Grinch chce ukraść Święta. Na pewno uda mu się skraść serca dzieci i ich rodziców

Już 30 listopada trafi na ekrany polskich kin świąteczna animacja prosto od twórców uwielbianych przez dzieci "Minionków". "Grinch" to nowy film na podstawie kultowej książki dla dzieci, która wychowała całe pokolenia małych Amerykanów. Teraz zieloną marudę mogą polubić także polskie dzieci.

Studio Illumination, które stworzyło takie przeboje jak "Minionki", "Jak ukraść Księżyc", "Sing" czy "Sekretne życie zwierzaków domowych", niewątpliwie po raz kolejny wyprodukowało film, który zyska dużą sympatię widzów - tych dużych, a zwłaszcza tych małych. "Grinch" to w istocie ciepła, świąteczna komedia z niegłupim przesłaniem. Każdy rodzic może ze spokojem udać się do kina ze swoim smykiem, nikt się nudzić nie będzie. Film choć jest sentymentalny, to jednak nie pozbawiony też charakterystycznego poczucia humoru.

Grinch będzie kraść Święta

Grinch to w Ameryce postać już kultowa. To bohater wydanej w 1957 roku książki napisanej i zilustrowanej przez Dr. Seussa. Od tego czasu zielony i marudny stwór, który naprawdę nie cierpi Gwiazdki, na stałe wpisał się w historię popkultury. Na podstawie jego historii powstał animowany serial i aktorski film z udziałem Jima Careya. Teraz za tę opowieść wzięło się Studio Illumination i nadało jej nowe życie. 

 

Żeby zrozumieć fenomen zielonego stwora, trzeba wiedzieć, że to postać raczej cyniczna, taki prototypowy antybohater posługujący się sarkastycznym poczuciem humoru z absolutnie odwróconą hierarchią wartości.

Jako jedyny mieszkaniec Ktosiowa, absolutnie nie cierpi świąt i wszystkiego, co się z nimi wiąże. Prezentów, wypieków, dekoracji, choinek, kolęd i szczęśliwych Ktosiów. Mieszka sam w oddalonej od miasta pieczarze ze swoim pieskiem Maksem i jak może, unika wszelkiego towarzystwa. Pewnego roku huczne przygotowania świąteczne przytłaczają go tak bardzo, że postanawia całemu miasteczku skraść te święta, włamując się do domów, by usunąć z nich dekoracje oraz prezenty. Tyle z teoretycznego wprowadzenia do historii. 

Fabuła nie jest może zaskakująca, ale historia jest poprowadzona płynnie, tak jak się opowiada bajkę. Ba, właśnie dla zachowania baśniowego charakteru tej opowieści zwprowadzono narratora, który nie tylko wprowadza do historii, ale też tłumaczy zachowanie bohaterów. W polskiej wersji w tej roli wystąpił niewątpliwie znany ze słyszenia fanom filmów o minionkach Marek Robaczewski. To on jest polskim głosem Gru, co dzieciom zapoznanym z serią o żółtych stworkach powinno kojarzyć się miło.

Pan Marek ciepłym głosem prowadzi przez meandry świątecznej przypowieści, a Jarosław Bobrek jako Grinch, bez zaskoczeń, radzi sobie doskonale. Akcja zaś toczy się na tyle gładko, że nikt nie ma prawa czuć się znudzony czy znużony. Tym razem usłyszmy dużo mniej postmodernistycznych żartów, skierowanych do dorosłych, ale to doskonale wynagradzają komediowe epizody, czy to bohaterów zwierzęcych, czy  Grincha. 

Sam Grinch jest też odpowiednio zabawny w całej swojej namiętnej kontestacji rzeczywistości, depresyjny, choć ciągle na swój sposób dowcipny. Nie jest też zupełnie jednowymiarowy i wkurzony bez powodu. To oczywiście bohater po przejściach - ale takich wszyscy najbardziej lubimy, czyż nie? Dlatego nie mam wątpliwości, że dzieciaki go pokochają, a dorośli doskonale zrozumieją i docenią.  

Na pewno tym razem nie dostaniemy filmu rewolucyjnego w swojej formie, ale nie o to twórcom raczej chodziło. "Grinch" to zabawna, ale przemożnie sentymentalna historia, która nie męczy swoim dydaktycznym wydźwiękiem. Raczej z gracją wprowadza w świąteczny nastrój. Ja z kina wyszłam z uśmiechem. 

Mogę jeszcze dodać, że na to wszystko miło się po prostu patrzyło. Graficy i projektanci dobrze się zabrali do budowania warstwy wizualnej - wszystkie plany są ciekawe, odpowiednio "bajkowe", a przy okazji też zachowują taką miłą dla oka realność. Słowem, warto to zobaczyć z dzieckiem.