Przemysław Gulda: Więcej wielbicieli niż blog Kasi Tusk i Zosi Cudny, wywiady, telewizja, nominacje i takie tam. Nie męczy was już ten fejm? Jak sobie radzicie? Lucjan: Męczy to praca w call center, fejm jest całkiem przyjemny. Co prawda na stronie jesteśmy anonimowi, ale widać, że nasi znajomi bardziej nas szanują, chętniej częstują narkotykami. A tak na serio to zaczęliśmy medytować i pisać autobiografię.
Maciej: Dokładnie to przepisujemy "Autobiografię" Hołdysa i podpisujemy się jak pod swoim tekstem, ponieważ zawsze chcieliśmy być gwiazdami rocka. Tak jak Eric Clapton czy właśnie Zbyszek Hołdys.
To z różnych powodów - nie tylko z racji trzydziestych urodzin i trzydziestu miesięcy na bezrobociu - moment w waszym życiu jakby zwrotny. Ile razy dziennie zastanawiacie się: co dalej? Maciej: Zdarza się, że przez dwanaście godzin skroluję fejsa w pozycji na Stephena Hawkinga i cały czas myślę, co dalej. Tyle przecież udało się już osiągnąć, że właściwie naturalnym kolejnym krokiem byłby autorski program w TVN Style o jedzeniu kapuśniaka. Myślimy też z Lucjanem o założeniu fundacji im. Joanny Horodyńskiej. Coś jak WOŚP, tylko zamiast kupować sprzęt medyczny dla chorych dzieci - pieniądze przeznaczalibyśmy na markowe ciuchy dla osób, których nie stać albo po prostu nie mają czasu, żeby pójść do sklepu. Czujemy, że to jest ten moment.
Lucjan: Ja się w ogóle rzadko zastanawiam.
Każdy z waszych krytyków ma co najmniej cztery argumenty na to, że powinniście się ujawnić i przestać być anonimowymi szydercami. Czy moglibyście wyjaśnić im tą oczywistą oczywistość, że tak jest po prostu fajniej? Maciej: Podstawowa sprawa jest taka, że wciąż jesteśmy zbyt zajebiści i internet mógłby tego nie wytrzymać. Poza tym nośność pewnych treści zależy także od tego, że są wypowiadane z pozycji człowieka bez konkretnej twarzy. Czyli kogoś takiego jak Rysiu z "Klanu".
Kasia i Zosia miały moment, kiedy was "lubiły", ale dziś najwyraźniej ich ekspert od PR-u polecił im raczej "hejt" albo co najmniej kompletną obojętność. Jak bardzo was to boli i co robicie, żeby ten ból ukoić? Maciej: Tak, wiemy, mamy tego samego eksperta i to jest element większej strategii.
Ebola Ape - trójmiejski artysta, który wystąpił kilka dni temu w masce małpy i do dziś nikt nie wie, kto nim jest - trochę ukradł wasz pomysł i to on został okrzyknięty "naszym Banksym". Czyli wtopa. Co wy na to? Ujawniacie się, żeby znów być dwa kroki do przodu wobec konkurencji? Ustalicie kto to jest, żeby go zdemaskować? A może po prostu to tak naprawdę jeden z was? Maciej: Obawiam się, że raczej nic z tym nie zrobimy.
Lucjan: Ebola Ape poznaliśmy jeszcze w Londynie, kiedy nosił za Banksym spray. Banksy wtedy nam wyraźnie powiedział, że to my, a nie Ebola będziemy go reprezentować w
Trójmieście. Także trochę nie fair.
To dość bzdurne pytanie, bo przecież wszyscy to doskonale wiedzą, ale może czas wyjaśnić wszystkim, którzy udają, że wciąż nie rozumieją: dlaczego - jak powiedzieliście ostatnio w jednym z wywiadów - mieszkanie w Gdyni jest największym obciachem? Maciej: To był oczywiście taki żarcik z przymrużeniem oka, wszyscy przecież wiemy, że Gdynia to taka
Wenecja północy.
Lucjan: A w ogóle korzystając z okazji, chciałbym przeprosić wszystkich swoich znajomych z Gdyni za te głupie żarciki. Gdynia to piękne miasto, które ciągle się rozwija. Podobno do niektórych dzielnic pociągnięto już kanalizację.
A co z Sopotem? Mieszkanie tam to w sumie spory lans, za to wygląda na to, że bywanie w kurorcie jest sporym obciachem. I jak to pogodzić? Lucjan: No najlepiej mieszkać w Sopocie, a bawić się na Stogach. Jak normalni ludzie.
Maciej: Poza tym jest teraz wielki boom na tzw. Małe
Trójmiasto, czyli Rumię, Redę i Wejherowo. Rumia zresztą, po tym jak postawili tam multikino i pociągnęli prąd, wyrasta chyba na największą konkurencję Sopotu. Legendarne są już "Rumskie Dni Rave" (połączone z paradą miłości), jakie co miesiąc organizuje tamtejszy Urząd Miasta przy współpracy z Domem Kultury. Ale słyszeliśmy, że Sopot szykuje w odpowiedzi targi książki, więc w sumie do końca nie wiadomo, kto prowadzi.