Kaczmarek: Hollywood to tak naprawdę Poznań

Michał Danielewski
20.02.2012 , aktualizacja: 20.02.2012 09:35
A A A Drukuj
- Po drugim roku prawa, w lekkiej depresji, pojechałem szukać sensu w teatrze Jerzego Grotowskiego. A spotkało mnie coś całkiem odwrotnego. Wyprano mi tam mózg kompletnie. Byłem w absolutnym szoku - wspomina Jan. A. P. Kaczmarek - laureat naszej nagrody Giganta za poznański styl pracy za 2011 r. Uroczyste wręczenie nagrody - dziś wieczorem w Teatrze Wielkim.
Jan A.P. Kaczmarek z Oscarem za muzykę do
Fot. Reed Saxon / AP
Jan A.P. Kaczmarek z Oscarem za muzykę do "Marzyciela"
Estella Catering Logo
Estella Catering Logo
Karlik Logo
Karlik Logo
El Jean Logo
El Jean Logo
Rozmowa z Janem A. P. Kaczmarkiem

Michał Danielewski: Moment na początku 2005 roku, kiedy odbierał pan statuetkę Oscara, to szczytowe osiągnięcie w pana karierze, jej zwieńczenie? Czy jednak wciąż mierzy pan wysoko?

Jan A. P. Kaczmarek : - Zdecydowanie. Ale nie w sensie kolejnych tego typu zaszczytów. Wierzę, że nie napisałem jeszcze dzieła swojego życia. Może to będzie opera, którą właśnie zaczynam pisać, może festiwal Transatlantyk. Nie wiem. Wiem za to, że wciąż mam apetyt na życie, na ciąg dalszy. Natomiast Oscar jest swego rodzaju tytułem szlacheckim, nagrodą, która zamknęła pewien etap w moim życiu. To była klamra spinająca 15 lat pracy z dużymi sukcesami, bo przecież to nie był mój pierwszy rok w Hollywood. Dzięki Oscarowi mogłem zrobić kolejny krok naprzód. Już trochę w innym kierunku.

Pamiętam tamtą oscarową galę. Miałem wtedy wrażenie, że był pan bardzo poruszony, widać było u pana ogromne emocje.

- Proszę pamiętać, że ja jestem chłopcem z Konina. I nagle stoję na scenie, a przede mną siedzą Martin Scorsese, Johnny Deep, Dustin Hoffman - największe gwiazdy światowego kina. Do tego świadomość, że ogląda mnie około miliarda ludzi. To jest moment, który się długo pamięta... Również dlatego, że tak naprawdę to wszystko było przecież statystycznie niemożliwe. To było coś, czego nie dałoby się zaplanować. A jednak się stało. Stąd wówczas te emocje i poczucie ważności chwili. Bo to w końcu najważniejsza nagroda na świecie w mojej dziedzinie.

Zatrzymajmy się na chwilę w Koninie. Dorastając w małym mieście dostaje się w posagu pewien rodzaj niepewności, poczucia, że robiąc każdy kolejny krok dalej, trzeba radzić sobie z presją, nieznanym, odnajdywać się wciąż w zupełnie nowych warunkach. Był taki moment w pana życiu, kiedy na dobre pozbył się pan tego balastu, kiedy zyskał pan pewność, że to, co pan robi jest w porządku, że nie musi pan wciąż na nowo udowadniać swojej wartości?

- Budowanie w sobie takiej pewności jest procesem. Ona powstaje podczas dojrzewania, ale nigdy nie jest absolutna i dana na zawsze. Zresztą nie powinna taka być. U mnie ta niepewność jest jednym z ważnych elementów psychiki. I dobrze, bo to niesie za sobą wrażliwość, wsłuchiwanie się w świat - a to z kolei jest źródłem sukcesu. Bo jeśli zamykamy się we własnej skorupie i nabieramy pewności, to stajemy się aroganccy. Wydaje nam się, że jesteśmy centrum wszechświata i że to my decydujemy o wszystkim. A to jest złudzenie, które wykończyło już niejednego.

Jest jeszcze jedna dobra cecha, którą mamy - my chłopcy z małych miast. Jest nią głód, podejrzenie, że świat gdzieś tam daleko jest wspaniały. I to przeczucie czekającej nas wielkiej przygody jest ogromną siłą napędową, która mnie ciągnęła przez całe życie. I nadal ciągnie. Wciąż widzę miejsca i horyzonty, do których jeszcze nie dotarłem, a do których chciałbym dojść.

Oscar nie daje tego złudzenia pewności? Poczucia, że jestem świetny, doskonały i w ogóle najlepszy w całym kosmosie?

- Miałem szczęście, że ta nagroda nie przyszła do mnie na początku mojej kariery, tylko wówczas, gdy byłem już dorosłym chłopcem ze sporym dorobkiem. Kiedy taki zaszczyt zdarza się dojrzałemu człowiekowi, to ryzyko chodzenia z głową w chmurach nie jest aż tak duże. Być może to tylko moja fantazja, ale mam wrażenie, że nie zmieniłem się po tym Oscarze, że mój sposób myślenia, życia, stosunek do siebie samego i do innych ludzi jest ten sam, co wcześniej.

Gigant, nagroda "Gazety", jest przyznawana za poznański styl pracy. Tak jak rozumiem to pojęcie, chodzi w nim o uporządkowanie, solidność, konsekwentne dążenie do celu. Z drugiej strony wydaje mi się, że ów styl pracy w twórczości artystycznej może przeszkadzać. Bo potrzebna jest w niej przecież spora doza nieuczesania, ryzyka, szaleństwa, zanegowania zastanego, konserwatywnego modelu. Pan się czuje związany z etosem poznańskiego stylu pracy?

- Bardzo. Poznańskie wartości - solidność, uporządkowanie, szacunek dla ciężkiej pracy - są moją siłą. Jednym z moich bohaterów jest Hipolit Cegielski. Jestem gorącym zwolennikiem pracy organicznej, działania u podstaw. Pewnie pan nie uwierzy, ale Hollywood to tak naprawdę Poznań. Fundamenty biznesu filmowego - i w ogóle Ameryki - to jest niebywale staranna, zbudowana ciężką pracą, struktura. Bardzo poznańska. I na tym fundamencie, który jest supersolidny, stworzony bez wielkich romantycznych uniesień przez Anglosasów i Niemców, powstała cała reszta. Dopiero później przyjechali m.in. Polacy, Żydzi, Włosi i wprowadzili w ten mikrokosmos element chaosu, tego szaleństwa, o którym pan mówi. Ale one mogą być wartością dodaną tylko wówczas, kiedy konfrontują się z mocnymi fundamentami. Bez nich Hollywood nie stałoby się tak wpływowym i dominującym miejscem, a Ameryka imperium, którym ciągle jest, mimo kryzysu, jaki przeżywa. To jest ta wyjątkowa kombinacja żywiołów.

A czy czasami nie jest potrzebne zderzenie się z tymi wartościami, odbicie się od nich, zakwestionowanie?

- Ależ oczywiście. Ale proszę sobie wyobrazić, że wpadam w histerię i szał w stabilnym, uporządkowanym świecie. Ja się uspokoję w pewnym momencie i wszystko zostanie mniej więcej na swoim miejscu. Natomiast moja histeria w histerycznym otoczeniu wywoła taką falę, że się od niej wszystko zwyczajnie rozleci. Bezpieczeństwo i stabilność to uroki miejsca, które jest dobrze zorganizowane. Jeśli pojawi się w nim element pasji, szaleństwa, buntu, to on nie rozbija w pył całej struktury, a jedynie prowadzi ją na inny poziom. Czasami wyższy.

Proszę spojrzeć na wielkich artystów w historii. Oni zazwyczaj tworzyli w solidnych społeczeństwach - w sprzeciwie do mieszczaństwa niemieckiego, czy francuskiego - dzięki czemu ich myśli, idee miały moc modyfikującą, ale nie burzyły wszystkiego do szczętu.

Skoro już mówimy o zderzeniu szaleństwa z uporządkowaniem. Jak Jan A. P. Kaczmarek, chłopak wyznający etos poznański, wspomina swój staż w rozwibrowanej przestrzeni teatru Jerzego Grotowskiego?

- Byłem wtedy po drugim roku prawa, w lekkiej depresji związanej z tymi studiami, i pojechałem do Grotowskiego szukać sensu. A spotkało mnie coś całkiem odwrotnego. Wyprano mi tam mózg kompletnie. Byłem w stanie absolutnego szoku, bo Grotowski stosował metody, które stosuje się wobec rekruta w wojsku. Totalne oderwanie od rzeczywistości i atak bardzo silnymi bodźcami: brak snu, bardzo intensywne ćwiczenia aktorskie. Wyszedłem stamtąd bardzo przetrącony. W najwyższym stopniu oderwany od świata, z którego tam przyszedłem. Stanąłem na rozdrożu - nie chciałem wracać tam, gdzie byłem przed Grotowskim, a jednocześnie nie miałem recepty na nowe życie. Miałem za to ogromne szczęście, że odnalazłem się w muzyce. Ale wielu ludzi, którzy stażowali u Grotowskiego, nigdy się nie pozbierało. Praktykowany przez niego rodzaj psychicznej dekompozycji skończył się dla nich fatalnie.

Pana najnowsze dziecko to festiwal Transatlantyk. Wiadomo już coś na temat jego tegorocznej odsłony?

- Chcemy robić co roku lepszy festiwal. To nasza główna motywacja. Staram się, by pracowali ze mną najlepsi ludzie, jacy są dostępni w mieście. I nie tylko. Nie brakuje nam pasji i entuzjazmu. Zależy nam na tym, żeby Poznań miał silny festiwal. Mówiliśmy na początku o mojej fascynacji Cegielskim - Transatlantyk chcę robić właśnie w jego stylu. Zależy mi na tym, by budować swoja siłę i niezależność, bo wtedy mogę pomóc innym. Właśnie taką drogą staram się iść. I mam nadzieję, że Poznań mnie potrzebuje, a na pewno ja potrzebuję Poznania. Znakomicie się tu czuję, tutaj są moje korzenie i świadomie wybrałem, że chcę robić swój festiwal właśnie w tym mieście. Mówię w tym momencie również o Instytucie Rozbitek, który tworzymy, wzorując się trochę na festiwalu Sundance. Chcemy być swego rodzaju studnią, źródłem, miejscem, gdzie można przyjść i zaczerpnąć wody. Chcemy być oparciem dla młodych ludzi, którzy czasem nie wiedzą, co robić - po prostu. Bo żyją w świecie o wiele bardziej złożonym, niż ta rzeczywistość, w której ja dorastałem. Żyją w świecie, który jest pełen chaosu, bez prostych podziałów na dobro i zło.

Czyli znów wracamy do poznańskiego etosu: najważniejsza jest budowa instytucji, fundamentu...

- Dokładnie. Jeśli nie ma fundamentu, to nie ma na czym budować.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1