Lech Janerka: Nie mam kontaktu z rzeczywistością. Skapcaniałem. W tym roku próbuję postawić się na nogi [MĘSKIE GRANIE 2015]

Wrocławski muzyk od dziesięciu lat nie wydał nowego materiału. Utwory ma gotowe, ale nie jest w stanie uzupełnić ich słowem. Między innymi dlatego coraz poważniej myśli o tym, by zakończyć karierę. - Kiedy zacząłem myśleć o tekstach na nową płytę, to się okazało, że mam dziurę w głowie - opowiada w rozmowie z Gazeta.pl Lech Janerka, który jednak ciągle koncertuje i ponownie zaangażował się w tym roku w Męskie Granie.
Tomasz Mienicki: Ostatni raz rozmawialiśmy ze sobą mniej więcej dziesięć lat temu. Był pan wtedy, panie Leszku, młokosem bez prawa jazdy, który właśnie nagrał wesoły przebój o rowerze. Co się od tamtego czasu zmieniło?

Lech Janerka: Jadąc z grubej rury: skapcaniałem. Kiedyś cały czas mi się chciało, a przez ostatnich ładnych parę lat żyłem pasywnie. Gdzieś tam po drodze popsuł mi się kręgosłup. Dramat. To mnie wyłączyło z gry. Okazało się, że nieumiejętnie stoję na scenie z gitarą basową, źle się ustawiam do mikrofonu, wszystko po latach wylazło. Zaczynam odczuwać wiek, po prostu. Ma to swoje pozytywy. Przestałem być postrzelony i mało co mnie stresuje. Ale z drugiej strony mi się nie chce. Próbuję to wyważyć, znaleźć dobry balans. Ostania płyta ukazała się dziesięć lat temu i od tego czasu nic nie nagrałem, co jest wynikiem słabym. I tak się zastanawiam, czy obowiązek nagrywania płyt jeszcze mnie dotyczy (śmiech).

Cała pańska kariera opiera się na zmaganiu z materią. Pamiętam, jak mówił pan, że muzyka pana uwiera, obnaża pańskie słabości, nieustannie testuje warsztat. Może faktycznie nie warto się już tak męczyć?

- To się właśnie w tej chwili rozstrzyga. Płyty ciągle nie ma. Dwa lata temu rozpocząłem pracę nad nowym materiałem z Bartkiem Straburzyńskim. Grałem z nim kiedyś na płycie "Ur", miał wtedy bodajże dziewiętnaście lat, to była ciekawa przygoda. Potem się rozstaliśmy, by - jak obliczył Bartek - spotkać się ponownie po dwudziestu pięciu latach przy okazji prac nad remasterem płyty "Piosenki". Pomyślałem sobie wtedy, że skoro tak fajnie nam idzie, to może by tak pokazać mu swoje nowe utwory. Pokazałem - i w ciągu trzech miesięcy mieliśmy gotowy materiał. Wystarczy teraz do niego dośpiewać. A ja mam problem. Przyglądam się rzeczywistości i jakoś maszynka nie chce jej przetwarzać, buntuje się.

Brakuje interesujących tematów?

- Nie. Ja w ogóle nie wiem, jaki jestem. Odkleiłem się od wszystkiego. Nie mam kontaktu z rzeczywistością. Skapcaniałem. W tym roku próbuję postawić się na nogi. Dużo z żoną chodzimy.

Nordic walking?

- Nie, żadne kijki (śmiech). Ale naprawdę dużo łazimy. Teraz wróciliśmy z Ustki, gdzie w ciągu niecałych trzech tygodni objechaliśmy samochodem 80 kilometrów, a przeszliśmy ponad 150. To jest wynik. Aż sam jestem zdumiony. Na początku tego roku przypomniałem sobie po czterdziestu pięciu latach o nartach. Bałem się o kręgosłup, ale odważyłem się. Okazało się, że pamiętam i mam frajdę.

Myślę, że stare przysłowie nie kłamie. W zdrowym ciele zdrowy duch. Może dzięki temu wszystko do mnie wróci. Wcześniej teksty pisały się same, nie wiadomo kiedy. Oczywiście, że potrafię usiąść i napisać, ale nie lubię. Wolałbym, żeby samo się zrobiło. I czekam na ten moment.



Bożena Janerka i Lech Janerka na scenie podczas koncertu Męskie Granie w Żywcu w lipcu 2011 roku /fot. Tomasz Fritz

Ale próby na pewno pan podejmował.

- Mam pojedyncze frazy, których nie potrafię dokończyć. Kiedyś taka fraza inicjująca utwór kończyła się zazwyczaj po trzech dniach całym tekstem. A w tej chwili jakoś nie bardzo.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, byłem w szoku, bo wspomniał pan, że wcześniej, o godzinie jedenastej, w niedzielę, ma próbę. Pamiętam, że kiedyś nie było sensu dzwonić przed dwunastą, bo wiadomo było, że pan nie odbierze.

- Przez trzydzieści parę lat wstawaliśmy z Bożeną około południa i wszystko było podporządkowane takiemu trybowi życia. W tej chwili próbujemy to zmienić. Dzielnie wstajemy o ósmej, niespecjalnie się nawet zmuszając. Lato sprzyja.

Powiedział pan, że ostatnio odkleja się od rzeczywistości, a ja mam wrażenie, że było tak zawsze.

- Wcześniej trochę kokietowałem. To, co we mnie siedziało, pozwalało mi niespecjalnie się rzeczywistością interesować, a jednocześnie bardzo intensywnie ją chłonąć. W tej chwili ta rzeczywistość mnie zniechęca. Wiek to też jest dobry powód do tego, żeby o pewnych rzeczach już nie myśleć, nie interesować się. Od zawalczenia ważniejsze staje się przetrwanie.

Smartfona pan ma?

- Cwany telefon?

Urządzenie, które zastępuje teraz wszystkim normalny kontakt z ludźmi.

- Takie, na którym nagrywasz naszą rozmowę?

Tak.

- Mam, ale nie sądzę, żeby mi ono przeszkadzało w kontaktach. W momencie, kiedy zdecydowałem, że będę nagrywał płytę, a przynajmniej będę próbował to robić, zakupiłem sobie komputer, którego latami nie miałem. W latach 90. robiliśmy płytę "Ur" na komputerze i wtedy pochłonął mnie on, wciągnął potwornie. Po nagraniu albumu, który był fajną przygodą i doświadczeniem, zainteresowały mnie gry. W końcu komputer musiałem wyrzucić, bo moje zachowanie zaczynało być chore. Grałem 18 godzin dziennie, irracjonalnie reagowałem na porażki (śmiech). Ale teraz wróciłem do komputera. Kupiłem Macintosha. Próby nagrywam na telefon, który właściwie tylko temu służy.

Facebook?

- Nie mam. Jeden z fanów mi założył. Nawet zajrzałem kiedyś. Obśmiałem się, bo zobaczyłem film z manifestacji w Madrycie z podpisem: "Hiszpańscy fani Lecha Janerki domagają się nowej płyty". (śmiech) Ale do Facebooka mnie nie ciągnie. Ja w ogóle jako człowiek jestem nietowarzyski. Lubię słuchać ludzi, ale niespecjalnie lubię z nimi rozmawiać. Mój obowiązek mówienia do ludzkości realizuję, nagrywając muzykę i pisząc teksty do piosenek. Krąg moich znajomych jest bardzo niewielki.

Jestem domatorem, ale w starym stylu. Nie takim, który siedzi w domu przed ekranem komputera. Kiedy już się z kimś kontaktuję, wolę widzieć, jakie robi miny. Używam Skype'a, bo córki wyprowadziły się do Anglii, jestem ofiarą Unii Europejskiej. Jedna wnuczka mieszka w Modenie. Pytam ją: "Modena?". A ona: "Jaka Modena? MO-dena!". (śmiech) Poprawia mój akcent, dzieci szybko się uczą.

Nasze pierwsze święta przy Skypie to był jednak dramat zupełny. Zawsze siadaliśmy do wigilijnego stołu rodzinnie, bardzo tradycyjnie. A ostatnio zamiast rodziny jest komputer. Znamię czasów.

A ze Spotify albo Deezera pan korzysta?

- Wiem, że Spotify istnieje. Przesłuchuję fragmenty płyt w iTunes. Jeżeli mi się coś spodoba, to sobie to ściągam. Nie mam jednak wielkiej kolekcji.

Lubiłem płyty. Płyty się celebrowało. W tej chwili muzyka staje się czymś bardzo użytkowym. Albumów, które w ciągu swojego życia chciałem mieć i miałem, było bardzo niewiele. Na dekadę przypadało mniej więcej dziesięć. W tych czasach wszystkiego jest za dużo.

Stałem się człowiekiem zamożnym, nie jakoś przesadnie, ale jednak. No i korzystam z tej zamożności w ten sposób, że kupuję sobie skarpetki, które kiedyś latami cerowałem. Wchodzę do sklepu i wybór jest przeogromny, to nadprodukcja. Nie kończy się oczywiście na skarpetkach, tak jest wszędzie. Osiemdziesiąt rodzajów serków, potężna promenada pieczyw. Nadmiar towarów niepotrzebnych do normalnego funkcjonowania jest ludziom natrętnie wciskany. Z tego będą kłopoty!

Proszę spróbować przejść na weganizm. Wtedy na nowo odczuje pan brak towaru w sklepach.

- Pewnie tak. Zresztą ja w lecie nie jem mięsa. Nie z założenia - po prostu nie potrzebuję, nie tracę energii. Ważę tyle, ile ważyłem w ogólniaku, także wagę trzymam, ale to żadna moja zasługa, raczej geny. No więc w lecie nie jem mięsa, ale mój weganizm kończy się na marchewkach, kalafiorkach i ogórku małosolnym.

Powiedział pan, że sporo się ostatnio zmieniło, ale chyba jedno zostało po staremu - nadal najwyższą wartością jest dla pana wolność.

- Moja wolność zawsze była bardzo dziwna. Nie wiem, czy w ogóle dobrze rozumiem to pojęcie. Natrafiamy na świat pełen ograniczeń, przeciw którym się buntujemy, a jednocześnie folgując sobie, czasami wpędzamy się w kłopoty. Więc wolność - tak. Ale zawsze miałem poczucie, że są obszary, w których muszę pilnować rygorów. Zawieszać wolność. Oczywiście rygory te dotyczą tylko mnie, nie przenoszę ich na innych. Dlatego też nie kontaktuję się z ludźmi, bo zazwyczaj wyznają inne ideały, co prowadzi do konfliktów, a tych nie lubię.

Napisałem nawet kiedyś taką piosenkę, która była źle odczytywana - "Niewole". Wierzę, że czasem zniewolenie powoduje postęp. W moim wypadku, mówiąc młodzieżowym językiem, zawsze się doginałem. Wymyślałem sobie jakiś problem z kategorii problemów dla dżentelmenów, czyli nierozwiązalnych, i przewalczanie ich sprawiało mi wielką frajdę. Bardzo długo pilnowałem, żeby tak było. A w tej chwili... W tej chwili kupuję sobie skarpetki w supermarkecie, gubiąc się w deseniach. Potrafię kupić sobie coś dobrego do jedzenia, jakieś witaminki, co kiedyś było nie do pomyślenia. Doszedłem do wniosku, że może nadszedł czas, żeby zwolnić się z obowiązku ascezy, z którą było mi zresztą przez całe lata bardzo dobrze.

Nie lubi pan koncertować, ale na Męskim Graniu - nie po raz pierwszy - pan zagra.

- Graliśmy dla Żywca jeszcze wtedy, kiedy nie było Męskiego Grania. Byłem zdziwiony, że zespół o takim profilu, wykonujący taką muzykę, został zaproszony na taką imprezę. Zawsze podobało mi się, jak jej twórcy dbają o jakość dźwięku, o organizację. Zapraszali mnie, bo chyba mnie lubili, a ja lubiłem ich. W tym roku jest podobnie. Może chcą mnie zdopingować, żebym nagrał nową płytę.



Wojciech Waglewski i Lech Janerka podczas trasy Męskie Granie 2011/fot. Mieczysław Michalak

Jak się pan czuje, występując na jednej scenie z dorosłymi już synami swojego przyjaciela?

- Śledziłem karierę Fisza i Emade, pamiętam ich początki. Kiedy się poznawaliśmy, zachwycali się moimi trampkami. Mam brata w Stanach, który przysłał mi jakieś pepegi. Okazało się, że są to buty dla gości jeżdżących na skateboardzie. Fiszowi i Emade bardzo się one podobały.

Trochę zazdroszczę Wojtkowi (Waglewskiemu - red.). Moje córki mają słuch i są muzykalne, ale nigdy nie zainteresowały się występami publicznymi. Fisz pisze bardzo dobre teksty. To teksty specyficznego człowieka, który z jednej strony jest atakowany modami, a jednocześnie potrafi zachować swoją autonomiczność i bardzo to cenię. Chyba bliższe mi są zresztą teksty Fisza niż Wojtka Waglewskiego. Jego zmysł obserwacji i wartościowania też bardziej mi odpowiada. Z kolei brat Fisza, Emade, świetnie słyszy, potrafi inteligentnie grać na bębnie, produkować.

Pewnie ma już pan serdecznie dość pytań o nową płytę.

- Trzy lata temu zacna wytwórnia płytowa - jedna, druga, może nawet i trzecia - zapewniła mnie, że jest w stanie sfinansować pracę nad albumem. Ale ja nie przyjmuję zaliczek.

Szczerze mówiąc, nie czuję się dobrze, grając koncerty bez nowego repertuaru. Kiedyś to był warunek, a w tej chwili... Może tak to właśnie wygląda, kiedy wejdzie się w pewien wiek. Ale z drugiej strony jestem fanem McCartneya, a sir McCartney nagrywa płyty, ciągle występuje, gra dwugodzinne koncerty, a jest dziewięć lat starszy ode mnie. No więc lekką gulę mi przyprawia.

Nie chcę stworzyć arcydzieła. Ta muzyka, którą napisaliśmy, nie jest jakąś tam sensacją. Jest zgodna z tym, co odczuwam - nie potrafię jednak tego opisać słowem. Być może to jest koniec. Zacząłem robić muzykę bardzo naturalnie, to była wielka frajda, wszystko odbywało się bezboleśnie - poza wykonawstwem, którego nienawidzę i do którego nie mam predyspozycji. Byłem człowiekiem, który tworzył dziwne opowieści, miał nieziemskie pomysły i lubił o tym mówić, może bardziej do siebie, niż do ludzi. A w tej chwili zrobiłem się jakiś taki wyciszony.

I jeszcze ten Złoty Fryderyk, którego dostał pan niedawno za całokształt twórczości.

- No tak, wszyscy chcą mnie wykończyć. Jest coś takiego, że w pewnym momencie człowiek zaczyna być śmieszny. Kiedyś czytałem opowiadanie Cortazara o śpiewaczce operowej, która powinna zakończyć karierę trzy dekady wcześniej, a ciągle kurczowo trzymała się sceny. Często powtarzam, że dla pieniędzy i taniego poklasku zrobię wszystko, ale chyba już z tym przesadzam. Stąd pomysł, żeby powoli myśleć o zamykaniu interesu. Ale płytę chciałbym nagrać.

Od czasu naszej ostatniej rozmowy bardzo zmienił się Wrocław. Jak podoba się panu dzisiejsze miasto, pełne hipsterskich knajpek, Starbucksów, monitoringu?

- Lubię je. Miasto żyje swoim życiem, a ja swoim. Hipsterzy mogliby coś zakombinować - tak, żeby wszyscy nie przypominali talibów. Młodzież, nawet jeżeli o tym nie mówi, chciałaby, żeby się jej bano, w ten sposób tłumi własne lęki.

Każde pokolenie szuka swojej estetyki, swojego sposobu wyrazu. Pamiętam lata 70. i 80. Kiedyś odważyłem się zaprosić żonę na obiad za pierwszą pensję. Kelner na pięknej tacy przyniósł ziemniaki. Spadły mu na podłogę, pozbierał je i nam zaserwował. Kiedy indziej poszliśmy z pewną Amerykanką do ogwiazdkowanej knajpy w Warszawie. Ona jadła tylko sałatki. Kiedy poprosiliśmy o sałatkę, kelner zaczął krzyczeć: "Kurwa, to nie bar mleczny!".

No więc chyba wolę hipsterów. Ludzie są teraz milsi, przyjemniejsi, o wiele bardziej inteligentni. To, czy mają brody, czy nie mają, jest bez znaczenia.

W jednym z wywiadów przyznał pan, że wraz z samochodem, który kupił po wydaniu "Plagiatów", pojawiło się w pana życiu wino i środki nasenne. Szukał pan odskoczni od komercyjnego sukcesu, jakim okazała się płyta?

- "Plagiaty"... "Plagiaty" traktuję w kategoriach porażki. Pomijam stronę finansową, bo tu akurat nie było biedy. Tę płytę nagrałem, bo umarł Wojtek Seweryn, gitarzysta, z którym zrobiliśmy bardzo przyzwoity album "Fiu fiu...". Z tamtym składem uzyskaliśmy taką spójność i przejrzystość stylistyczną, że można było spokojnie w tej stylistyce siedzieć i ją rozwijać, na co bardzo liczyłem. Niestety, tak się nie stało.

Ja w ogóle "Plagiatów" nie chciałem nagrywać. Namówił mnie do tego Bartosz Dziedzic, który był naszym nagłośnieniowcem przez wiele, wiele lat, a potem pomagał nam przy produkcji "Fiu fiu...". Kiedyś powiedział: "Dawaj te piosenki, które śpiewasz po obiedzie, jak masz dobry nastrój, ja to wyprodukuję, zabłysnę, a ty będziesz miał pieniądze". Kazałem stuknąć mu się w głowę, ale z drugiej strony... Śpiewam po obiedzie? Śpiewam. Czyli to też jest Janerka. Więc mówię: "Dobra, róbmy to". No i zrobiliśmy.

Głównym argumentem Bartka było: "Lubisz Beatlesów?". Nie mogłem powiedzieć, że nie. Na co on: "Oni robili przeróżne rzeczy, od ponurawych do bardzo wesołych, i za to ich kochasz. Ty też masz różne oblicza. Zrób lżejsze piosenki, które dla ciebie może niewiele znaczą, ale ludziom się podobają, bo są pogodne". A dla mnie to jest właśnie wartość, że ktoś jest pogodny, nie daje się zagryźć, zaszczuć, od czasu do czasu ma nastrój fry-wol-ny.



Lech Janerka podczas koncertu, który odbył się w 2011 roku w Amfiteatrze pod Grojcem, fot. Tomasz Fritz

Uciekł pan zgrabnie od odpowiedzi na pytanie o auto. I wino. I o środki nasenne.

- Już opowiadam, jak to było. Do pięćdziesiątego piątego roku nie piłem alkoholu, co nie znaczy, że nie eksperymentowałem. Eksperymentowałem, na przykład z marihuaną. Mogę opowiedzieć, bo to zabawne.

Poproszę.

- Klaus Mitffoch, koncert w Indeksie. Skończyły się papierosy, a jestem namiętnym palaczem. No i niejaki Kaman z Miki Mousoleum mówi: "Daj no, Lechu, lulka ci skręcę". Zrobił potężnego jointa i mówi: "Zassij i trzymaj". No to zassałem i trzymałem. I znowu: "Zassij i trzymaj". Nic nie działa. Wziąłem gitary, wsiadłem w tramwaj i do domu. Nagle jarzeniówka do mnie: "Żżżż". To ja do niej też. I się wywiązała ostra polemika, ludzie się patrzą, ale mi to jakoś nie przeszkadzało, byłem zadowolony, zapraszałem, żeby się podłączyli.

Przyjechałem do domu. Porażenie mięśni: uśmiech od ucha do ucha, oczy dzikie. W nocy - horror. Myślałem, że mi serce wybuchnie. Miotałem się, fatalnie czułem się przez dwa dni, myślałem, że umrę. No i po jakimś tam czasie spotykam Kamana. Pyta: "I jak?". Więc mu wszystko opowiedziałem. "Aaa, bo ty jesteś zły człowiek. Na dobrych ludzi trawa działa dobrze. Na złych źle". No więc dzięki ''maryśce'' dowiedziałem się, że jestem złym człowiekiem.

A jeżeli chodzi o samochód... Występowaliśmy w Londynie, zaraz po nagraniu "Plagiatów". I miałem takie porażenie, że w trakcie gry przestałem czuć dwa palce w lewej ręce, tej, którą operuję na gryfie. Grałem więc tymi dwoma, które pozostały, ale one też odmówiły posłuszeństwa, więc grałem kciukiem. Gitarzysta, jak to zobaczył, to zeza rozbieżnego zrobił. Na końcu cała ręka mi opadła i zaczęła latać. Wszyscy myśleli, że to choreografia, a ja musiałem przerwać koncert.

No więc jak już byliśmy w tym Londynie, Bożena zobaczyła nowe Mini. Ja w ogóle nie zwracałem uwagi na auta, bo nie były mi do niczego potrzebne, a ona: "O, jakie ładne to Mini! Ojojoj! Kup mi takie!". Więc mówię: "No dobra, jak można je dostać we Wrocławiu...".

Żona miała prawo jazdy, tak?

- Nie, też nie miała.

Już we Wrocławiu wziąłem futerał, wiolonczelę, pojechaliśmy do salonu. Kazaliśmy bagażnik otworzyć, położyli nam siedzenia, wepchnęliśmy wiolonczelę, futerał z basem - wchodzi. Patrzyli się na nas jak na idiotów (śmiech). No, ale klapa się zatrzasnęła, czyli auto się nadawało, więc powiedziałem: "Poproszę". No i kupiłem samochód, nie mając prawa jazdy. Myślałem, że Bożena zrobi. No, ale Bożena ma jakieś tam zaburzenia równowagi, więc poszedłem na kurs i zaczęliśmy jeździć.

A wino?

- Zawód muzyka koncertującego i nagrywającego płyty jest stresujący. Kiedyś świetnie sobie ze stresem radziłem, ale w momencie, kiedy nagrywałem "Plagiaty", miałem pięćdziesiąt dwa lata. Coś niedobrego zaczęło się dziać z przemianą materii, pojawiły się inne dolegliwości.

Miałem kolegę w Paryżu, który po tym, kiedy dostałem Fryderyki za "Plagiaty", przysłał mi dwa kartony wina z gratulacjami. Jeden od razu oddałem znajomym, drugi stał u mnie w kuchni przez pół roku. W końcu sobie pomyślałem: "Cholera, fajne nalepki, pewnie słodkie, spróbuję" (śmiech). Otwarłem butelkę przy obiedzie i okazało się, że wino dopełnia wspaniale jedzenie, nagle wróciła mi przemiana materii. Wytrąbiłem cały karton i zacząłem wina kupować. A ponieważ nie mogłem spać po koncertach, brałem też środki nasenne.

Po jakimś tam czasie przyjechała córka z Anglii. Mieliśmy bardzo miły wieczór, wypiłem kieliszek wina, wziąłem tabletkę i poszedłem spać. Na drugi dzień budzę się, a moje kobiety opowiadają mi, że wstałem w nocy, zacząłem snuć jakieś przedziwne opowieści, miałem dziki wzrok. Od razu zapytałem, czy im coś zrobiłem - na szczęście nie; było kulturalnie, aczkolwiek - dla nich - szokująco. Myślałem, że konfabulują, ale miny miały nietęgie. Uwierzyłem i odstawiłem środki nasenne, odstawiłem wina.

Ta mieszanka długo sprawiała, że bardzo dobrze się czułem. Dobrze, ale bezmyślnie. Wstawałem rano i zastanawiałem się, jaka potrawa mogłaby pasować do wina, to był jedyny interesujący mnie temat. Wieczorem siadałem przed telewizorem i tak mi zlatywało. W którymś momencie jeden z przyjaciół powiedział mi nawet, że jestem alkoholikiem. Zaprzeczyłem, więc poprosił, żebym przez tydzień nie pił. Akurat padało, nie chciało mi się iść na pompę (stacja benzynowa po drugiej stronie ulicy - red.), i faktycznie przez jakieś dwa tygodnie wina w ogóle nie kupowałem. Było to bardzo pocieszające, szybko doszedłem więc do wniosku, że alkoholikiem nie jestem, i dalej polewałem sobie do obiadku.

To był pozytywny, ale jednak letarg. Do momentu, kiedy zaczęliśmy nagrywać nową płytę, wszystko jakoś się kleiło. Ale kiedy zacząłem myśleć o tekstach, to się okazało, że mam dziurę w głowie. Zacząłem rozwiązywać krzyżówki, żeby sobie wyrazy poprzypominać. Dramat miałem taki, że czytałem gazetę i nie rozumiałem, co czytam. Byłem bardzo zmęczony i nie potrafiłem zasnąć. Znalazłem się w jakiejś złowrogiej pętli. Wtedy ktoś podsunął mi Prozac. Pomogło. Po tygodniu znowu mogłem spać, gazetę byłem w stanie przeczytać nawet od tyłu.

W tej chwili próbuję funkcjonować na takich zasadach, na jakich kiedyś funkcjonował mój organizm. Nie liczę na to, że będę komunikował się z jarzeniówką na wysokim poziomie metafizycznym, chcę tylko coś tam ogarniać. Może zacznę chłonąć świat, przyswajać to, co dzieje się we mnie.

Był taki moment, w którym rzeczywistość zupełnie pana przygniotła?

- Byłem dzielny, przewalczałem wszystko. W stanach, kiedy jest naprawdę źle, zawsze można coś tam sobie wymyślić, znaleźć jakąś drogę wyjścia, i bardzo długo mi się to udawało. Ale biochemii się nie przewalczy. Nie można jej sobie wytłumaczyć. Próbowałem oczywiście robić jakieś ćwiczenia, próbowałem się odciążać. Ponieważ wykonuję zawód, którego nie muszę wykonywać, zawiesiłem na trochę działalność. Ale na nic się to nie zdało. Operacja, którą na pewnym etapie przeszedłem, psychiczny uraz, jakim była śmierć mojej mamy, to były poważne traumy, które gdzieś tam zakłóciły biochemię.

No więc piguły, piguły, no! Prozac i już. Ucieczka w alkohol jest słabym pomysłem. Ucieczka w środki nasenne trochę mi pomagała, ale organizm domagał się dopieszczania codziennie, i robił się kłopot . Przymulony człowiek czuje się fajnie ze swoim mózgiem, ale przestaje ten mózg czuć i z niego konstruktywnie korzystać.

Co tam! Było, minęło, i teraz gram kolejny koncert w doborowym towarzystwie, który - mam nadzieję - jeszcze coś będzie oznaczał.

Lech Janerka. Rocznik 1953, urodzony we Wrocławiu. Jeden z najbardziej cenionych polskich muzyków rockowych. W latach 80. był liderem grupy Klaus Mitffoch, po jej rozpadzie rozpoczął karierę solową, którą - wraz z żoną Bożeną, wiolonczelistką - z powodzeniem kontynuuje do tej pory. Ma na koncie takie przeboje jak "Jezu, jak się cieszę", "Konstytucje", "Niewole" czy "Rower". Niedawno dostał Złotego Fryderyka za całokształt twórczości.

Stwórz własną zwrotkę singla "Armaty", którą zaśpiewają artyści Męskiego Grania >>

Więcej informacji na temat trasy Męskie Granie 2015 w naszym serwisie specjalnym.

Więcej o:
Komentarze (3)
Lech Janerka: Nie mam kontaktu z rzeczywistością. Skapcaniałem. W tym roku próbuję postawić się na nogi [MĘSKIE GRANIE 2015]
Zaloguj się
  • felicjan.dulski

    Oceniono 11 razy 9

    Czas płynie nieubłaganie, czas wszystko zmienia. Czy tylko ja jeden (no w przenośni) przeczytałem ten artykuł i wiem czego i KOGO dotyczy? Na to wygląda. Dla współczesnych Lechu jakby nie istniał. Hasło: Wstawać i pracować, i mieć nie bardzo mogę, nie bardzo chcę nic nie znaczy. Dla mnie ten czas nadchodzi, gdy nie będę musiał wstawać na budzik. A matura w trójce to dopiero 43 lata temu, profesor Bednarek (niestety śp.) i inni. Tak, czas to czwarty wymiar.

  • felicjan.dulski

    Oceniono 1 raz -1

    Albo... albo Mikołaj Siroda?

  • felicjan.dulski

    Oceniono 3 razy -1

    Jarosław Tywątroba.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX