"Wonderstruck": z takiej perspektywy Nowego Jorku jeszcze nie widzieliście

Jeden z najbardziej oryginalnych hollywoodzkich reżyserów znalazł niezwykłą formę, żeby zekranizować popularną nowojorską powieść "Wonderstruck".

Jedną z najbardziej oczekiwanych premier tegorocznego New York Film Festival był film Todda Haynesa, reżysera znanego z oryginalnych pomysłów i ekranowych wycieczek w przeszłość. "Wonderstruck", ekranizacja popularnej w USA powieści Briana Selznicka, w pełni potwierdza taką opinię o tym twórcy, będąc jednocześnie świetnym dowodem jego oryginalności i potężnej wyobraźni.

Formalna karuzela

Najnowszy film Haynesa to jeden z najbardziej ambitnych, oryginalnych i różnorodnych pod względem formalnym projektów filmowych w ostatnim czasie. Reżyser odchodzi bardzo daleko od estetycznej powściągliwości swego najbardziej cenionego dzieła, filmu "Carol" sprzed dwóch lat i zaprasza widza na prawdziwą formalną karuzelę. Z jednej strony prezentuje więc psychologiczno-społeczny dramat, dziejący się na amerykańskiej prowincji w latach 70-tych, w którym mały realizm zderza się z onirycznymi i lirycznymi scenami. Z drugiej: zaprasza widza na wycieczkę do przeszłości kinematografii - sekwencje dziejące się w latach 20-tych to odwzorowanie ówczesnej techniki: są nieme, czarno-białe i oparte na charakterystycznej dla tamtych czasów aktorskiej nadekspresji. Mało tego, Heynes wchodzi w tę konwencję jeszcze głębiej, umieszczając w strukturze swego filmu, fikcyjny filmowy przebój 1927 roku, który sam nakręcił zgodnie z ówczesną stylistyką i technologią.

Kiedy "Wonderstruck" zmierza do końca i widzowi wydaje się, że już w pełni rozpoznał grę Heynesa, reżyser wyciąga z rękawa jeszcze jedną zaskakującą kartę. Wyjaśnienie całej historii przedstawia w formie nietypowej, kukiełkowej, "domowej" animacji z papier-mâché, trochę podobnej do tych, w jakich do tej pory w kinie specjalizował się przede wszystkim Michel Gondry.

Sami w Nowym Jorku

Cała ta formalna układanka, która początkowo może sprawiać wrażenie przesytu i nadmiaru, jest narzędziem, za pomocą którego Haynes opowiada dwie paralelne i zazębiające się ze sobą historie. Ich bohaterami są małe dzieci zagubione w Nowym Jorku, a jednocześnie zauroczone jego - niezmienną niezależnie od epoki - energią, żywotnością, a nawet swego rodzaju frenetyzmem. Najnowszego dzieła Heynesa nie można w związku z tym nie rozpatrywać także jako hołdu dla Nowego Jorku i jego ikonicznych instytucji, takich jak np. Muzeum Historii Naturalnej.

- Wiedziałem, że ten scenariusz będzie świetną okazją, żeby pokazać piękno tego miasta i jego historii, zaznaczyć mnogość opowieści, które się z nim wiążą i się w nim dzieją - opowiadał Heynes. - Posłużyło mi to do przekazania refleksji nad czasem i o tym, jak instytucje takie jak muzea, potrafią pokazywać ciągłość czasu i przestrzeni.

Grać nie słysząc

Ważnym elementem tej historii jest także doświadczenie bycia osobą niesłyszącą: Haynes w bardzo ciekawy sposób rozgrywa na ekranie ograniczenia i specyfikę tego stanu, łącząc w poszczególnych scenach takie elementy jak rozmowy w języku migowym, pisanie wiadomości na kartkach, specyficzną formułę kina niemego, a czasem po prostu momenty kompletnej ciszy. Bardzo istotne znaczenie ma w tym kontekście decyzja o obsadzeniu w jednej z głównych dziecięcych ról Millicent Simmonds, dziewczynki, która rzeczywiście jest niesłysząca.

- Granie tej postaci było dla mnie oczywiście łatwiejsze, dzięki temu że świetnie znam doświadczenie bycia osobą niesłysząca - opowiadała na konferencji. - Dzięki temu mogłam nawet pomagać aktorom, którzy musieli udawać ten stan.

Więcej o: