"Upaja niczym mojito", choć nie jest doskonały. "Miasto cudów" w polskiej telewizji [RECENZJA]

Przystojny Jeffrey Dean Morgan z byłą dziewczyną Bonda u boku, Kuba końca lat 50. ubiegłego wieku, w której do głosu dochodzą zwolennicy Fidela Castro, luksus i mafiosi niczym z "Ojca chrzestnego"... "Miasto cudów" ma wiele atutów i teoretycznie duże szanse na to, by odnieść sukces na rynku telewizyjnym. Czasami jednak okazuje się, że co za dużo, to niezdrowo. Niby wszystko jest, a czegoś brakuje.
Ostatni dzień 1958 roku. Jutro władzę na Kubie przejmie Fidel Castro. Dziś większość ludzi w Miami jeszcze nie bierze pod uwagę tej możliwości i szykuje się na sylwestrowe przyjęcia. Niektórzy będą słuchać na żywo Franka Sinatry w hotelu Miramar Playa należącym do Ike'a Evansa. To właśnie on jest głównym bohaterem "Miasta cudów", serialu amerykańskiej stacji Starz, który właśnie zadebiutował w Polsce na antenie HBO.

Duże pieniądze i gołe pupy

To opowieść o właścicielu luksusowego hotelu, który jest gotowy na wszystko, żeby go utrzymać. Nie ułatwiają tego pracownicy, którzy protestują i chcą utworzenia związków zawodowych. Ike Evans wie, że może stracić dorobek życia i doskonale zdaje sobie również sprawę z tego, że jest ktoś, kto może mu pomóc. Tym kimś jest jednak gangster, który nie zrobi tego z dobroci serca. Nie ma nic za darmo...



Coś w tym serialu jest. Może to Jeffrey Dean Morgan, który gra Ike'a? Jego mocno zarysowana szczęka, głęboki głos i oczy, z których można wyczytać zmęczenie życiem, ale potrafi się w nich pojawić figlarny błysk, który w połączeniu z jego uśmiechem robi tak duże wrażenie? A może to przepięknie wystylizowane wnętrza, dopracowana scenografia i eleganckie kostiumy bohaterów? Czy chodzi o zjawiskową urodę serialowej żony głównego bohatera, w którą wcieliła się była dziewczyna Bonda, Olga Kurylenko (w pierwszym odcinku nie miała jeszcze okazji popisać się szczególnie grą aktorską, ale zarówno Kurylenko jak i Dean Morgan już w pierwszych minutach pokazują się z gołymi pupami...)?

Być może chodzi o muzykę z tamtych lat: nieśmiertelne przeboje Franka Sinatry czy Raya Charlesa? A może o klimatyczną czołówkę, która przywodzi od razu na myśl te z filmów o agencie 007? "Miasto cudów" może się podobać, chociaż, niestety, nie jest to serial doskonały.

Nie zaskakuje, ale upaja

Pierwszy odcinek kuleje przede wszystkim pod względem dialogów. Za dużo słów, za mało znaczenia. Trochę za dużo także schematów. "W pierwszych odcinkach tak naprawdę nic nie jest w stanie widza zaskoczyć. Mimo wszystko, plenery uwodzą, czas, w którym rozgrywa się akcja jest pokazany bardzo sugestywnie, a gra aktorów jest doskonała, więc produkcja upaja niczym mocne mojito" - pisał o serialu jeden z amerykańskich dziennikarzy.

Twórcy "Miasta cudów" zdecydowanie inspirowali się zbierającym pochwały od lat "Mad Men", ale nie udało im się mu dorównać. O ile rozgrywająca się w tym samym czasie opowieść o pracownikach agencji reklamowej w Nowym Jorku z charyzmatycznym Donem Draperem na pierwszym planie już za kilka tygodni powalczy o piątą z rzędu statuetkę Emmy dla najlepszego serialu dramatycznego, "Miasto cudów" na razie ma szansę tylko na statuetkę dla najciekawszej czołówki.

Na szczęście w pierwszym odcinku na drugim planie zarysowują się dwa interesujące wątki z dorosłymi synami Ike'a. Pierwszy z chłopaków jest przez twórców określany jako ''ten dobry'' - on podkochuje się w pokojówce, z wzajemnością zresztą. To uczucie rodzi się powoli, nieśmiało. ''Tym złym'' z kolei kierują przede wszystkim pożądanie i chęć podkręcenia emocji. Kiedy w jego życiu pojawia się ekscytująca i przepiękna kobieta, namiętność wybucha. Jest tylko jeden problem - to żona gangstera, wspólnika jego ojca...

Jak potoczą się ich losy, można śledzić w każdą sobotę o 22:00 w HBO. Serial "Miasto cudów" jest także dostępny w serwisach HBO GO i HBO OD.

Więcej o: