Hudson Mohawke - didżej od zadań niemożliwych

Od wywoływania ciarek, po zawał serca. Wśród bohaterów Burn in Snow jest specjalista od elektroniki nabitej emocjami, czyli Hudson Mohawke.
Elektronika ma w sobie coś z rock'n'rolla. To muzyka napędzana w równym stopniu talentem, oryginalnymi pomysłami, co zdrową młodzieńczą butą, wyzywająca niepokornością, czy nieskażonym przychodzącym z wiekiem cynizmem i rozczarowaniem, spojrzeniem na świat. Tak jest w przypadku młodego Szkota Rossa Bircharda, znanego fanom nowoczesnej elektroniki, jako Hudson Mohawke.

Gdy miał 11 lat dostał od taty gramofony. Dwa lata później występował już w lokalnej kawiarni internetowej. A chcąc dostać się na prawdziwą imprezę, by podpatrywać prawdziwych didżejów w akcji młody Ross musiał nielegalnie wkradać się do klubów, albo znaleźć kogoś dorosłego by go wprowadził. Kilka lat później, czyli dziś uważany jest za jednego z najciekawszych graczy na scenie muzyki elektronicznej. "Jest mistrzem nagrań przekraczających bariery gatunkowe i stylistyczne. Udaje mu się to, co dla wielu jest niemożliwe, czyli połączenie w pasjonującą całość komercyjnego rapu, eksperymentalnego, elektronicznego hip hopu i brzmień rave'owych" tak pisał o muzyce Mohawke'a magazyn "Fader". Z kolei w biografii didżeja można znaleźć opinię, że Hudson Mohawke to " prawdziwie współczesny artysta stojący w pierwszym rzędzie hiphopowych producentów, czerpiący natchnienie z gwiazd popu i soulu, z twórczości takich geniuszy, jak Quincy Jones".



Nie przekroczywszy jeszcze progu trzydziestu lat (dwa dni po występie, na Burn in Snow, 11 lutego będzie obchodził swoje 27 urodziny) Ross Birchard już może pochwalić się nagrywaniem dla cenionej wytwórni WARP czy współpracą z Kaney Westem, Chrisem Brownem czy Azealią Banks. Jeśli do tych zasług dodać fakt, że Hudson Mohwake jest jednym z najbardziej pożądanych autorów remiksów (remiksował np. kompozycje Bjork), współtworzy też z innym uberproducentem Lunicem projekt TNGHT, jeden z gorętszych duetów zeszłego roku. TNGHT na żywo debiutowali podczas zeszłorocznej edycji festowalu SXSW i jak pisał w recenzji portal Pitchfork, poziom basów, jaki ta dwójka generowała przyprawiał imprezowiczów o zawał serca. To opinia tyleż zasłużona, co zabawna, bo jak sam artysta przyznał w wywiadzie dla Guardiana: - Nigdy nie chciałem komponować muzyki, która sprawdzałaby się wyłącznie w klubie. Tak naprawdę nietrudno jest nagrać coś, co wywoła euforię w tłumie ludzi. Ważniejsze dla mnie zawsze było stworzenie czegoś, czego dałoby się słuchać w ciemnym pokoju ze słuchawkami na uszach. Czegoś niesłychanie emocjonalnego, melodii, a nie tylko basowego rytmu. Może zabrzmi to głupio, ale ja naprawdę staram się nagrywać muzykę, która wywoła u was ciarki.

W Polsce fani mogli już podziwiać Hudsona m.in. na katowickim festiwalu Tauron Nowa Muzyka czy w warszawskim klubie 1500m2.

Więcej o: