To ja byłem Ewą. Prowokująca premiera w Wybrzeżu

Dawno w trójmiejskim teatrze nie pojawiła się propozycja tak odważna, wieloznaczna, dopracowana formalnie i prowokująca do myślenia. Spektakl ?Ciała obce? Julii Holewińskiej w reżyserii Kuby Kowalskiego, najnowsza premiera Teatru Wybrzeże, nikogo nie pozostawi obojętnym.
Teatr Wybrzeże od paru lat co jakiś czas stawia na polską dramaturgię współczesną. Niestety, jak dotąd z efektem bardzo słabym (jak w przypadku spektakli "All Inclusive" Marka Modzelewskiego czy niedawnej "Fazy Delta" Radosława Paczochy) lub co najwyżej poprawnym ("Być jak Kazimierz Deyna" Paczochy). W końcu jednak na scenę trafił tekst zweryfikowany przez ważny konkurs, czyli "Ciała obce" Julii Holewińskiej, nagrodzone Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną, a lekką ręką oddane przez Teatr Miejski im. Gombrowicza w Gdyni (który miał prawa do jego prapremiery). Reżyserię powierzono Kubie Kowalskiemu, twórcy młodemu, ale w Gdańsku już sprawdzonemu (bardzo dobra "Zwodnica" oraz "Eva Peron" Copi'ego). W efekcie otrzymaliśmy jeden z najlepszych spektakli w repertuarze Wybrzeża; teatr gorący, niepozostawiający obojętnym, radykalny formalnie.

Już pomysł wyjściowy - inspirowany zresztą autentycznymi wydarzeniami - sztuki Holewinskiej może wzbudzać duże emocje. Oto mamy lata 80. i jednego z aktywnych działaczy Solidarności. Prócz wspólnej walki z komunizmem, toczy on/ona też walkę wewnętrzną: czuje się kobietą "zamkniętą" w ciele mężczyzny. Holewińska nie rekonstruuje tu jednak historii skandalu; w migawkowych, przeplatających się scenkach portretuje - czasem dość grubą kreską - środowisko demokratycznej opozycji oraz przedstawia współczesne losy Ewy (wcześniej Adama): brak akceptacji ze strony najbliższych czy wreszcie walkę z ciężką chorobą, która prawdopodobnie jest efektem operacji zmiany płci. Ta wielość tematów zaakcentowana jest już w tytule sztuki. "Ciała obce" to nie tylko zabijający bohatera/bohaterkę rak, ale też usunięte męskie organy płciowe czy szerzej: żyjące w społeczeństwie osoby o tożsamości seksualnej wymykającej się najprostszemu podziałowi na męskie i żeńskie.

Jak tekst Holewińskiej daleki jest od "bezpiecznego", mieszczańskiego dramatu, tak samo radykalną i "nieprzezroczystą" formę teatralną spektaklu wybrał Kuba Kowalski. Jedynym - za to niezwykle efektownym i znaczącym - elementem scenografii Katarzyny Stochalskiej jest ogromna, podwójna helisa DNA przechodząca płynnie w poplątane, biało-czerwone wstęgi i zajmująca środek sali sopockiej Sceny Kameralnej. Wcielający się w po kilka postaci aktorzy, nieschodzący ani na moment ze sceny, występują w bieliźnie (mężczyźni w białej, kobiety w czerwonej, tylko Marek Tynda jako Adam/Ewa ubrany jest na czarno). Kolejne ich role sugerowane są tylko pojedynczym elementem stroju (np. opozycjoniści występują w wyciągniętych, brązowych swetrach). Energetyczna muzyka Piotra Maciejewskiego wykonywana jest na żywo przez samego autora (perkusja) i Paulinę Strzegowską (saksofon), obranych oczywiście - odpowiednio - na biało i czerwono.

Sceny z lat 80. i współczesne przeplątają się tu błyskawicznie. Kowalski prowadzi aktorów bardzo pewnie, w większości scen rezygnując z gry psychologicznej. Jego inscenizacja kipi błyskotliwymi pomysłami scenicznymi, zazwyczaj niezwykle prostymi, jednak nieoczywistymi i często szalenie zabawnymi. Świetny i dopracowany ruch, szczególnie efektowny w scenach grupowych, przygotowała Katarzyna Chmielewska z Teatru Dada von Bzdülöw. W efekcie "Ciała obce" stają się efektownym kolażem, nowoczesnym formalnie, momentami przywodzącym wręcz na myśl kino Quentina Tarantino, w którym sceny zarysowane grubą kreską przeplatają się z poważnymi. Całość przy tym jest starannie przemyślana i zakomponowana oraz sprawna dramaturgicznie.

Z ogromną przyjemnością ogląda się całą dziewiątkę grających w "Ciałach obcych" aktorów. Widać wyraźnie, jak zgrany zespół udało się reżyserowi zbudować w trakcie prób, jak świetnie rozumieją się na scenie. Reżyser, dobierając obsadę, świadomie eksponuje mocne strony każdego z artystów. Mistrzowsko w epizodach prezentuje się Łukasz Konopka (nie mogę się doczekać kolejnej głównej roli tego aktora), równie dobrze wypada charakterystyczny Robert Ninkiewicz. Wśród aktorek na największe brawa zasłużyła Justyna Bartoszewicz. Jej Maryjka jest mocno przerysowana, ale - paradoksalnie - wiarygodna i poruszająca. Dość niemrawo spektakl zaczyna Marek Tynda, wcielający się w główną postać Adama/Ewy. Choć z czasem nabiera pewności (co szczególnie widać w finałowym monologu), to i tak brakuje mu jakiegoś szczególnego błysku. Obie swoje role buduje na szczęście bez niepotrzebnego efekciarstwa, ale na dosłownie paru, powtarzanych w kółko charakterystycznych gestach.

Podstawową kwestią, podnoszoną w "Ciałach obcych" przez Julię Holewińską i Kubę Kowalskiego, jest kwestia wolności. O ile w Polsce, dzięki walce opozycji, udało się uzyskać wolność polityczną, to walka Adama/Ewy o wolność osobistą pozostaje niezakończona. Co prawda mógł on po 1989 roku dokonać zmiany płci, to jego "coming out" sprawił, że został wykluczony. I to zarówno z życia publicznego, jak i z życia swoich najbliższych.

Nie jest to jednak jedyny temat "Ciał obcych". Momentami wydaje się wręcz, że autorka dramatu trochę niepotrzebnie mnoży wątki. Mamy w sztuce ciekawy, choć zarysowany tylko paroma scenami, obraz środowiska opozycyjnego lat 80. Dominuje tu jasny podział: mężczyźni drukują ulotki, klną i działają, kobiety chodzą na msze i modlą się o wolną ojczyznę. Jak sugeruje autorka, nierówność płci budował sam system totalitarny. W porażającej scenie nalotu milicjant aresztuje opozycjonistów. Rozmawiając z mężczyznami nakazuje "Obywatel, do suki!". Aresztując kobiety rzuca pogardliwe "Suka! Do suki".

W scenach współczesnych Holewińska porusza m.in. temat ubóstwa (trudno zrozumieć, po co), sztampowo także przedstawia podejście Kościoła do problemów z tożsamością płciową (scenę rozmowy Ewy z księdzem ratują wyśmienite pomysły inscenizacyjne Kowalskiego oraz mocna gra aktorska Ninkiewicza). Na szczęście nieliczne słabsze fragmenty sztuki przeplatają się ze scenami mocnymi i świetnie napisanymi (takimi, jak choćby rozmowy Ewy z synem Leszkiem).

"Ciała obce" Teatru Wybrzeże to spektakl, który chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Mocny temat i efektowna, nowoczesna forma sceniczna albo wzbudzą aplauz, albo zostaną w całości odrzucone. Dawno jednak w trójmiejskim teatrze nie pojawiła się propozycja tak odważna, wieloznaczna, dopracowana i prowokująca do myślenia.

Warto zwrócić uwagę, że premiera przedstawienia odbyła się na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże, przez lata kojarzonej głównie z farsami. Gdy zestawimy odważne "Ciała obce" z drugą tegoroczną sopocką premierą, sympatyczną komedyjką "Seks dla opornych" Michele Riml, to mamy świetny przykład, jak powinny - dbając o różnych widzów - budować swój repertuar publiczne teatry.