Fot. Franciszek Mazur / Agencja GazetaPamiątki po Krzysztofie Komedzie
Ta historia skończyła się na skarpie w Los Angeles, w wyniku niewinnej przyjacielskiej przepychanki. Poprzedziło ją jednak setki jazzowych melodii "lekarza dusz", które pamiętamy głównie z najsłynniejszych filmów Romana Polańskiego. Ale wszystko zaczęło się w latach 50.
Fot. Wojciech Plewinski/FORUM Wojciech Plewinski/FORUM
Nikt nie wie kiedy i gdzie dokładnie spotkali się jazzman Krzysztof Komeda i młody reżyser Roman Polański. Wiadomo, że owocem ich spotkania była muzyka do przedziwnej etiudy filmowej "Dwóch ludzi z szafą". A potem wiele niesamowitych melodii do wspólnych przedsięwzięć, wśród których "Kołysanka" z "Dziecka Rosemary" (1968) zapisała się jako jedna z najbardziej znanych motywów muzycznych w historii kina.
Jednak gdy Polański spotkał Komedę, ten był zakochanym w jazzie lekarzem laryngologiem. Wiele lat później powie: - Nazywają mnie muzykiem filmowym, a ja jestem przede wszystkim jazzmanem. Bo od nieśmiało rozbujanej Warszawy lat 50. wszystko się zaczęło.
Szlaban na jazz
Lata 50. XX wieku nie były łatwe dla artystów. Po krótkim okresie wolności umysłów, napływie amerykańskiej "szokującej" i wyzwolonej kultury, naglę wszystko zniknęło. Z ekranów kin zeszły amerykańskie produkcje filmowe, płyty z nowoczesną muzyką przestały być dostępne, "złe" książki o liberalnym wydźwięku zniknęły z bibliotek. Władze zrobiły wszystko, aby to nowa socjalistyczna myśl zawładnęła ludzkimi umysłami. I jak to w historii bywa - ludzki bunt natychmiast zaczął szukać ścieżki ujścia. I znalazł, bo co mogło być lepszego, niż odkryty w poprzedniej dekadzie jazz, z jego zmiennym tempem, improwizacjami, wariacjami, niespodziankami instrumentalnymi.
W roku 1949 na zjeździe polskich kompozytorów okrzyknięto jazz muzyką burżuazyjną i niepoprawną politycznie. Nie trzeba było długo czekać na to, aby pojawiła się formacja muzyczna, która na przekór władzy, a ku pokrzepieniu serc i umysłów zacznie grać tę pożądaną muzykę.
Jazzowe prywatki
I tak na przełomie dekad pojawił się jazzowy zespół, który karierę rozpoczął od grania w prywatnych mieszkaniach, na kameralnych imprezach przy użyciu pożyczanych instrumentów. Mowa Melomanach, w której skład weszły nazwiska, które później przeszły do historii polskiego jazzu, ale i światowej muzyki. Pierwszy front zespołu tworzyli bowiem Duduś Matuszkiewicz, Andrzej Trzaskowski, a także miły i spokojny chłopak, student medycyny - Krzysztof Komeda.
Muzykę, którą grali, ciężko byłoby dziś sklasyfikować przy użyciu jazzowych terminów. Chłopcy byli odcięci od światowych źródeł, pozwalających liznąć nieco potrzebnej w temacie wiedzy. Nie zdawało to jednak stanowić najmniejszego problemu dla ich fanów, którzy wartości dopatrywali się raczej w fakcie, iż zespół był "ich", był po ich stronie, stanowił swingujący głos pokolenia, które swój dorosły czas rozpoczynało w roku 1956, po śmierci Bieruta.
Pierwsza fala
Wraz z postępującą destalinizacją, podnosił się dotychczasowy szlaban na jazz. Coraz częściej pojawiał on się w mediach, coraz częściej stawał się przedmiotem dyskusji, a przede wszystkim - wreszcie był grany. Pierwszy polski, legalny festiwal jazzowy odbył się 1 listopada 1954 roku w Krakowie. Jednak dla rodzimej sceny jazzowej istotniejsze wydarzenia miały miejsce dopiero dwa lata później w Sopocie. Tam odbył się pierwszy oficjalny festiwal, wśród gwiazd którego skupili się wszyscy przedstawiciele, mający wpływ na kształtowanie się tzw. pierwszej fali polskiego jazzu , niosącej ludziom tak przecież potrzebny powiew wolności.
Jazz pełnił jeszcze jedną istotną rolę - otwierał ludzi nawzajem. Do tej pory bowiem historia uczyła ich wzajemnej wrogości, nieufności i obojętności. Wspólna zabawa festiwalowa stała się więc pierwszym prawdziwym poletkiem, na którym mogli sobie podać ręce, solidaryzować się ze sobą, nawiązać kontakt. Po pierwszym występie publiczność oszalała. Jazz przestał być tabu, w tej jednej chwili władza przestała się liczyć. W powietrzu nad Sopotem unosiło się tylko słowo JAZZ.
Zanim zabłysły gwiazy
Pomagali im w tym m.in. Melomani, Zygmunt Wichary i Andrzej Kurylewicz wraz ze swoimi zespołami, czechosłowacki zespół Kamila Hali, angielski skład pod przewodnictwem Dave'a Burmana, a także pierwszy polski zespół, specjalizujący się w tzw. modern jazzie - Komeda Sextet. W jego skład, oczywiście poza Krzysztofem Komedą, grającym na pianinie, wchodzili: Jerzy Milian - wibrafon, Stanisław Pludra - saksofon altowy, Jan "Ptaszyn" Wróblewski grający na saksofonie basowym, Józef Stolarz za basem i Jan Zylbert - perkusja. Na przełomie lat i dekad, każde z tych nazwisk stało się głośne.
Początki nie były jednak tak całkiem różowe. Od razu wiadomym było, iż to właśnie Krzysztof Trzciński Komeda zostanie najjaśniejszą gwiazdą - działo się tak nie tylko za sprawą muzyki, którą grał, ale przede wszystkim z uwagi na osobowość, jaką Komeda niewątpliwie był. Jego koledzy z sekstetu wspominają go jako świetnego kumpla, który wieczorami zasiadał do pianina w odwiedzanych przez nich knajpkach. Pamiętać trzeba jednak, iż muzyka, jaką oferował, była niszowa. Nazbyt niszowa, by zagwarantować zespołowi popularność. Sięgnęli więc po sprawdzony, uwielbiany rock. I choć tworzyli go razem, przyjmując na tę okazję ekscentryczne pseudonimy, to właśnie Komeda vel Grepsor wzbudzał największe emocje. Dopiero sopocki festiwal otworzył ludziom uszy na muzykę, w której muzycy odnajdywali się najlepiej.
Na przełomie lat 50. i 60. wrota światowej kariery otworzyło Krzysztofowi spotkanie ze studentem łódzkiej Filmówki - Romanem Polańskim. To za jego sporawą nazwisko Christopher Komeda pojawiło się na ustach całego świata. Ale to już bardzo znana historia.
Hłasko wywietrzał absolutnie , tak jak Tyrmand , taka ich "sztuka".
stedo
0
@unhappy
Chłopcy wracali z męskiej popijawy, na sporym rauszu.Po przyjacielsku popychali się idąc ulicą w LA wzdłuż skarpy. W pewnym momencie Krzysztof zachwiał się/ jedną nogę miał krótszą, słabszą, trochę utykał/ i zaczął turlać się w dół skarpy. Hłasko zbiegł w dół za nim. Gdy dobiegł, Krzysztof leżał nieprzytomny, z raną na głowie. Po kilku tygodniach w szpitalu w LA został przewieziony do W_wy przez żonę Zofię, gdzie po kilku tygodniach zmarł. Miał krwiaka mózgu. Hłasko czuł się moralnie odpowiedzialny za tę śmierć. Kilka miesięcy potem popełnił samobójstwo. Niektórzy sądzą, że to z powodu wyrzutów sumienia. Tutaj pamiętnik jego żony Zofii Komeda- Trzcińskiej: www.jazzforum.com.pl/kzi.pdf
cornelius-ltd
0
Sprawa wypadku Komedy jest nie do konca jasna.Czy bylo to potkniecie na skarpie i uderzenie glowa w kamien,czy raczej swiadomy krok,w co nalezy raczej watpic.Hlasko przyjaznil sie z Krzysztofem.Nie zgadzam sie tez z wywietrzeniem prozy Marka.Ona jest nadal dobra.A Komeda?No coz.Nr jeden w muzyce filmowej tuz przed Kilarem.Juz nikt nigdy nie stworzyl takiego motywu,jak Dziecko Rosemary.Jest ponadczasowy ...