Marek Świerczek: piszę o tajemnicach z przeszłości, o współczesnych piszą tylko wariaci i samobójcy

Niewyjaśnione do dziś zabójstwa księży, moralne rozterki ubeków, ludzie, którzy nie potrafią ukryć swych czysto zwierzęcych instynktów - to wszystko znaleźć można w najnowszej powieści Marka Świerczka "Skowyt": fikcyjnej, ale mocno opartej na faktach i dokumentach.
Przemysław Gulda: Rozpoczyna pan "Skowyt", swoją najnowszą książkę, znamiennym cytatem z poety T.S. Eliota o tym, że świat kończy się skomleniem, a nie hukiem. Jaki świat skończył się w 1989 roku, kiedy dzieje się akcja powieści? I kto wtedy skomlał?

Marek Świerczek: Skomlenie jako metafora końca komunizmu? To ciekawa interpretacja, ale coś może być na rzeczy. A skomlały wtedy psy systemu, przerażone tym, że ziemia usuwa się im spod łap. Pan tego pewnie nie pamięta, ale wszyscy straszyli wtedy buntem wojska, służb specjalnych i Bóg wie kogo jeszcze, a okazało się, że oni wszyscy byli równie przerażeni i bezradni jak społeczeństwo, które sami trzymali w ryzach... Cała Polska Ludowa składała się z zastraszonych, zahukanych ludzi bojących się siebie nawzajem. Jedyną granicą było przyjęcie wyboru moralnego, który Waldemar Łysiak określił nieco koszarowo decyzją, czy chce się być dupą czy kijem...

To nie jedyny wiersz, który pojawia się w pana powieści. Na dodatek pojawiają się tam w różnych formach: czasem to motta, czasem teksty, które w przebiegu akcji znajdują czy deklamują bohaterowie. Skąd pomysł, żeby w utworze prozatorskim, należącym na dodatek do gatunku prozy popularnej, oddać tak niski pokłon poezji?

- Jedną rzecz musimy postawić jasno: odrzucam podział kultury na niską i wysoką, bo musiałbym wtedy z automatu odrzucić lwią część europejskiego dziedzictwa kulturowego, które powstawało właśnie po to, by trafić do jak najszerszego kręgu odbiorców. Dlatego dramaty Szekspira są pełne zbrodni, duchów i czarów... A po drugie, popełnia Pan błąd klasyfikując "Skowyt" jako literaturę popularną. Zresztą, nie Pan jeden, bo co druga recenzja pojawiająca się na tym, co nazywa się blogami, wikła się właśnie w taki schemat myślowy. Młodociani czytelnicy oceniające książkę mają pretensje, że mało akcji, bohater nie ma jakichś takich niezwykłych cech, tylko prowadzi normalne śledztwo, w dodatku chyba ryzykuje mandat, czy coś, bo włamuje się do cudzych domów i zamiast strzelanin i zwrotów akcji są opisy... Jedna pani napisała nawet, że nie podoba jej się mój opis PRL-u, bo jakoś tak brudno i nieładnie, a przecież na pewno były słitaśne miejsca - jak rozumiem, na przykład klomby przed komitetami PZPR... Zresztą, ta recenzja łączy się z Pańskim pytaniem, bo rozżalona recenzentka nie rozumiała poetyckiej funkcji języka, kaprysząc, że nie można napisać, że coś pachniało brudem i beznadzieją. Zakładam, że czytał Pan Tolkiena albo Chandlera, bo to obecnie klasyka - to z całą pewnością literatura nazwana przez Pana popularną, prawda? A przecież zawiera ogromną ilość czystej poezji słowa. Zamiast podziału literatury na popularną i elitarną, proponuję realniejszy podział na dobrą i niedobrą... W obu użycie fragmentów wierszy pozwala na pełniejsze oddanie klimatu.

Czym dla pana osobiście był 1989 rok? Jak przeżywał go pan wtedy, a jak patrzy pan dziś na tę symboliczną datę i na zmianę, która się wtedy dokonała?

- W 1989 roku pojechałem do Berlina, by patrzeć na tłumy rozbijające mur oddzielający Wschód od Zachodu. Było pięknie i euforycznie. Ludzie tańczyli, śpiewali, rzucali się obcym w ramiona. Wydawało się, że jesteśmy u progu nowego wspaniałego świata. Mury runęły, jak śpiewał Kaczmarski, tłumy Niemców bezkrwawo zajęły siedzibę Stasi. W Polsce wszystko miało się zmienić. Mieliśmy chodzić po swych własnych schodach, wrócić do kołyski naszej cywilizacji, wejść do kręgu wartości zachodnich... Tyle, że już w pociągu jadącym do Polski do naszej grupy dołączył jakiś śliski facet w skórzanej kurtce i z grubym karkiem i proponował naszym koleżankom ze studiów dobrze płatną pracę w pięknych, komfortowych domach na granicy holendersko-niemieckiej. Jakoś tak się złożyło, że gdy wszyscy przeżywali święto radości i oczekiwali jutrzenki swobody, tacy właśnie dżentelmeni zaczynali kombinować, jak się dobrze ustawić. Zresztą, zwycięstwo demokracji w jej specyficznym dla tej części Europy zabarwieniu, przeżyłem też na własnej skórze. Okazało się, że na fali zmian, rozdział miejsc w akademikach oddano samorządowi studenckiemu. Tym sposobem wszyscy kumple i krewni działaczy studenckich podostawali miejsca, nawet jeśli mieli mieszkania, a ludzie tacy jak ja, mieszkający czterysta kilometrów dalej, już nie... Myślę, że była to dobra metafora dla symbolizmu daty, o którym pan wspomniał.

- Okrągły stół, Magdalenka, plan Balcerowicza, wybory 4 czerwca - te wszystkie hasła, związane nieodmiennie z 1989 rokiem, wciąż są w Polsce pożywką nie tyle do debaty, ile do zażartych kłótni o polityczne i ideologiczne pryncypia. Czemu zdecydował się pan umieścić akcję książki właśnie w tym czasie i w jakimś sensie - wokół tych wydarzeń? Czy to wkładanie kija w szprychy czy raczej dbanie o to, żeby narodowe blizny "nie zarastały błoną podłości"?

- Ładnie Pan to ujął. Zdecydowanie wierzę we wskazówki Wysockiego: żeby nie zapomnieć, trzeba sypać sól na rany. Przy czym, proszę zwrócić uwagę, że nie poruszam w książce kwestii ideologicznych, unikając łatwych ocen. Piszę jedynie o tym, co miało miejsce i co było zbrodnią nawet według PRL-owskiego prawa. Tak zwana komisja Rokity wymieniała nazwiska dziewięćdziesięciu trzech osób zamordowanych przez aparat przymusu schyłkowej Polski Ludowej. Do dnia dzisiejszego nikt ze sprawców nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Żeby było śmieszniej, autor wzmiankowanego raportu, Jan Rokita, jest w związku z nim ciągany po sądach. Myślę, że to ładnie puentuje tę sytuację.

Jak zainteresował się pan sprawą zabójstw księży? I skąd pomysł, żeby te prawdziwe wydarzenia ująć w literacką, fabularną ramę?

- Zabójstwa księży - choć, jak już wspomniałem, były tylko częścią sporej liczby tajemniczych zgonów - miały szczególne znaczenie w katolickim kraju. Tak, jak podczas dyskusji po zamordowaniu księdza Popiełuszki, pojawiały się pytania, nawet nie o to, kto za tym stał, ale po co to zrobił? Co chciano osiągnąć? Wybuch społecznego buntu usprawiedliwiający wyprowadzenie czołgów na ulicę? Czy może była to absurdalna próba utrzymania psychozy strachu? Dlatego jest to temat tak fascynujący... A dlaczego literacka narracja? Cóż, po pierwsze, jak inaczej dotrzeć do ludzi młodych, którzy są przekonani, że historia to nuda i obciach? W dodatku, ta sprawa do dnia dzisiejszego nie znalazła wyjaśnienia. Czy próbując udzielić odpowiedzi hipotetycznej, nie popartej twardymi dowodami, nie jest uczciwiej ująć ją w ramy powieści, zamiast udawać pracę dokumentalną lub historyczną?

Czy nie bał się pan zarzutów, że wydarzenia, które wciąż budzą wielkie emocje - przecież wciąż żyją ludzie z nimi bezpośrednio powiązani - przerabia pan na materiał dla literatury popularnej? Czy spotkał się pan z takimi opiniami?

- Wie Pan, z takim zarzutem spotkałem się po napisaniu "Dybuka". No, bo jakże to? - pisano do mnie - Shoah, śmierć milionów, prześladowania, a ja tu wysyłam do pogromowych Kielc trupę cyrkową... Myślę, że i wtedy, i teraz mam to samo wyjaśnienie: już dawno temu uznałem, że najlepiej opowiedzieć o rzeczach bolesnych stosując konwencję pozwalającą na przyjęcie treści przez ludzi, którzy bez tego sztafażu wzbranialiby się przed ich poznaniem. Przy czym powtórnie bronię się przed zarzutem pisania literatury popularnej. Chcę wierzyć, że po prostu piszę literaturę, do której czytania nie trzeba się zmuszać.

Ważnym motywem pana najnowszej książki, zasygnalizowanym już w samym tytule, jest zwierzęcość. Ile ma jej w sobie człowiek? Na ile kultura, wychowanie, superego czy inne siły są w stanie ją ukrywać i powstrzymywać?

- To pytanie, które faktycznie jest leitmotivem książki. Boję się, że cała historia człowieczeństwa jest dowodem na to, że powstrzymywanie zwierzęcej agresji jest działaniem raczej iluzorycznym. Prawda o człowieku przesącza się krwią z naszych dziejów.

Karski, Pokuta, Hamerski - nazwiska wielu bohaterów pańskiej powieści są znaczące, symboliczne, aluzyjne. Na ile to zwykły przypadek, na ile próba dodania tym postaciom swego rodzaju zaplecza skojarzeń, na ile literacka zabawa pisarza?

- Dał się Pan zaczarować wspomnieniom "Bestii", która składała się niemal w całości z literackich zapożyczeń. "Skowyt", jak sądzę, wyrwał się z postmodernistycznych zabaw. Nie, w tej powieści nie uciekam w aluzyjność. Skupiam się na opisie czegoś, co było i co - jakoś wbrew czasowi - wciąż trwa w wielu ludziach. Trochę jak wspomnienia mieszkańców wsi z "Pokłosia", niezdolnych do zapomnienia własnej zbrodni.

Jak wyglądała dokumentacja, którą zapewne musiał pan przeprowadzić przed i podczas pisania tej książki? Skąd czerpał pan wiedzę na temat zabójstw czy działania ówczesnej Służby Bezpieczeństwa?

- Od czasu powstania IPN, nie jest to trudne zadanie. Najtajniejsze elementy PRL-owskiej bezpieki stały się dostępne. Inna rzecz, na ile te kilometry papierów są czytelne? Zwłaszcza w sytuacji, gdy tak wiele dokumentów spłonęło. Dlatego tak istotna jest nie tylko rzetelna kwerenda, ale nade wszystko umiejętność analizy i... wyobraźni, bez której nie da się odtworzyć czegoś, czego rzeczywisty przebieg został ukryty i zafałszowany. Dlatego najlepszym medium pozostaje literatura: można w niej bezkarnie łączyć wiedzę z fantazją.

Na ile fakt pana zawodowego przygotowania do historycznych kwerend pomaga w pisaniu, które pan konsekwentnie uprawia - umieszczaniu akcji kolejnych powieści w historii?

- Cóż, w pytaniu jest zawarta odpowiedź... Nie da się napisać powieści choćby quasi historycznej, nie znając historii...

Zdecydował się pan na znamienny zabieg konstrukcyjny - rozbicie narracji na dwa głosy. Co to panu dało? Jak bardzo wymagające okazało się relacjonowanie tej historii z dwóch punktów widzenia?

- Rozbicie narracji na opis śledztwa prowadzonego przez Roberta Karskiego oraz na pamiętnik Hellera pozwala z jednej strony na obserwowanie normalnego, esbeckiego śledztwa, które starałem się odtworzyć bez udziwnień i trzymając się ściśle realiów oraz tego, co jakiś recenzent nazwał drgnięciami chorej duszy esbeka. Mam nadzieję, że ten zabieg się udał, a połączenie akcji i podglądania staczającego się w obłęd umysłu nie są rozczarowujące.

W języku powieści pojawia się sporo stylizacji - m.in.: język prostych ludzi ze wsi. Jak pan budował tę warstwę powieści?

- Cieszę się, że to widać. Odtworzyłem w powieści wspomnienia z dzieciństwa, Ufam, że udało mi się możliwie dokładnie. Ludzie, wygląd domostw i otoczenia miały swoje odpowiedniki w realiach. Chcę wierzyć, że dzięki temu te fragmenty nie brzmią fałszywie.

Świat pana powieści to świat bardzo męski: funkcjonariusze, księża - kiedy pojawiają się kobiety, zwykle naznaczone są jakimś seksualnym piętnem. Czy nie brakowało panu mocnej postaci kobiecej?

- Tu się z panem nie zgodzę. Lekarka Anna, choć występuje epizodycznie i jedynie jako kochanka Roberta, nie jest obiektem seksualnym. To silna i mądra kobieta, dzięki której Karski może zakończyć śledztwo prostą i jasną konkluzją. To prawda, że w powieści przeważają mężczyźni, ale świat przedstawiony jest chyba zbyt brutalny, by mieszać w niego kobiety.

Wszyscy recenzenci zwracają uwagę na anachronizmy w pana książce - np. taki, że bohaterowie słuchają piosenek, które w 1989 roku nie zostały jeszcze napisane i nagrane. Czemu zdecydował się pan na takie podważenie wiary czytelnika w świat przedstawiony w powieści?

- Jak już mówiłem we wcześniejszym wywiadzie: chciałem podkreślić trwanie tamtych wydarzeń, ich wpływ na teraźniejszość. "Skowyt', co trzeba podkreślić, relacjonuje historię, która nie została zakończona, ani literacko, ani historycznie, ani karnie.

Nie sposób nie zadać na koniec stereotypowego pytania do pisarza: nad czym pan dziś pracuje? A żeby próbować odejść od stereotypu: czy przyglądając się przesuwaniu się czasu akcji pana powieści wciąż do przodu: od epoki powstań narodowych, przez lata 60-te do 90-tych XX wieku, teraz należy się spodziewać po panu tekstu zupełnie współczesnego czy może wręcz dziejącego się w przyszłości?

- Piszę o tym, co nie zostało do końca zrozumiane i wyjaśnione. O tajemnicach, które są skrzętnie skrywane. Jako dziennikarz, wie Pan najlepiej, że o tajemnicach obecnych piszą tylko wariaci lub samobójcy. Dlatego pozostanę w sferze historii... Choćby tylko dlatego, by, jak Pan ładnie powiedział, cytując Żeromskiego, jej rany nie zarosły błoną podłości.



Komentarze (1)
Marek Świerczek: piszę o tajemnicach z przeszłości, o współczesnych piszą tylko wariaci i samobójcy
Zaloguj się
  • bambaryla35

    Oceniono 5 razy 5

    Świetny wywiad, chętnie przeczytam książkę

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX