Myślące maszyny są fascynujące [ROZMOWA]

Kreacja przyszłości nie jest łatwa. Zwłaszcza takiej, która dla wymagającego czytelnika niosłaby ze sobą sporą dozę prawdopodobieństwa. Przyznać jednak trzeba, że Michałowi Cholewie, twórcy serii "Algorytm wojny", udało się to znakomicie. Na rynek trafia właśnie czwarty tom cyklu poszerzający i tak bogate uniwersum powieści. O świecie powieści "Inwit", sztucznej inteligencji, a także o kondycji polskiej fantastyki i jej wyjściu z literackiego getta z autorem rozmawiał Mateusz Uciński.
Mateusz Uciński: "Inwit" jest już czwartym tomem cyklu "Algorytm wojny". Czy przypuszczał Pan, pisząc pierwszą książkę z tej serii, że zdobędą one aż taką popularność?

Michał Cholewa: To znaczy, czy spodziewałem się, że uda mi się wydać czwarty tom? I tak, i nie.

Tak, w tym sensie, że ta historia od początku była pomyślana na dłuższą niż mieszcząca się w jednej książce. Wiedziałem, co chcę opowiedzieć, jak pewne rzeczy mają się skończyć. I oczywiście w "Gambicie" się nie kończą, tak naprawdę powoli zaczynają się dopiero w "Punkcie Cięcia".

Nie, bo jednak "Gambit" był wewnętrznie zamkniętą historią. Był przygotowany na to, że będzie jedynym tekstem, jaki zostanie wydany. Zresztą starałem się zachować - wychodzi mi to lepiej lub gorzej - niezależność kolejnych tomów, cechę, która bardzo spodobała mi się w "Księdze Całości" Kresa czy choćby "Świecie Dysku" Pratchetta.

Można przeczytać "Punkt Cięcia" czy "Fortę", nie czytając "Gambitu". Jasne, będzie się wiedzieć mniej o postaciach, ale historia będzie miała swój własny początek, koniec i puentę.

Z "Inwitem" już jest nieco gorzej pod tym względem. Być może się rozleniwiłem.

Przyszłość w Pańskich książkach bynajmniej nie jest świetlana. Ludzkość mimo kolonizacji kosmosu wciąż cierpi na mnogość problemów. Z jednej strony wojna ze zbuntowanymi Sztucznymi Inteligencjami, z drugiej - ciągłe konflikty pomiędzy sobą. Jesteśmy Pana zdaniem rasą, która zawsze będzie toczyć wojny?

Uważam - co zresztą nie jest zbyt odkrywcze - ludzkość za rasę, która jest zdolna do rzeczy naprawdę wielkich, ale również i naprawdę paskudnych. Zresztą Dzień (przyp. red. moment w historii ludzkości, w którym Sztuczne Inteligencje zwróciły się przeciw swoim twórcom) jest pośrednio wynikiem obu tych rzeczy po kolei. Ludzkość w "Algorytmie wojny" najpierw dokonała naprawdę wielkiej rzeczy - tworząc inteligentną i świadomą rasę (bo przecież SI to właściwie oddzielna rasa), a następnie, trzymając ją de facto w niewoli.

Mam też wrażenie, że w sytuacji silnego konfliktu interesów związanego z niedoborami wszystkiego i pewnego poluzowania norm (a dokładnie coś takiego może nastąpić w świecie po katastrofie, wskutek której zginął tak duży procent ludzkości), konflikt o zasoby jest dość naturalnym następstwem. Oczywiście wcale nie najlepszym, ale w miarę przewidywalnym.



Wracając do kwestii Sztucznych Inteligencji. Jest Pan kolejnym autorem, który pokazuje zagrożenie z ich strony. To paradoks, że ludzie z jednej strony dążą do ich stworzenia, mimo że jednocześnie zdają sobie sprawę z zagrożenia, jakie może to przynieść. Nie sądzi Pan?

Paradoks, ale dość łatwo wytłumaczalny. Przede wszystkim nikt przecież nie zakłada, że SI się zbuntuje, tak jak zresztą na ogół w pewien sposób przyjmuje się, że inne potencjalnie niebezpieczne wynalazki pozostaną pod kontrolą. Samolot na przykład - nie jestem przekonany, czy bracia Wright wyobrażali sobie bombowce strategiczne i zamach 9/11. Mieli za to marzenie o lataniu. A ludzkość rozwija się poprzez marzenia, choć czasem są to marzenia Elona Muska, a czasem - niestety - marzenia jakiegoś wyjątkowo krwawego generała.

Zresztą chęć stworzenia SI jest całkiem racjonalna. Jakby się przecież zastanowić, to gdyby SI miało nie sprawiać problemów, byłoby ono fantastycznym krokiem naprzód i jego wpływu na rozwój wielu dziedzin trudno byłoby nie docenić. Powstaje oczywiście naturalne pytanie "A co będzie, jeżeli zacznie je sprawiać?", które stawiają niektórzy. "Przewidujący" lub "zbyt ostrożni", zależnie od tego, kto ich opisuje.

No i tym pytaniem zajmuje się fantastyka - w końcu jej głównym zajęciem jest rozważanie tego rodzaju problemów. I robi to nie od dziś, bo przecież myślące maszyny są fascynujące. Najbardziej znane (choć nie pierwsze) są teksty Asimova, ale przecież i na własnym poletku mamy Lema czy Dukaja. I, proszę zauważyć, żaden z nich nie założył, że zwyczajnie zrezygnowaliśmy. Po prostu nie sądzę, żeby to leżało w ludzkiej naturze.

Jednocześnie w "Inwit" pojawia się projekt Dedal, którego celem było stworzenie następcy SI. Koło się zamyka.

W świecie "Algorytmów wojny" Dedal jest właśnie próbą takiej częściowej kontroli. Uzyskać dostęp do możliwości SI, przynajmniej w pewnym stopniu, a jednocześnie zrobić to tak, by posiadacz tych możliwości był jednak człowiekiem - z pewnym ogólnym poczuciem przynależności do gatunku, ale też z naturalnymi słabościami człowieka, jak choćby zapotrzebowaniem na tlen, które można wykorzystać, gdyby delikwent się zbiesił. Nie jest to przyjemne, ale bardzo pragmatyczne.

Książki Michała Cholewy są dostępne w Publio.pl >>











W swoich książkach stworzył Pan magów. Swoistą kastę ludzkich komputerów. Dla mnie to taki ukłon w stronę mentatów z "Diuny" Franka Herberta. Jednocześnie pokazuje, że gdyby odciążyć ludzki umysł od wielu zewnętrznych bodźców i odpowiednio go ukierunkować, mógłby na poziomie analitycznym czynić cuda.

Taki był zamysł magów (łącznie z analogią do mentatów). Magowie i ich lekko ubożsi kuzyni, szperacze, to w tym świecie dość kluczowe profesje i technologiczne odpowiedniki bardziej zaawansowanego Dedala. Musieli zastąpić SI w nawigacji, analizach, walce elektronicznej i w swoich zadaniach się sprawdzają, choć koszty - że tak powiem - osobnicze są gigantyczne. Jednocześnie są - wraz ze wspomnianym projektem Dedal - moją próbą zmierzenia się z zagadnieniem transhumanizmu - magowie są próbą technicznego wejścia na poziom SI i miejscami mają właśnie ich charakterystyki.

Dedal, który jest projektem biologicznym, jest bardziej ludzki, choć o wiele mniej zrozumiały, a przez to kontrolowalny. Obie te - profesje, rasy, twory? - są nie do końca ludźmi, ale jeszcze nie czymś bardzo odległym.

Ciekawym pomysłem jest to, iż w przeciwieństwie do innych autorów, którzy kreują w przyszłości nowe struktury geopolityczne, Pan pozostawił istniejące takie jak na przykład Unia Europejska, tylko przeniósł je w kosmos. Pańskim zdaniem ludzkość jest przywiązana do tradycji?

W fantastyce relatywnie bliskiej przyszłości jest kilka sposobów na państwowość, z których pisarze korzystali. Rozwój dzisiejszych struktur to po prostu jeden z nich, i to całkiem popularny. Tą drogą poszedł Card w sadze o Enderze, Lem w "Opowieściach o pilocie Pirxie", do pewnego stopnia autorzy serii "The Expanse". Można powiedzieć, że ludzkość w literaturze częściej (choć nie zawsze) działa jako całość, jeżeli jest ktoś inny, ktoś z zewnątrz. Kiedy jest zostawiona sama sobie, są podziały, takie lub inne. Te oparte na obecnie/historycznie istniejących są w pewnym sensie łatwiejsze dla czytelnika (i autora). I wcale nie mało prawdopodobne.

Wystarczy spojrzeć na ludzkość teraz - wszystkie ruchy narodowe podyktowane są tradycją w ten czy inny sposób, u nas są odwołania do wielkiej Polski z dawnych czasów, jednocześnie pojawiają się ruchy autonomiczne, też przecież oparte na historii - tylko tej z innego momentu. Wielka Brytania patrzy z nostalgią na imperialną przeszłość (choć niekoniecznie na wszystkie rzeczy, które się wtedy działy), cała walka o niepodległość Irlandii oparta na tym, że Irlandczycy byli wolni i niezależni - od Anglii - wieki wcześniej.

Ludzie lubią opierać się na tradycji. Mam wrażenie, że w jakiś sposób sprawia to, że czują się pewniej.

Tak jak napisałem na wstępie, Pańskie książki cieszą się ogromną popularnością nie tylko wśród czytelników, ale i krytyków. W 2015 roku został Pan uhonorowany najważniejszą polską nagrodą dla pisarza science fiction - Nagrodą im. Janusza Zajdla. Jak to wpływa na Pana jako twórcę? Motywuje? Czuje się Pan doceniony?

Nie sądzę, żeby było wielu twórców, którzy nie odbieraliby otrzymania ważnej dla siebie nagrody jako czegoś motywującego.

Dorastałem w środowisku fanów i gale Nagrody Zajdla pamiętam od zawsze jako podniosłe wydarzenia. Byłem w zasadzie wychowany w przeświadczeniu, że Nagroda im. Janusza A. Zajdla to jest właśnie TO, co można u nas zdobyć za fantastykę. Oczywiście czasy się zmieniły i nie jest już nagrodą jedyną - jest choćby młodsza, ale bardzo ważna Nagroda Literacki im. Jerzego Żuławskiego i wiele, wiele innych. Ale była pierwszą, o jakiej słyszałem, no i mogłem obserwować jej ewolucję przez długi czas. To ma znaczenie, w każdym razie dla mnie.

Bycie wyróżnionym przez fanów to coś naprawdę niesamowitego. Czy działa motywująco - zdecydowanie tak. Ale też denerwuję się dwa razy bardziej, żeby zdobytego zaufania czytelników nie zawieść.

Jestem pewien, że Pan nie zawiedzie. Skoro mówimy o polskiej fantastyce, jak Pan ją ocenia. Co się w niej Panu podoba, a co nie? W jakim Pana zdaniem zmierza kierunku?

Polska fantastyka obecnie jest bardzo szerokim polem i trudno je ogarnąć w całości. Ale widzę, jak się rozrasta i to jest dobre. Nie zawsze są to książki, które akurat mi się podobają, ale to naturalna konsekwencja faktu, że nie ma już czegoś takiego jak "standardowy czytelnik fantastyki". Są ludzie bardziej zainteresowani powieścią przygodową, inni wolą fantastykę społeczną, jeszcze inni hard SF. Jest cyberpunk i new weird, steampunk, z hukiem wraca klasyczne fantasy, ostatnio mocny jest ruch miłośników post-apo w wydaniu czy to nawiązującym do Strugackich czy - niedawno - do Głuchowskiego i jego świata Metra.

W zasadzie każdy z nich może u nas znaleźć coś dla siebie. Naprawdę trudno tego nie docenić, podobnie jak faktu, że pisarze fantastyki nie są już pisarzami niszowymi, nie mają kompleksów wobec kolegów z mainstreamu.

Jacek Dukaj napisał w "Science Fiction", że "Na salonach różnica między "pisarzem" i "pisarzem science fiction" odpowiada różnicy między "aktorem" i "aktorem porno". Kiedyś to było faktem - do tego stopnia, że kiedy pojawiał się ktoś naprawdę wybitny, natychmiast stwierdzano, że to nie jest żadne science fiction tylko alegoria. Teraz, choć oczywiście nadal są tacy, którzy uważają fantastykę za coś wstydliwego, jest ich coraz mniej.

I liczę, że nadal będziemy szli w tym kierunku - zarówno różnorodności, jak i właśnie wejścia bez kompleksów w główny nurt.

Przyznam, że też nie rozumiem tego swoistego "fantastycznego getta" i cieszę się, że to się zmienia. "Inwit" już jest na księgarskich półkach. Jestem pewny, że u wielu czytelników, pozostawi pewien niedosyt. Czego możemy się dalej spodziewać? Jakie ma Pan plany literackie na przyszłość? Uchyli Pan rąbka tajemnicy?

Wiem, co się będzie działo dalej w historii, o której opowiada "Inwit" i, naturalnie, zamierzam to napisać. Jest dla mnie ważnym, by opowiedzieć tę historię do końca i będę do tego zmierzał. Chciałbym też wydać zbiór opowiadań dziejący się w świecie "Algorytmu", ale opowiadający o ludziach - różnych - tuż po Dniu. Pokazać ten świat oczami innych ludzi, niż tych bezpośrednio związanych z konfliktem. Tutaj mam już, można powiedzieć, dwa i pół tekstu, ale do końca jeszcze długa droga - opowiadania pisze się zupełnie inaczej niż powieści.

Jest też kilka innych luźnych pomysłów, w zbyt wczesnej fazie, żeby o nich mówić. I nie oszukujmy się, świat AW zajmie mi jeszcze czas, więc póki co są to rzeczy, które nie mają nawet porządnej daty rozpoczęcia, a co dopiero - planów na wydanie. Co nie znaczy, że nie mam masy pojedynczych szkiców i notatek w różnych miejscach twardego dysku. Po prostu doba jest strasznie krótka.

Ewidentnie przydałby się Panu zajdlowski Cylinder van Troffa. Bardzo dziękuję za rozmowę i wszystkich, którzy nie sięgnęli jeszcze po cykl "Algorytmy wojny", bardzo do tego zachęcam. Tych, którzy znają książki Michała Cholewy, do sięgnięcia po "Inwit" - jestem pewny, że zachęcać nie trzeba.

Inwit
Michał Cholewa
Wydawnictwo: Ender/WarBook
Ebook jest dostępny w Publio.pl >>