"Nie ma z kim grać w literaturę, a ironia jest w Polaku najsłabiej rozwiniętym zmysłem" - mówi Paweł Goźliński [ROZMOWA]

W swojej najnowszej książce "Dziady" Paweł Goźliński wypuszcza na ulice upiory o twarzach zwykłych Polaków, uśmierca kilka literackich gwiazd i rozpętuje piekło. Blogerki modowe są tu mistyczkami, a słynny romantyczny duch jest duchem 2.0. W książce szyderczo opisuje polską rzeczywistość i kreuje wizje, które mogą się wydarzyć. O tym, jak powstawał jeden z najbardziej zakręconych kryminałów ostatnich lat, rozmawia z Krzysztofem Cieślikiem.
Krzysztof Cieślik: Czym są "Dziady"? Pastiszem? Satyrą na współczesną Polskę?

Paweł Goźliński: Zaraz satyrą. Polska współczesna sama jest satyrą na własny temat. Wsiadam na przykład do jakiejś elemele taksi, a warszawski taksówkarz opowiada mi, jak to obsługiwał szwedzkich turystów. Chcieli do Auschwitz, ale on ich zawiózł do Treblinki, żeby na benzynie przyoszczędzić. Ale też upokorzyć, zrobić z dobrych ludzi idiotów, a samego siebie koronować na arcycwaniaka. A potem karmi mnie tą historią z miną alfonsa i pewnością, że go nagrodzę oklaskami i napiwkiem.

Mam wrażenie, że wciąż siedzę w tej taksówce i żeby się w niej nie udusić - własną złością - napisałem swoje "Dziady". One są persyflażem, dość salonową zabawą, więc chyba nie powinienem o tym mówić, bo wszelkie salony będą teraz pierwsze do kęsim, kęsim. Persyflaż zakłada, że czym większa powaga, tym większe ukryte w niej szyderstwo. Więc ja w "Dziadach" szyderczo sobie poczynam z polską rzeczywistością, mniej więcej tak, jak warszawski taksiarz wiozący swych pasażerów do Treblinki zamiast do Oświęcimia. Tylko a rebours, czyli na opak - odpłacam złotówie pięknym za nadobne, starając się przy tym nie czerpać z tego chorych korzyści w postaci poczucia wyższości i temu podobnych.

Ale żeby persyflaż był persyflażem, potrzebne są w nim również ironiczne nawiązania do cudzego stylu. W "Dziadach" raczej cudzych stylów. Miałem z tego dużo może niezbyt zdrowej, ale jednak uciechy.

"Dziady" w formie ebooka są dostępne w Publio.pl >>

Skąd pomysł, aby uśmiercić wybitnych polskich pisarzy i osnuć fabułę wokół arcydzieł romantyzmu?

Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć, bo kiedy ostatnio Oldze Tokarczuk zaczęli grozić jacyś panowie bez właściwości, to zrozumiałem, co tak naprawdę robi prorok. Otóż prorok modli się, żeby mu się nie spełniło. Ja się tak właśnie modliłem - żeby nic z "Dziadów", w które wpisana jest taka absurdalna gra, spisek, który ma na celu zdziesiątkowanie polskich pisarzy, nie przedostało się do rzeczywistości. No i jest scena, w której ktoś próbuje spalić Olgę Tokarczuk...

A dlaczego romantyzm, "Dziady", "Król Duch"? Zwykle tak jest, że kucharze piszą - jeśli piszą - kryminały kucharskie, hydraulicy - hydrauliczne, a doktory od romantyzmu będą pisać o romantyzmie - bo na tym się mniej więcej znają. To działa zresztą nie tylko w kryminale. Nie dalej jak przed godziną czytałem opis powieści sci-fi napisaną przez specjalistkę od włoskiego Renesansu. Oczywiście toczy się w niej coś w rodzaju sieneńsko-florenckiej wojny z czasów Kuźmy Medyceusza, tylko z użyciem blasterów i podobnych gadżetów.

Czerpie pan bardzo w "Dziadach" z internetowego języka. Ale odniosłem wrażenie, że za internetem pan nie przepada.

Za czym tu przepadać? Dziś w większości spraw rozwodowych w Ameryce dowodami są raporty o tym, że smartfon pana X leżał tuż obok smartfona pani Y, w czasie gdy według analogowej wiedzy obydwoje mieli się znajdować w odległości uniemożliwiającej pożycie intymne. Jesteśmy podglądani, śledzeni, każdy nasz krok i każdy klik jest analizowany, doklejany do wirtualnych awatarów nas samych, które hodowane są bez naszej wiedzy, choć za naszą, zwykle bezmyślną, zgodą. Żadna z tajnych totalitarnych służb nie była w stanie zebrać o nas setnej części informacji, jakie posiadają panowie Page, Brin czy Zuckerberg. I nie zawahają się zrobić z nich użytku.

Jasne, że bez internetu się nie da - podobnie jak bez kanalizacji i bieżącej wody. Nawet chętnie dam się przekonać, że korzyści są znacznie większe niż potencjalne zagrożenia czające się w sieci. Ale to nie zmienia faktu, że my zachowujemy się, jakby nasze życie było naszym li tylko życiem, gdy tymczasem jesteśmy za naszymi plecami zmieniani w produkty sieciowych korporacji. Robią z nas pakiety idealnych konsumentów i rzucają jak chcą po wirtualnym rynku.

Co to takiego "dusza 2.0"?

To właśnie wirtualny zlep ze śmieci, jakie pozostawiamy po sobie w internecie przez całe nasze życie. Zlep z realnych i fałszywych potrzeb zaspakajanych za pomocą kart kredytowych, z nałogów odciśniętych w historiach wyszukiwań, małych migracji rejestrowanych przez modemy GSM, z neuroz ukrytych w bilingach i facebookowych komentarzach. Nie mówiąc o blogach, słitfociach i innych formach narcystycznego upamiętniania naszego życia. Skoro przestaliśmy - ja w każdym razie przestałem - wierzyć w duszę nieśmiertelną, tylko taka forma życia duchowego nam pozostała. I taki jest właśnie punkt wyjścia moich "Dziadów": ktoś zawieszony między życiem i śmiercią próbuje z porozrzucanych w internecie okruchów swojej przeszłości posklejać odpowiedź na pytanie, kim jest, kto go chciał zabić i za co.

W "Dziadach" - to oczywiście jeden z fabularnych zawijasów - blogerka modowa (przy tym córka pani premier) próbuje zabić pisarza. Czy tak właśnie wygląda Polska w dobie internetu?

Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów znanej sieci księgarń, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Książka blogerki/szafiarki/ekspremierówny jest na samej górze, polskie powieści zlizują pastę z jej butów.

Swoją drogą owa blogerka jest również jedną z bohaterek mojej książki. Kazałem się jej jednak nawrócić i zmieniłem w mistyczkę, która teraz prowadzi bloga "Close Encounters with Jesus". Zapisuje w nim swoje mistyczne wizje językiem współczesnej szafiarki. Nie wiem, jak to wyszło, ale chyba jest ciekawsze niż "Dzienniczek" świętej Faustyny.

Czy Olga Tokarczuk naprawdę ściąga filmy z chomika? Na ile tropy, które podrzuca pan w swej powieści, mają związek z rzeczywistością, a na ile są tylko literacką grą?

Nie wiem, czy ściąga, nie wiem też, czy ogląda "Downton Abbey". Postaci, które występują w "Dziadach" i noszą znane nazwiska, mają z oryginałami niewiele więcej wspólnego. To, że w ogóle je noszą, jest konsekwencją pewnego pomysłu, który pojawił się, kiedy kończyłem "Jula", swoją pierwszą powieść. "Jul" rozgrywa się w 1855 r. w środowisku polskich emigrantów w Paryżu. Ważną rolę w tej historii - kryminalnej oczywiście - odgrywają realne postaci. Słowacki, Mickiewicz, Towiański, Krasiński. W tle pojawiają się m.in. Baudelaire, Dumas, Vidoq, Gautier, Klub Haszyszystów. Ktoś mnie wtedy zapytał, czy zamierzam klasycznie, po kryminalnemu pisać ciąg dalszy tej powieści, czy to będzie początek cyklu. Odpowiedziałem: w życiu! Nie po to sobie stworzyłem jakąś rzeczywistość, żeby skazać się na nudę wiecznego błądzenia po tych samych ulicach i placach. Zbyt szybko się nudzę, żeby pisać takie ciągi dalsze, wciąż muszę szukać dla siebie czegoś nowego, co zmienia moje CV w kartę chorobową kogoś z permanentną gorączką. Ale pomyślałem sobie, że ciekawie byłoby poprzerzucać niektórych bohaterów "Jula" - tych fikcyjnych - w inne epoki i zobaczyć, jak historyczny kontekst ich poprzemienia i jak będzie determinował to, kim są i co robią. W "Dziadach" zrealizowałem ten pomysł. Więc ktoś, kto czytał "Jula" znajdzie w "Dziadach" bohaterów tamtej powieści. Niektórzy na przykład zmienili płeć - Adam Podhorecki stał się Sybillą Podhorecką, a Jacques Lacanal to teraz Jacqueline Lacanal. Dlaczego? Bo w połowie XIX wieku nie mogłem zatrudnić w policji kobiety ani zapewnić jej medycznego wykształcenia. Teraz mogłem. Innym bohaterom powywracałem światopogląd, jeszcze inni zyskali na znaczeniu. Ale żeby być konsekwentnym, postanowiłem, że w tle - tak jak w "Julu" - pojawiać się będą realne, mniej więcej, figury. Ale dużo przy nich pomajstrowałem, poczynając od zmiany adresów - żeby się nie okazało, że piszę instrukcje zbrodni dla jakichś psychopatów.

Zastanawiam się, czy miał pan jakieś literackie wzory? Mnie się "Dziady" dość mocno kojarzą z pisarstwem Pielewina. W dużej mierze to kolaż z cytatów - filmowych, literackich, filozoficznych, popkulturowych.

Pielewin, Sorokin - jak najbardziej, brakuje nam takiego luzu w traktowaniu literackiej tradycji. Pacyfista Tołstoj jako kiler - takie numery u nas nie przechodzą być może głównie ze względu na powszechny ścisk anusów, ale też średnią literacką erudycję narodu. Nie ma z kim grać w literaturę po prostu, a ironia jest w Polaku najsłabiej rozwiniętym zmysłem.

Byłem swoją drogą w Moskwie w momencie, kiedy swoją premierę miała przedostatnia powieść Pielewina. Normalnie szał. Zazdrość wlała we mnie stanowczo za dużo tego i owego. Ale dla mnie, prawdę mówiąc, ważniejszy niż Rosjanie był Michael Chabon i jego "Związek żydowskich policjantów" - doskonale przyrządzony koktajl z czarnego kryminału, singerowskich klimatów i elementów political fiction. Bo oto państwo Izrael nie istnieje, Żydów ocalałych po Holocauście trzeba było gdzieś umieścić, więc Amerykanie oddali im w dzierżawę kawałek Alaski. Ale 50-letnia dzierżawa właśnie się kończy, przydałby się więc jakiś plan na przyszłość. W tym planie oczywiście kluczową rolę odgrywa Mesjasz. Tylko że mesjasza - którym okazuje się uzależniony od heroiny młodzieniec - właśnie ktoś ukatrupił. Kto? Dlaczego? Próbuje to rozstrzygnąć zapity detektyw z kłopotami w rodzinie. Schemat? Pewnie. Ale wszystko napisane tak, że buty spadają, a czytelnik sam się kładzie do trumny, bo wie, że zaraz umrze ze śmiechu.

Co dobrego z tradycji romantyzmu może wynikać dla naszej współczesnej literatury?

Pytanie jest tendencyjne, bo zakłada, że przede wszystkim wynika samo zło. Albo jeszcze gorzej - zakłada pretensję: "co Pan gitarę zawracasz tym całym zwietrzałym romantyzmem! Tymi Dziadami, Królami Duchami, Nie-boskimi komediami. Komu to potrzebne". Ale nam się - przepraszam za to uogólnienie - tylko wydaje, że rozumiemy romantyzm, to, co nam zostawili Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Malczewski, Goszczyński. Że już tak długo ich czytamy, tak długo nam ich ładowano do łbów, że możemy co najwyżej nimi womitować. Ale to wszystko nieprawda.

W dużej mierze nasze kłopoty z romantyzmem to wynik pewnego nieporozumienia. Moja ukochana profesor Maria Janion napisała esej o kresie paradygmatu romantycznego i zaczęto go czytać jako jakiś manifest końca romantyzmu. Że skoro mamy w końcu wolność, to powinniśmy zrzucić jakieś "kajdany romantyzmu". Że nie możemy być nowocześni, jeśli w głowach wciąż będą nam grały echa "Widzenia księdza Piotra". Przy okazji romantyzm zaczął się nam utożsamiać z jakąś niewolą, zakuciem łbów, konserwatyzmem. Ale to nie jest prawda! Janion pisała o paradygmacie romantycznym w szczególnej, polskiej wersji. O takim wyjątkowym zlepie mesjanizmu, poezji, rytuałów i manii prześladowczej, który miał swoją rolę do odegrania i zasługi w sytuacji, kiedy byliśmy narodem w niewoli. Ten paradygmat pomógł nam przetrwać i wybić się na niepodległość. Staje się jednak patogenem, kiedy tylko my sami jesteśmy sobie przeszkodą w budowaniu sensownego kształtu wolności. Ale przecież ów paradygmat romantyczny z jego masochistycznymi tendencjami to nie jest cały romantyzm. To tylko strzęp romantyzmu, zlep jego stereotypów i ech. To tak jakby wystrugać kij bejsbolowy z wielkiego dębu i wciąż nazywać go dębem, choć jest tylko pałką. Do dziś nie ma w naszej literaturze nic bardziej fascynującego niż egzystencjalna przygoda romantycznych poetów. Oni swoje życie, swoją wyobraźnię rozpętywali i pętali z taką intensywnością, że wciąż nie jesteśmy w stanie za nimi nadążyć. My z naszymi dzisiejszymi próbami wzniesienia się powyżej poziomu gruntu jesteśmy spasionymi indorami przy jastrzębiach.

Czy sądzi pan, że jako społeczeństwo jesteśmy zdolni do takiego rymkiewiczowskiego szaleństwa, którego obawiają się policjanci w "Dziadach", do moherowej rewolucji?

Mógłbym odpowiedzieć: ona się odbywa na naszych oczach. I byłaby to prawda. Częściowa, oczywiście, bo jednocześnie trwa kilka innych rewolucji o różnej intensywności i różnym znaczeniu. Napisałem po swojemu "Dziady" również po to, żeby pokazać, do czego prowadzi sprowadzanie wielowymiarowej rzeczywistości do płaskiego obrazka. I jak groźni są mesjasze różnej maści, którzy na podstawie takich uproszczonych schematów tworzą swoje plany zbawienia ludzkości. Albo przynajmniej jej części zamkniętych w granicach z Jałty. 

Nie myśli pan czasem, żeby zostać zawodowym prozaikiem?

A z czego ja będę wtedy żył, proszę pana? Byłoby miło utrzymać rodzinę z pisania książek, ale to utopia w warunkach naszego płyciutkiego rynku książki. Na zawodowstwo stać niewielką grupę pisarzy, którym nawet trochę zazdroszczę, ale z drugiej strony myślę, że bardziej się przydam literaturze, trzymając się swojego głównego zajęcia. Bo jednak przede wszystkim jestem redaktorem, a piszę, bo czuję coś w rodzaju wewnętrznego przymusu. Nie czuję za to żadnego zewnętrznego przymusu, nie muszę "Dziadami" nic nikomu udowadniać, co daje mi ten luksus, że mogę napisać wariacką książkę bez zamartwiania się, jak ona wpłynie na mój los.

"Sztuka to tylko zabawa dla garstki snobów i snobek z logo na torebkach większymi niż torebki". Podpisałby się pan pod słowami "Żebrowskiego"?

Dziękuję za umożliwienie mi wygłoszenia ważnego oświadczenia: nie utożsamiam się z poglądami żadnej postaci występującej w "Dziadach". Myślą oni nie moimi myślami i mówią nie moimi słowami. Gdybym chciał powiedzieć coś od siebie, zostałbym felietonistą. Albo udzielał się intensywniej na fb.

A co do sztuki, to przyganiał Żebrowski garnkowi Zepter. Też jest z niego snob, tylko się dziad przyznać nie chce. Snobizm i sztuka to doskonały przykład komensalizmu. Tak jak lew i hiena. Artysta jest drapieżnikiem, a snob zjada resztki padliny.

"Dziady"
Paweł Goźliński
Wydawnictwo Czarne
Ebook dostępny w Publio.pl >>



Komentarze (2)
"Nie ma z kim grać w literaturę, a ironia jest w Polaku najsłabiej rozwiniętym zmysłem" - mówi Paweł Goźliński [ROZMOWA]
Zaloguj się
  • sacco

    Oceniono 5 razy 1

    Ironia to coś czym Polak oddycha od kołyski. Matrix komunistyczny wykształcił w Polakach ponadprzeciętną wrażliwość na absurd . Ironia to był kiedyś sposób na cenzurę i bezpieczną walkę z paranoją ustroju, a dzisiaj na ośmieszanie sklerotycznej polityki twórców "złotego dwudziestopięciolecia". Gombrowicz, Mrożek i uwielbiany przez młodzież Bareja nie urodzili się na kamieniu. Teza o braku zmysłu ironii u Polaków jest mądra i głęboka jak sama mądrość i głębokość, a może nawet - kto wie - jeszcze mądrzejsza i jeszcze głębsza.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX