Adam Broomberg i Oliver Chanarin z projektu: People in trouble laughing pushed to the ground
To Miesiąc Fotografii wielkiego ryzyka, miesiąc eksperymentu. Cały poświęcony jest jednemu tematowi, wszystkie wystawy programu głównego - wystawa przekrojowa, wprowadzająca, na dwu piętrach Bunkra Sztuki, i 23 wystawy rozsiane po muzeach i galeriach. Powstały na zamówienie (to ewenement); gościnnymi kuratorami zostali wybitni artyści: Adam Broomberg i Oliver Chanarin.
Z wystawy Alias. Przegląd: Bob i Roberta Smith, Art is more Important than the Police, 2008
Z wystawy Alias. Przegląd: Brian O'Doherty, The Burial of Patrick Ireland, Wake, 2008. Irish Museum of Modern Art. Fotografia: Fionn McCann
Z wystawy Alias. Przegląd: The Bruce High Quality Foundation, Thank You New York, Empire, 2009
Z wystawy Alias. Przegląd: Christian Jankowski, kadr z: My Life as a Dove, 1996
Adam Broomberg i Oliver Chanarin
Wypada zacząć od przypomnienia: w zeszłych latach Miesiąc Fotografii składał się z dwóch części - prezentacji "narodowej" (przedstawiana była fotografia z Polski, Węgier, Czech, Niemiec) i "tematycznej" (dwa lata temu tematem były archiwa). W zeszłym roku był tylko jeden temat, fotografia Wielkiej Brytanii. W tym roku Miesiąc zrobił jeszcze radykalniejszy krok: nie tylko jest inny niż wszystkie dotychczasowe, ale i został oddany w obce ręce.
Broomberg i Chanarin to artystyczny duet z Londynu. Współpracują ze sobą od ponad dziesięciu lat, opublikowali siedem książek, m.in. "Fig", "Mr Mkhize's Portrait" czy "Ghetto". Krakowskiej publiczności festiwalowej znani są z dwóch wystaw - "Ghetto" w 2007 roku i w zeszłym roku "Afterlife" (w galerii Zpafiska): manipulowany zapis egzekucji na podstawie zdjęć Jahangira Razmiego, wykonanych podczas irańskiej rewolucji. Interesuje ich głównie, wedle ich własnych słów, język fotografii dokumentalnej.
Tegoroczna edycja Miesiąca Fotografii zatytułowana została "Alias", bo tematem jest nie powłoka fotografii, lecz pewna koncepcja. Jest nią heteronim; pojęcie siostrzane wobec pseudonimu, z jedną ważną różnicą. Pseudonim ukrywa osobę autora, kiedy ten nie chce lub nie może publikować pod własnym nazwiskiem; heteronim tworzy autora fikcyjnego. Ów autor obdarzony jest własnym życiorysem, stylem literackim, przekonaniami, często wchodzi w interakcje z autorem lub innymi postaciami przez niego stworzonymi; często wyraża opinie odmienne od opinii autora. Za mistrza heteronimu uchodzi portugalski poeta Fernando Pessoa, który publikował co najmniej pod 72 heteronimami (choć całkiem możliwe, że było ich więcej); główne alter ego Pessoa to Alberto Caeiro, Ricardo Reis, Álvaro de Campos, a także Fernando Pessoa (jednak nietożsamy z poetą). Swoje najwybitniejsze dzieło, "Księgę niepokoju", Pessoa napisał jako Bernardo Soares.
„Alias” jest więc projektem artystycznym opartym na idei heteronimu i poświęconym ryzyku związanemu z porzuceniem własnej tożsamości i nieskończonym możliwościom, jakie daje wcielanie się w nieistniejące osoby. Broomberg i Chanarin napisali o swoim projekcie: „To eksperyment, który miał się nie powieść, ponieważ nie powinno być tak łatwo przestać być sobą; zerwać z własnymi zainteresowaniami politycznymi i etycznymi. Jednak większość artystów, do których się zwróciliśmy, odważnie podjęła to wyzwanie. » Nigdy nie rozstajemy się ze sobą «, skarżył się portugalski pisarz Fernando Pessoa w » Księdze niepokoju «. Chcieliśmy każdemu dać szansę dokładnie na to: na rozstanie się ze sobą”.
W Bunkrze Sztuki zaprezentowana zostanie wystawa przekrojowa ukazująca rys historyczny zjawiska "Alias. Przegląd". Napis na wystawie ostrzega: "Żaden z artystów, których dzieła prezentowane są na tej wystawie, nie istnieje naprawdę. Wszystkie prace są kopiami". To znak wskazujący, że dalej znajduje się kraina fikcji; a także, że jej tematem nie są same dzieła sztuki, tylko ich przedstawienia - nie kolejne odbitki fotografii, lecz fotografie zdjęć potraktowanych jako przedmioty, najczęściej wiszących w salach ekspozycyjnych.
"Alias to niekompletny przegląd wymyślonych artystów - piszą we wstępie do wystawy Broomberg i Chanarin. Zawiera prace stworzone przez fikcyjnych autorów, nieistniejące instytucje, anonimowe ugrupowania i artystów, którzy postanowili stworzyć alternatywną wersję samych siebie. Od wieków artyści stosowali tę strategię, aby zgłębiać kwestie związane z płcią, rasą lub represjami politycznymi - w taki sposób, który w innym wypadku nie byłby możliwy. Dla innych ta strategia dawała po prostu wytchnienie od wyczerpującej pracy: bycia sobą".
Wystawa w Bunkrze Sztuki, autorski bryk z historii fotograficznego heteronimu, to w pewnym sensie teren najłatwiejszy, bo już oswojony - można ją zwiedzać ze specjalnym przewodnikiem, prezentującym życiorysy i twórczość autorów fikcyjnych i rzeczywistych. Tu wszystko jest dopowiedziane, wszystkie dzieła były już pokazywane, niektóre znajdują się w podręcznikach historii sztuki, między innymi: Marcela Duchampa jako Rrose Sélavy (na zdjęciu Man Raya), prace Walida Raada (pokazującego swe prace jako The Atlas Group), Briana O'Doherty'ego (występującego jako Patrick Ireland), Renzo Martensa, Simona Fujiwary (jako jego ojca), Williama Kentridge'a (jako Kentridge vs Kentridge), Zbigniewa Libery, Sophie Calle, Aleca Sotha, Rogera Ballena, a także wielu innych, którzy wykorzystują w swojej twórczości strategię heteronimu.
Ten przegląd jest ostatnim miejscem, gdzie czuć twardy grunt pod stopami. Kolejne 23 wystawy zostały stworzone przez literacko-artystyczne (bo nie tylko fotograficzne) tandemy. Wszystkie te projekty będą miały swoje premiery na tegorocznym Miesiącu Fotografii. Zadaniem literatów było stworzenie szalunku, czyli wymyślenie postaci twórcy; artyści mieli ten szalunek wypełnić dziełem. I choć nazwiska wszystkich twórców są znane, to nie będą - ani teraz, ani po festiwalu - dopasowane do konkretnych wystaw. Na tym przecież polega idea heteronimu, strategia twórcza z nim związana - żeby stworzyć postać i jej dzieło. Ten zestaw tworzy całość; dodatkowej osoby, autora rzeczywistego, wcale tu nie trzeba. A dla dociekliwych dodatkowa zabawa: mogą spróbować zgadnąć, kto jest kto; i zastanowić się przy okazji, jakie to ma znaczenie, czyli liczy się metka (nazwisko znanego autora), czy samo dzieło.
"Alias" zmusza, żeby - nawet świetnie się bawiąc - myśleć o fotografii (czy sztuce w ogóle) niezwykle poważnie. Jak zwykle na weekend otwarcia zjedzie wielu autorów; będzie okazja, żeby z nimi o tym pogadać w luźnej atmosferze.
Ważnym - i z roku na rok coraz ważniejszym - elementem festiwalu jest ShowOFF, czyli wystawy młodych (i bardzo młodych) polskich fotografów. Dość interesująca jest kuchnia tej części festiwalu: fotografowie prezentują swoje niedokończone projekty, najciekawsze z nich wybiera jury. Do wystaw przygotowywane są pod okiem znanych polskich fotografów i teoretyków fotografii: Magdy Wunsche, Agnieszki Samsel, Wojtka Wieteski, Mikołaja Długosza, Krzysztofa Millera, Rafała Milacha i Kuby Śwircza. Zgłoszeń było ponad pięćset, wybrano zaledwie tuzin projektów. Ich autorami są (czytajcie uważnie, bo pewnie o nich jeszcze usłyszycie): Artur Jastrzębski, Karol Kaczorowski, Ula Klimek, Tomasz Liboska i Michał Jędrzejowski, Bartłomiej Lurka, Wojciecha Marzec, Bartosz Mateńko, Maciej Niesłony, Maciej Nowaczyk, Mateusz Sadowski, Yulka Wilam i Piotr Zbierski.
Chciałoby się tu napisać o każdym, ale cóż, fotografia to nie jest demokracja. Są ludzie, którzy przyciągają uwagę bardziej. Gwiazdą ShowOFF jest w tym roku Yulka Wilam, co do tego nie ma wątpliwości - i nie tylko dlatego, że ma lat siedemnaście (!) i wykosiła setki starszych od siebie. Yulka Wilam przyciąga uwagę po prostu, bez tego reklamowego wytrycha, jakim jest jej wiek. Rejestruje świat, by tak rzec, bez zadęcia, bez fałszywej nuty, przeskakując od aparatu w komórce do średniego formatu; robi, co chce, a świat w jakiś dziwny sposób jej się poddaje. Wystawa nosi tytuł "Zapomniałam, gdzie to było", kuratorkami są Magda Wunsche i Agnieszka Samsel. Trzeba zobaczyć.
Co warte podkreślenia, ShowOFF jest coraz bardziej serio, bo z kawiarnianej przestrzeni, z wystaw przygotowywanych przez samych autorów wyłonił się profesjonalny festiwal w festiwalu. Ponadto - to zmiana bardzo ważna - w biurze festiwalowym będzie można obejrzeć portfolio uczestników ShowOFF oraz kupić ich prace, drukowane specjalnie na tę okazję w limitowanych edycjach. Krótko mówiąc, jest to szansa, by zacząć tworzyć lub wzbogacić swoją kolekcji.
O kolekcjonowaniu zresztą będzie się sporo mówiło na Miesiącu Fotografii - poświęcono mu specjalny blok. W nim m.in. spotkania z Charlotte Cotton, dyrektorką National Media Museum (u nas znanej z książki "Fotografia jako sztuka współczesna", wydanej przez Universitas), z Cezarym Pieczyńskim, właścicielem jednej z najważniejszych polskich kolekcji prywatnych; będzie też panel poświęcony kolekcjonowaniu i akcja Fundacji Archeologii Fotografii "Odkurzamy domowe archiwa" (dotąd akcje takie prowadzone były w Warszawie).
Drugi blok tematyczny poświęcony będzie zjawisku tzw. selfpublishingu, czyli przygotowywaniu, projektowaniu i wydawaniu we własnym zakresie książek (czy albumów) w bardzo niskim nakładzie. Tu również wykłady spotkania, prezentacje; polecam, bo te autorskie wydawnictwa w maleńkim nakładzie to szansa na wyjście z cienia, no i nieraz jedyna okazja do pokazania własnych zdjęć w "reżyserskiej", nieuładzonej wersji.
A poza tym jeszcze Sittcom.award, czyli nagroda dla fotografa z Europy Środkowej i Wschodniej, połączona z wystawą finalistów w Pawilonie Wyspiańskiego; Slide Nite, czyli wieczorowo-nocne projekcje zdjęć na Podgórzu, okazja artystyczno-towarzyska; oprowadzania kuratorskie (temat w tym roku ambitny, więc warto posłuchać); oczywiście mecz (po krwawych scenach futbolowych przyszedł czas na siatkówkę plażową), koncerty, filmy, przegląd portfolio - słowem, wszystko, czego trzeba, i jeszcze trochę więcej. Szczegóły w mapkach-programach dostępnych w całym mieście (szukajcie w biurze festiwalowym w galerii Camelot, w punktach informacji, w kawiarniach) i w internecie - www.photomonth.com. Start 13 maja.