy z grafikami, prawniczką, menedżerami artystów, działającymi w terenie... A zaczynaliśmy w dwie osoby.

Zatrudniasz na etat? Z prawem do urlopu? Wolnym weekendem? Respektowanym zaświadczeniem lekarskim?

- Tak, oczywiście.

No proszę, nie każdy pracodawca pozwala sobie na taką ekstrawagancję.

- To nie jest żadna ekstrawagancja!

Ale padły już głosy, że Rahim szuka jeleni do darmowej pracy - to było wtedy, kiedy kompletowaliście street team na potrzeby promocji MaxFloRec.

- Zawistne głosy zawsze będą i ja już nie zdziwię się żadną opinią na swój temat, zwłaszcza ze strony ludzi, którzy nigdy nie mieli z nami do czynienia. Street team to nie jest żadna nowość w świecie hip-hopu - pierwszy taką ekipę skompletował Hip-Hop Kemp [słynny festiwal hiphopowy organizowany w Czechach - przyp. red.]. Co roku buduje polski street team działający reklamowo i promocyjnie. Jeśli ja szukam jeleni, to tak samo szuka ich Hip-Hop Kemp, kiedyś ich szukał Asfalt Records. Zwał jak zwał, dla mnie to po prostu grupa fantastycznych zajawkowiczów, wynagradzana za swoją pracę różnymi gratyfikacjami. To są fani hip-hopu, mocno związani z tym, co robimy, z naszą ekipą, z naszymi artystami - oni się z tym identyfikują, mają zajawkę i chęć zbudowania czegoś.

Był moment, że współpracowaliśmy w ten sposób z blisko 100 osobami, czyli z naprawdę potężną ekipą, ale był też moment, kiedy było ich 30. Ktoś stracił zapał, ktoś skończył szkołę i poszedł na studia - przecież nikt do nikogo nie ma o to żalu i pretensji. Dla niektórych to hodowanie jeleni, dla mnie angażowanie ludzi do robienia fajnych rzeczy. Nuda i bezczynność może mieć znacznie gorsze efekty.

Wszystko pięknie brzmi, ale nie w każdej branży są tacy zajawkowicze.

- W hip-hopie też bywa różnie. Raz jesteśmy na topie i mamy pieniądze, kiedy indziej hip-hop z powrotem spada do niszy i tych pieniędzy trzeba szukać samemu. Każdy ma swoje podejście - chcesz zarabiać hajs i być sławny? Proszę bardzo, twoja sprawa. Ale my żyjemy z dala od tej całej machiny medialnej, w której za wszelką cenę trzeba zarabiać hajs i robić wszystko według utartych schematów, bo inaczej nie będzie wskaźnika, słupki spadną, interes nie będzie rentowny. U nas jest dużo wiary, zapału, czasem nawet zbyt dużo, bo lokujemy nadzieje w jakieś utopijne projekty, które w ostateczności okazują się nietrafione. W normalnym biznesie tego nie ma - tam są tylko chłodne kalkulacje i wyniki.

Fot. mat. prasowe

Opowiadaliście: Dla dużych wytwórni nie byliśmy artystami, tylko produktem, który generuje zysk. W MaxFloRec ludzi traktuję po prostu jak artystów. Czyli jak się traktuje artystów?

- Opowiem ci na przykładzie: pierwsza płyta GrubSona. Mimo że od początku wiedzieliśmy, jak bardzo utalentowany to człowiek, jego kariera dopiero nabierała rozpędu. To była ciężka praca przypieczętowana jego świetnymi koncertami, ale kiedy rozmawialiśmy o singlach, ja stawiałem „Na szczycie", który o mało nie wyleciał z tracklisty, bo Gruby nie był do niego przekonany, on na „Nową falę".

Kompromis?

- Powiedziałem mu, że pierwszy teledysk zrobimy według jego wizji, ale chciałem, żeby dał szansę spróbować też mi.

I kto miał rację?

- „Na szczycie" zaliczyło przeszło 40 mln wyświetleń na YT, „Nowa fala" - ponad 10 mln.

A jeśli GrubSon powiedziałby, że kategorycznie nie zgadza się na twoją wizję singla?

- Tobym to zaakceptował.

Jeszcze jeden cytat: Jeśli ktoś jest dobry, to docenią go bez zbędnej otoczki i pokazywania, że jest się lepszym. A ja mam wrażenie, że dziś, w świecie Facebooka i wszechogarniającego autolansu, jest zupełnie na odwrót.

- Tylko ja miałem na myśli muzykę, bo dobra muzyka obroni się sama, i w to wierzę od lat całym sercem. A to, że internet jest zapchany bzdurami, to zupełnie inna historia.

To też jest wasza historia.

- I socjologów. Ostatnio słyszałem rozmowę w radiu na temat jakości komunikatów docierających dzisiaj do ludzi - teraz potrzebny jest supernagłówek, chwytliwy, wciągający, bo inaczej nikt go nie przeczyta. Dorzuć do tego kilkuset znajomych, którzy dziennie wysyłają zdjęcia tego, co zjedli, wrzucają informacje o tym, z kim się widzieli, gdzie byli... Nie da się ukryć - mamy śmietnik w głowach. I dla nas też coraz trudniej przedostać się przez ten hałas, bo jeśli ktoś przeczytał dziesięć postów i zobaczy jeszcze jeden ode mnie, no to ma prawo się zirytować.

A potem mówią, że szukasz jeleni.

- Bo to sztuka kogoś zainteresować, zaskoczyć i pokazać coś fajnego w nienachalny sposób. Żeby nikt nie mówił: O Jezu, znowu ta muzyka.

To jaki nagłówek wymyślimy dla tego wywiadu?

- Pewnie najlepiej by było, gdybyśmy kogoś pojechali.

Śmiało.

- To może ja ciebie, ty mnie i będzie, że Rahim zwyzywał dziennikarza.

Ale by się klikało!

- Tylko mnie nie interesują plotki, nie śledzę portali plotkarskich, nie czytam tabloidów - unikam tego syfu za wszelką cenę. Wolę z kimś porozmawiać o czymś ciekawym i wynieść coś z tego, zainspirować się do napisania nowego numeru. Nie chcę czytać, kto się z kim przespał i kto sobie cycki powiększył.

Fot. FotoLuna.pl / mat. prasowe

No to ja ci pomogę, bo mam wrażenie, że zapowiadają się tłuste lata dla hip-hopu: afera za aferą, podsłuchy, kłamstwa polityków, a za naszą wschodnią granicą już prawie wojna.

- Szykuje się pożywka dla tych artystów, którzy obserwują to, co się dzieje, szukają gorącego temat, są na bieżąco.

Aferę podsłuchową śledzisz?

- Nie i nawet nie pytaj mnie o takie rzeczy, bo nic ci nie odpowiem.

Ale sam kiedyś stwierdziłeś - w kontekście Śląska - że jeśli ludzie kiedyś zdecydują się na rewolucję, to nie można mieć im tego za złe.

- Nie można, bo to jest jak z naczyniem - możesz zapełniać je do pewnego momentu, aż w końcu się przeleje. Mam wrażenie, że teraz się właśnie wszystko kumuluje i jesteśmy naprawdę blisko tej granicy. Czy to będzie skutkować rewolucją albo jakimiś manifestami? Nie wiem, coś jest jednak na rzeczy. To być może też jest specyfika współczesnego świata - żeby się odnaleźć, trzeba się dostosowywać, rozwijać. Rzeczywistość jest bardzo dynamiczna, już nie ma czasów tej stabilności, o jakiej opowiadają nasi rodzice - kapitalizm to dżungla, wieczna walka, cały czas trzeba szukać alternatyw dla siebie. To, że my się zajmujemy tym, czym się zajmujemy, i osiągamy jakieś tam sukcesy, jest miłe, ale nie wiem, co ja będę robił za pięć lat. Nawet na przestrzeni ostatnich kilku widzę, jak ten rynek się zmieniał i jak zmieniła się mentalność młodych ludzi.

Na gorsze czy na lepsze?

- Jeśli chodzi o sprzedaż płyt, to nie ma w ogóle o czym mówić - z roku na rok leci sprzedaż, wielkie wytwórnie już od dawna wieszczą śmierć nośnika CD. A ja mimo wszystko wierzę, że jeszcze parę lat pociągniemy z tematem, bo jestem fanem płyt i okładek. Ale może za kilka lat wszyscy spotkamy się w internecie?

A tam zupełnie inni mentalnie młodzi ludzie.

- Którzy już nie kupują płyt. I znów wracamy do sieci - z jej anonimowością, falami hejtu, sposobem komentowania, uszczuplaniem informacji, spłycaniem. Młode pokolenie ma coraz więcej znajomych wirtualnych niż realnych. Zresztą z tymi ostatni też nawet coraz rzadziej się spotyka, bo wszyscy siedzą przed komputerami. Ile masz lat?

28.

- To u ciebie pewnie też chodziło się kopać piłkę, porzucać scyzorykiem, właziło się na drzewa, jeździło na rowerze bez kasku. My to przeżywaliśmy, a teraz wystarczy wyjrzeć przez okno - poza dzieciakami, które nie ogarniają jeszcze kompa, tak naprawdę nikt się nie bawi. To jeden z tych sygnałów, wywołujących u mnie przerażenie i coś czuję, że nic dobrego z tego nie będzie. Albo gry komputerowe i kreskówki...

Co z nimi?

- Bryzgająca krew na prawo i lewo, wybuchające mózgi - jak takie dziecko ma normalnie myśleć o świecie, jeśli widzi od małego, że można kogoś zabić, ten ktoś wstaje, żyje i dalej jest fajnie? To są małe czynniki, które w moim odczuciu mogą się okazać globalnym problemem - być może odbije się to na nas za dekadę lub dwie, kiedy ci ludzie dojrzeją.

Ponoć irytuje cię cwaniactwo.

- Zgadza się.

Co jeszcze cię irytuje?

- Głupota ludzka.

Bo?

- Każdy ma swoje życie i może nim pokierować tak, jak chce, ale nie lubię, kiedy ludzie nie myślą albo przynajmniej tak się zachowują. Nie mówię o jakiejś erudycji, wielkiej filozofii, wystarczy, że ktoś się angażuje, interesuje swoim najbliższym otoczeniem, zmienia rzeczywistość, robi coś ze swoim życiem - nieważne, czy jest to pani na kasie, czy jakiś turbobiznesmen, który zarabia miliony.

Fot. FotoLuna.pl / mat. prasowe

A jak tęcza płonie, to cię irytuje?

- Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem, jak płonie.

Śpiewałeś: Szary narodzie, wydobądź z wnętrza barwy szczęścia, zachęcam / Niech na ulice wyjrzy tęcza, nada im koloryt, zachęcam.

- I żeby było zabawniej, wpadłem na ten tekst w kościele. Poszedłem z jakimiś święconkami, stałem w tyle i zacząłem obserwować ludzi. Stwierdziłem, że chyba tylko ja jestem kolorowy w tym kościele - wszyscy na szaro, jakieś swetry, garnitury, koszule, wszędzie ciemno, buro i ponuro. Czysty patos! Pomyślałem: Co jest, ludzie przychodzą wielbić Boga i radować się jego obecnością, a tu wszyscy jak na jakiejś stypie. I wtedy zaczął mi się ten refren kształtować w głowie. Ostatnio to się zmieniło, już nie jest tak ponuro - między innymi hiphopowcy do tego się przyczynili, bo zaczęli produkować kolorową odzież, i to fajnie wpłynęło na rzeczywistość. Teraz, kiedy wychodzę na ulicę, cieszę się, że tak to wygląda - czasami może aż do przesady, ale chyba wolę kolorową przesadę niż szarość.

Narodowy konserwatyzm i przywiązanie do tradycji to nie twoja bajka?

- Staram się żyć gdzieś pomiędzy. Z jednej strony jestem otwarty na nowe i chcę iść z duchem czasu, z drugiej - szanuję wartości gdzieś tam we mnie zakorzenione. To, że świat postępuje, nie oznacza, że możemy oddać podstawowe wartości, które powinny towarzyszyć życiu każdego człowieka. Na przykład lojalność - to, że nic ona w dzisiejszych czasach nie znaczy, specjalnie mnie nie cieszy. Chciałbym w przyszłości nie mówić dzieciakom, że za moich czasów było tak i tak. Obawiam się jednak, że tego nie uniknę.

Mamy nadzieję, że już po raz ostatni jest tak głośno o Paktofonice - opowiadaliście. A tymczasem wokół znów rozlegają się szepty.

- To jest niestety inny problem - problem telewizji śniadaniowych. Byłem w takich programach dwa albo trzy razy i za każdym razem tego żałowałem.

Słynne pytanie Anny Popek?

- Tak, a ostatnio znajomy redaktor ze Śląska dowiedział się, że robimy nowy teledysk do nadchodzącej płyty, więc nakręcił materiał, oddał wydawcy i gdzieś wyjechał za granicę... Już nawet nie chodzi o to, że Fokusa podpisali przez c, niech będzie, literówka, to się zdarza - najlepsze zaczęło się wtedy, kiedy Marcin Prokop zapowiedział materiał i obwieścił reaktywację Paktofoniki... Jak to zobaczyliśmy, szczęki opadły nam do samej ziemi.

Jedno i drugie na P - kto by się przejmował.

- Zdaję sobie sprawę, że być może dla niego i widzów jego stacji Pokahontaz kojarzy się jedynie z kreskówką, ale dotknęło nas to, że mówimy o nowej płycie, utworach naszego projektu, a oni to wszystko zabijają jednym strzałem wprowadzającym, że zespół Paktofonika nagrywa kolejną płytę. I co się potem okazuje? Wszystkie inne media to podchwytują i robi się sensacja. Niemal identyczna historia, jak ta, kiedy pani Popek zapytała nas w TVP, czy rozmawialiśmy z Magikiem, dlaczego to zrobił...

Od lat próbujemy pozbyć się tego brzemienia, które nosimy, ale cały czas przez takie głupoty nam się to nie udaje. Wiemy, co robimy, jesteśmy w tym konsekwentni, a że ludzie lubią gadać, to sobie gadają.

No to teraz moja kolej: dopadł cię już syndrom Froda? Wciąż jesteś Rahimem z Paktofoniki czy już Rahimem z filmu?

- Jestem dalej Rahimem z Paktofoniki i to się już ode mnie chyba nie odklei. Z drugiej strony - skoro jest to dla ludzi ważne, to co mi do tego. Dużo o tym myślałem i chyba jednak jest mi przykro, gdy ktoś mówi, że ma szacunek za to, co zrobiliśmy w przeszłości.

Przykro?

- Bo to tak, jakby moje ostatnie dziesięć lat działań, nagrywania, produkowania płyt nie miało żadnego znaczenia. Doskwiera mi to, bo nie uważam, że nasze nowe rzeczy są słabsze. Wręcz przeciwnie - jest progres, zmieniamy się, cały czas eksperymentujemy. Gdybym był na emeryturze i nie robił już rapu, to proszę bardzo, niech ludzie oceniają mnie przez pryzmat całej mojej kariery, wycinając sobie z niej jakiś kawałek. Ale dopóki działamy... No trudno, nie mogę mieć nikomu tego za złe.

Sam przecież nagrałeś piosenkę „Dinozaury”, w której śmiałeś się ze swojej pozycji hiphopowego klasyka.

- Bo już nawet z tym nie walczę. Pilnuję tylko, żeby mnie nie podpisywali Rahim - Paktofonika, tylko Rahim - Pokahontaz.

Albo Rahim przez ch.

- Zgadza się... Ale w sumie to wszystko to i tak są tylko pierdoły.

 

Mariusz Wiatrak. Dziennikarz - kiedyś muzyczny, dziś gość od wszystkiego. Kiedyś m.in. "Gazeta Wyborcza" i "Machina", dziś redaktor Kultura.gazeta.pl. Dwukrotnie wylądował na okładce "Tygodnika Powszechnego" - raz jako apostata, raz jako dziecko, które przestaje wierzyć.

Skomentuj:
Rahim: "Przykro mi, kiedy wszyscy w kółko mówią o Paktofonice"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX