Michael Jackson w Ergo Arenie, czyli jak zarobić na legendzie

?Forever King of Pop? to nic innego, jak koncert życzeń, w którym gorąca atmosfera i przyspieszone bicie serca towarzyszy tylko największym fanom króla popu. Niestety show żerujące na legendzie Jacksona, pomimo wcześniejszych zapowiedzi, nie ma nic wspólnego z teatrem i musicalem.
W zapowiedziach spektaklu kuszono widzów opisami, które nie pozostawiały złudzeń - to będzie jedno z największych widowisk, jakie widziałem w życiu. Pełne fajerwerków, artystycznych doznań, muzycznych emocji i zaskoczenia. Niestety, z całości pozostała tylko energia hiszpańskich artystów i nieśmiertelna, ponadczasowa muzyka Jacksona.

W spektaklu, który hucznie i na wyrost nazwano musicalem, zabrakło wszystkich podstawowych elementów teatralnego widowiska. Podstawowym zarzutem jest brak scenariusza, który trzymałby to ponad dwugodzinne widowisko w ryzach. Kolejno wykonywane piosenki nie układały się w żadną historię. Do momentu "Thrillera", który jako jeden z nielicznych numerów otrzymał rozbudowaną formę, odczuwalny był chaos i brak spójności. Próbą połączenia zbioru piosenek w jedną całość było głoszone ze sceny przesłanie o wyższości miłości, nad pieniędzmi i sławą. Niestety zaczerpnięte z wypowiedzi Jacksona stwierdzenia w tych okolicznościach wybrzmiały nadzwyczaj banalnie.

Brak historii wynagrodziła jednak muzyka. Żywiołowe reakcje publiczności, piski i gwizdy na pierwsze dźwięki największych przebojów dowodzą, jak wielki potencjał tkwi w twórczości Jacksona. Twórcy nie skorzystali jednak z tego bogactwa. Co prawda większość numerów wykonana została na przyzwoitym poziomie, a kilkoro artystów prezentowało znakomite warunki głosowe, ale poza skromną grupą taneczną większości numerów nie towarzyszyła żadna oprawa. Wizualizacje, które pojawiały się nad sceną, przypominały prace początkującego grafika, a kostiumy, jakby w ostatnim momencie zostały wyjęte z szafy upadającego teatru.

W całości nie mogło zabraknąć sobowtóra króla popu. Na scenie pojawiły się jego kolejne wcielenia. Był więc Michael z ostatnich lat, kiedy z delikatnego czarnoskórego mężczyzny zmienił się w pooperacyjne monstrum oraz wokalista z lat młodzieńczych, a na koniec młody Michael w wykonaniu chłopca, który wygrał polski casting.

Nie wszystkie wcielenia były udane. Zdecydowanie najgorzej prezentował się pierwszy z nich, który stworzył aż nadto przerysowaną postać. Jego postura, mimika i ostro zarysowane ruchy raziły sztucznością. Dodatkowym mankamentem był fakt, że za każdym razem głos dla tego Michaela podkładany był przez śpiewających solistów (zarówno mężczyzn, jak i kobiety). Na szczęście wcielający się w tą postać Fran Jackson (zbieżność nazwisk przypadkowa) pojawiał się na scenie w towarzystwie znakomitego zespołu tanecznego, który wykonał największą pracę przy tym widowisku. Rozbudowane i bardzo żywiołowe układy zostały wykonane perfekcyjnie, z doskonałą synchronizacją.

Twórczość, jak i barwna biografia Jacksona, to gotowy scenariusz na znakomity spektakl. Mając tak zdolnych wokalistów i tancerzy, twórcy mogli pokusić się o chociaż powierzchownie nakreśloną opowieść o królu popu. Niestety wybrali opcję łatwiejszą i tańszą - koncertową składankę jego największych przebojów. Nie pierwsi i nie ostatni postanowili w ten sposób zarobić na legendzie światowej muzyki.

Polecamy - Rewolucjoniści, frustraci i katole czyli nudna Polska