"Na fali" to taki "Big Lebowski" tylko o surfujących pingwinach. A Dorociński tak pięknie fałszuje. Polecamy!

Są takie animacje, które moim zdaniem są świetnymi filmami - dowcipnymi, inteligentnymi, fantastycznie zrobionymi, a mało kto je kojarzy lub myśli, że to zwykła bajka. Bo kto wie, że "Na fali" to taka animowana wersja "Big Lebowskiego" tylko o surfujących pingwinach? I do tego pysznie pastiszuje amerykańskie filmy dokumentalne! Takich filmów jest więcej - przy czym dobrze zrobiony dubbing to tylko jeden z elementów układanki.

Jako starsza siostra posiadająca rodzeństwo młodsze nawet 20 lat niejednokrotnie miałam okazję się przekonać, że dzieciaki mają obsesyjną tendencję do oglądania tego samego filmu w kółko. Niektóre z nich są tak dramatyczne, że skóra cierpnie i człowiek ma ochotę wyłączyć prąd na całym osiedlu, byleby nie musieć oglądać tego draństwa i uniknąć awantury. Ale są też takie animacje, które się ogląda z niekłamaną przyjemnością. Mam taką listę filmów, które nie tylko miło mnie zaskoczyły, ale które też szczerze polubiłam i gorąco mogę polecić każdemu.

Animacje dla dzieci, które warto obejrzeć choćby tylko dla dubbingu

Twórcy animacji dla dzieci już lata temu przyzwyczaili nas do tego, że ich filmy tak naprawdę nie są tylko dla dzieci. W filmach takich jak "Shrek", "Kung Fu Panda" czy "Potwory i spółka" pełno jest żartów, których dzieciaki nie mają szansy zrozumieć. Z różnych względów - czasem chodzi o nawiązania do znanych programów telewizyjnych, cytaty z filmów czy znanych postaci, różnego rodzaju podteksty i parodiowanie innych gatunków filmowych. Dorosły, oglądający z dzieciakiem taki film, ma sporo frajdy.

Jeśli w animacji nie ma dobrej ścieżki dźwiękowej, nie ma szans, żeby widzowie - mali i duzi - taką produkcję polubili. Mówię tu zarówno o aktorskim dubbingu, jak i odpowiednio dobranych piosenkach. To taka wisienka na torcie, która przeważa o losie pozostałych elementów. Choćby bazując tylko na tych kryteriach, w mojej osobistej czołówce najlepszych animacji ostatnich lat znajdują się: "Na fali", "Megamocny", "Jak wytresować smoka", "Wallace i Gromit: Klątwa królika", "Wallace i Gromit: Kwestia tycia i śmierci", "Minionki", "Samoloty", "Krudowie" (ale absolutnie bez polskiego dubbingu - tu trzeba posłuchać Nicolasa Cage'a i Ryana Reynoldsa!), "Zaplątani", "Merida Waleczna", "Ralph Demolka", "Iniemamocni" (1 i 2),"Potwory i spółka", "Piorun", "Zwierzogród", "Vaina", a nawet "Gnomeo i Julia" i "Strażnicy marzeń". Już tłumaczę dlaczego.

Każdy z tych wymienionych filmów widziałam wielokrotnie. Ponieważ lista jest całkiem długa, skupię się na tych, które moim zdaniem są nieco mniej znane, a posiadają liczne walory i naprawdę warto je zobaczyć. 

Zacznijmy od "Na fali". To film o surfujących pingwinach, który do kin trafił w 2007 roku. Moim zdaniem jest fantastyczny, jak i zapomniany. Kilka słów o fabule: Nastoletni pingwin Cody mieszka z matką i bratem w zimnych Dreszczydołach. Cała pingwinia społeczność zajmuje się tam sortowaniem dorszy, Cody jednak woli surfować, przez co czuje się niezrozumiany i traktowany jest jak outsider. Pewnego dnia zjawia się u niego ekipa filmowa i postanawia nakręcić o nim film dokumentalny, albowiem Cody dostaje się do eliminacji w światowych zawodach surfingu na wsypie Pingu.

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Na fali' /prod. Sony / 2007

Po drodze poznaje wyluzowanego kurczaka Joe, a na wyspie poznaje miłość swojego życia ratowniczkę Lani i niejakiego Dziwka. Dziwak od lat żyje na opuszczonej plaży i z prawie nikim nie rozmawia. Cody trafia do niego po wypadku na desce. Okazuje się, że jednak nie umie najlepiej surfować, w czym Dziwak może mu pomóc. Panowie spędzają razem sporo czasu, a przy okazji na jaw wychodzi wielka tajemnica z przeszłości.

Dlaczego warto to zobaczyć? Po pierwsze, "Na fali" w prześmieszny sposób udaje, że jest typowym amerykańskim filmem dokumentalnym, w którym ekipa filmowa śledzi każdy krok głównego bohatera. W różnych momentach poszczególne postaci wypowiadają się wprost do kamery, opowiadając o sobie lub komentują ostatnie wydarzenia. Efekt jest absurdalny. Nie brakuje też postmodernistycznych żartów i czarnego humoru - szczególnie zapada w pamięć moment, kiedy kurczak Joe mówi, że nigdy nie poznał swojego ojca, a na ekranie widzimy kubełek jak z KFC z podpisem "Kurczak Bob, zestaw z sześciu części".

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Na fali', prod. Sony, 2007

Po drugie, film zyskuje uroku, kiedy się wie, że w oryginalnej ścieżce dźwiękowej głos pod Dziwaka aka Big Z podkładał Jeff Bridges. Jego postać to taki pingwini odpowiednik "Big Lebowskiego" - teoretycznie wyluzowany hippis i odludek, w praktyce pingwin po ciężkich przejściach. 

Po trzecie, doskonały polski dubbing i dowcipne dialogi. Głównego bohatera dubbinguje bardzo charyzmatycznie Marcin Hycnar, który gra tak, że sceny są śmieszniejsze niż w oryginale i jego głos naprawdę zapada w pamięć. Specjalnie sprawdzałam jego nazwisko po pierwszym seansie filmu i wcale mnie nie dziwi, że kilka lat później podkładał też głos pod głównego bohatera w "Kung Fu Pandzie".

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Na fali', pord. Sony / 2007

Świetnie też sprawdził się Jakub Tolak, najlepiej znany z roli Daniela, syna Moniki z "Klanu". On użyczył głosu kurczakowi Joe i był w tym doskonały - Joe to wyluzowany koleś, który sprawia wrażenie, że jest wiecznie pod wpływem marihuany. Jest tak oderwany od rzeczywistości, że aż przez to ujmujący. Dobrze skonstruowane są też postaci organizatora zawodów i jego pomocnik, czy groźny Tank Evans, który jeden ze swoich pucharów nazwał Teresa. Nic dziwnego, że gdy opowiada o swoich nagrodach, pada żart "Powiedz - Cześć Tereska!". 

Po czwarte - piękna grafika i dobrze dobrana muzyka. Kiedy Cody i Dziwak surfują, człowiek sam ma ochotę wskoczyć na deskę i ujarzmić jakąś falę - graficy zaprojektowali te sekwencje zjawiskowo, a muzyka świetnie buduje tam klimat. Serdecznie polecam.

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Na fali', prod. Sony, 2007

Kolejny film, który zasługuje na więcej uwagi to "Megamocny". Prosta z pozoru historia o pojedynku superbohatera i superzłoczyńcy, która jest przewrotna, zabawna i mądrze pokazuje, jak ludzie dostosowują się do przypisanych im odgórnie ról społecznych, nawet jeśli się z nimi nie utożsamiają. I jak trudno jest się z takiego przyczepionego na siłę stereotypu wydostać. 

Główny bohater to Megamocny - geniusz, wielkogłowy niebieski kosmita i złoczyńca, który wychował się w więzieniu, po tym jak wylądował tam przez przypadek po katastrofie na swojej rodzinnej planecie. Tam kryminaliści wychowali go zgodnie ze swoim wypaczonym kodeksem moralnym. Poza tym, że jest genialnym wynalazcą, który został sprowadzony do roli złoczyńcy, absolutnie uroczo sepleni i np. słowo "pająk" wymawia "pjająk". Jego odwiecznym przeciwnikiem jest Metroman - również kosmita, który jednakże wygląda zupełnie normalnie, wychował się w bogatej rodzinie i był od samego początku życia beniaminkiem systemu.

''Megamocny'' (Fot. UIP)

Po jednym z ich pojedynków Metroman znika, wszyscy są myślą, że Megamocny go zabił. Złoczyńca przejmuje kontrolę nad miastem i szybko przekonuje się, że wcale nie jest tak fajnie. Nudzi się, dostaje depresji i brakuje mu sensu w życiu. Dlatego też postanawia, że stworzy nowego superbohatera, z którym będzie walczyć. Wybiera fatalnie. W międzyczasie zmienia też postać za pomocą jednego ze swoich wynalazków i nawiązuje przypadkowo romans z dziennikarką, którą zawsze porywał. Kiedy okazuje się, że człowiek którego obdarował supermocami, jest zwyczajnie głupi i groźny, zakochany Megamocny musi zmienić sposób w jaki o sobie myśli i swoje postępowanie. 

Film w tym wszystkim jest bardzo niestereotypowy i dość nieprzewidywalny. Twórcy zgrabnie rozprawili się z utartym schematem przedstawiania postaci, gdzie ten dobry jest zawsze tym silnym, a ten zły jest przebiegłym geniuszem.

MegamocnyMegamocny 

Starszych widzów niewątpliwie uwiodą tu właśnie mało szablonowe rozwiązania scenariuszowe, a także całkiem łebskie przemyślenia bohaterów, którzy zastanawiają się nad swoim życiem i jego zmianą. Choćby moment, w którym główny bohater opowiada, dlaczego jego zdaniem dzieci nie lubiły go w szkole -przeciwnik "bezmyślnych wyznawców przekupił dystrybucją dóbr luksusowych takich jak popy-corn", czy zdaniem "Uznałem, że skoro mam być zły, to będę w tym najlepszy" ujmuje za serce i często szczerze bawi. Dlatego, że jest w tym wszystkim spora dawka absurdu, która zgrabnie kształtuje dowcipne dialogi.

Moja ulubiona kwestia pada w momencie, w którym ludzie rzucają się uściskać Megamocnego, a on wyjmuje broń i chce się przed nimi bronić. Wtedy jego towarzyszka krzyczy "Spokojnie, nie jest przyzwyczajony do pozytywnych reakcji". Niemniej urocza jest sekwencja, w której Megamocny po raz pierwszy w życiu wchodzi do pokoju z widokiem na miasto i jest tym szczerze zafascynowany, a jego rybka pomocnik mówi "To są sir okna, bardzo się ostatnio zrobiły popularne".

Całość została doskonale podlana największymi rockowymi i popowymi klasykami -  pojawiają się takie utwory jak "Welcome To The Jungle"  Guns N' Roses , "Highway to Hell" i "Back in black" ACDC,  "Crazy Train" Ozzy'ego Osbourne'a czy "Bad" Michaela Jacksona. 

Czarujący jest tutaj oczywiście dubbing - szczególnie polecam scenę, w której Marcin Dorociński śpiewa piosenkę i specjalnie fałszuje. W oryginalne robił to Brad Pitt i z pełną odpowiedzialnością mówię, że pan Marcin zrobił to milion razy zabawniej. Do takich rzeczy trzeba mieć naprawdę talent aktorski. No i jest znowu Marcin Hycnar, który podkłada głos pod Miniona, rybkę-pomocnika.

W podobnie zgrabny sposób z kwestią stereotypów i ich wpływu na funkcjonowanie jednostki w społeczności rozprawili się twórcy popularnego filmu "Jak wytresować smoka". To nie tylko pięknie  stworzona animacja - dla takich filmów powstała technika 3D! Ma oczywiście naprawdę zabawne dialogi -choćby taki, kiedy wiking z protezą ręki i nogi opowiada o smoku "I wtedy jednym kłapnięciem paszczy odgryzł mi rękę. Spojrzałem mu prosto w ślepia i zrozumiałem, że jestem smaczny. Musiał przekazać to reszcie, bo nie minął miesiąc a jakiś jego koleżka odgryzł mi nogę" czy "Normalni ludzie by się wynieśli, ale nie my. Jesteśmy wikingami. Bywamy nieelastyczni". No, ale to nic dziwnego, zajmował się tym Bartosz Wierzbięta, który tłumaczył też kultowego "Shreka".

"Jak wytresować smoka" to też ujmująco mądry film, który w każdej z trzech swoich części pokazuje, że trzeba mieć odwagę, żeby sprzeciwić się przyjętym ogólnie regułom, jeśli są  krzywdzące i opierają się na przemocy i strachu.

Jak wytresować smoka 3Jak wytresować smoka 3 materiały promocyjne

W pierwszej części na przykładzie wikingów, którzy zamiast zabijać smoki, zaczynają się z nimi przyjaźnić, przekazuje się dzieciakom, że warto zmienić sposób w jaki się myśli o porządku świata. Nawet jeśli ma to oznaczać, że będziemy odstawać od reszty grupy, co na początku wydaje się bardzo trudne, a nawet niewykonalne. Bo w końcu ludzie zrozumieją, że dzięki porozumieniu - tu ze smokami - można osiągnąć dużo więcej niż przemocą. I że w tym wszystkim warto być sobą i bronić swoich poglądów.

Bo dopiero bycie sobą jest szansą na bycie wyjątkowym i zrobienie czegoś naprawdę ważnego. To się nie uda, kiedy na siłę będziemy się dostosowywać do cudzych oczekiwań.

W drugiej części z kolei akcenty się nieco przemieściły - tam wikingowie bronią smoki przez porwaniami i wykorzystywaniem, bo reszta świata nie rozumie ich pokojowego podejścia. Finałowa scena, w której mały smok Szczerbatek wygrywa z wielkim smoczydłem jest bardzo symboliczna. Za smokiem, który staje do walki z dużo większym przeciwnikiem, bo chce bronić swojego przyjaciela, ujmuje się cała reszta gadów - choć osobno nie miałyby szans, wspólnie tworzą potęgę, z którą trzeba się liczyć. To taka scena, przy której po plecach przechodzą ciarki. Serio, serio. 

Jak wytresować smoka 2 (How to Train Your Dragon 2), reż. Dean DeBloisJak wytresować smoka 2 (How to Train Your Dragon 2), reż. Dean DeBlois Fot. DreamWorks Animation / materiały prasowe

Trzecia część z kolei pokazuje, że czasem ukochanym osobom tudzież smokom trzeba pozwolić odjeść dla ich dobra i bezpieczeństwa. Pomijając dość górnolotne wnioski dotyczące tej trylogii, podkreślam, że to ciągle są bardzo wciągające i zabawne filmy. I to swoją drogą dużo lepsze niż książki, na podstawie których powstały - czytałam i nie polecam. 

"Wallace i Gromit: Klątwa królika" i "Wallace i Gromit: Kwestia tycia i śmierci" to z kolei dwa filmowe klasyki nie tylko dla dzieci, które świetnie parodiują kino grozy i kryminały. Wallace i Gromit to postaci kultowe w Wielkiej Brytanii i nie stało się tak bez powodu.

Materiały prasoweMateriały prasowe fot. 'Wallace i Gromit: Klątwa królika'

To wspaniały przykład brytyjskiego poczucia humoru w najlepszym wydaniu, no i klasyczna "plastelinowa" poklatkowa animacja. "Klątwa królika" zaczyna się świetnie - napisy początkowe to przegląd rodzinnych fotografii szalonego wynalazcy Wallece'a i jego nader inteligentnego, bardzo zantropomorfizowanego w swoich zachowaniach psa, Gromita. Już tutaj dostajemy pierwsze żarty i sama ta sekwencja jest warta zobaczenia. Pomysł na akcję także jest doskonały - duet głównych bohaterów prowadzi firmę Szkondikuritas (inteligentne i dowcipne nawiązanie tłumacza do polskich nazw różnych firm z lat 90.), która chroni ogródki warzywne przed atakami królików. To ważna funkcja w lokalnej społeczności, bo już niedługo ma się odbyć Wielki Konkurs Wielkich Warzyw w dworze lady Tottington (w angielskim dubbingu użycza tej postaci głosu Helena Bonham Carter).

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Wallace i Gromit. Klątwa Królika'

Wszyscy ostrzą zęby na wygraną, tymczasem w miasteczku zaczyna siać spustoszenie gigantyczny, zmutowany królik - maczał niechcący w tym palce sam Wallace, którego eksperyment z maszyną do prania mózgów wymknął się spod kontroli. Całość filmu doskonale nawiązuje do starych, klasycznych filmów grozy, pojawia się nawet sekwencja na plebani, gdzie wikary ma tajemniczą księgę i szafę pełną artefaktów potrzebnych do polowania na potwory. Sama zaś akcja rozkosznie nabija się z brytyjskiej manii ogrodnictwa.

Podobnie jest w "Kwestii tycia i śmierci" - to z kolei parodia filmów o seryjnych mordercach. Tutaj tytułowa para dla odmiany zajmuje się wypiekiem chleba, a Wallace swoje naukowe pasje spełnia w tworzeniu wymyślnych maszyn piekarskich. Pech w tym, że w mieście grasuje "zbożowy morderca", który na ofiary wybiera sobie właśnie piekarzy. Tymczasem Wallace zakochuje się w byłej modelce, "zbożowej panience" Paelli Kucharskiej, która od początku swojej kariery znacząco przybrała na wadze i nie może już latać w balonie reklamowym. Wallace jest przeszczęśliwy i romansuje w najlepsze, tymczasem Gromit odkrywa, że intencje narzeczonej jego przyjaciela wcale nie są najczystsze. Krok po kroku łączy ją z postacią seryjnego mordercy.     

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. 'Wallace i Gromit. Kwestia tycia i śmierci'

"Minionki" są częścią serii animacji, które absolutnie skradły serca najmłodszych widzów w ostatnich latach. Żółte stworzonka przypominające chodzące tic-taki są nader komiczne, do tego mówią w wymyślonym języku, któremu warto się przysłuchać, bo brzmi jak esperanto wymieszane z sporą częścią nowożytnych narzeczy. Ten konkretny film moim zdaniem jest najlepszy z nich wszystkich ("Jak ukraść księżyc", "Minionki rozrabiają", "Gru, Dru i minionki") ze względu na fantastyczną ścieżkę dźwiękową - autorzy osadzili akcję mniej więcej w latach 60. - 70., dzięki czemu kontekstowo pojawiły się tam największe przeboje tamtych czasów. Te fenomenalnie wpisują się w akcję filmu i powodują, że wspomina się go z przyjemnością. A zaczyna się już od świetnej czołówki:

 

Warto też sprawdzić, czy "Krudowie" przypadną wam do gustu. Lepiej go jednak obejrzeć bez polskiego dubbingu - tu trzeba posłuchać Nicolasa Cage'a i Ryana Reynoldsa! To jeden z rzadkich przypadków, kiedy oryginalna ścieżka dźwiękowa brzmi ciekawiej niż polska. To opowieść o rodzinie jaskiniowców, która walczy o przeżycie kiedy ziemia zaczyna się dosłownie rozstępować. Niemniej nie brakuje tam zachwycających ujęć z wymyślonymi zwierzakami i egzotycznymi roślinami - wizualnie można się zachwycić. 

'Krudowie''Krudowie' fot. Polsat

Co zaś do disneyowskich animacji: "Zaplątani", "Merida Waleczna", "Ralph Demolka", "Iniemamocni" (1 i 2),"Potwory i spółka", "Piorun", "Zwierzogród" i "Vaina" - to przykłady filmów z doskonałym dubbingiem, świetną obsadą i pysznymi żarcikami.

W "Zaplątanych", czyli wariacji na temat Roszpunki, warto posłuchać, jak główna bohaterka mówi głosem Julii Kamińskiej do swojej - jak myśli - matki, pod którą głos podkłada Danuta Stenka -  "Ale mamusia dzisiaj stęka", na co pada odpowiedź - "Stęka, nie stęka, ale mogłabyś szybciej"  (wciągać mnie na wieżę na swoich włosach - przyp. red.). W tym samym filmie już na zakończenie Maciej Stuhr, który w dubbingowaniu ma nie mniejsze zasługi niż jego szanowny tata, pan Jerzy, mówi "Impreza była bardzo wesoła, nie żebym coś pamiętał". Absolutnie fenomenalna jest także w tym filmie piosenka "Marzenie mam", w którym zgraja brutali i recydywistów opowiada o swoich ukrytych pasjach, takich jak dekorowanie wnętrz czy granie na fortepianie. No i śpiewa Maciej Stuhr, warto posłuchać jak się męczy. Śpiewał także w "Gnomeo i Julii" - pastiszu Romea i Juli o ogródkowych krasnoludkach z muzyką Eltona Johna. 

Materiały promocyjneMateriały promocyjne 'Zaplątani', prod. Disney

Julia Kamińska w roli głównej jest absolutnie wyśmienita, co udowodniła także w animacji "Zwierzogród". Tam dla odmiany partnerował jej Paweł Domagała i także był doskonały. Zanim nie obejrzałam tego filmu, nie wiedziałam, kto to jest. Dzisiaj wszyscy nucimy jego hit "Weź nie pytaj".

"Merida Waleczna" to wspaniały popis Dominiki Kluźniak, Andrzeja Grabowskiego i Doroty Segdy. W "Piorunie" absolutnie wyśmienici są Borys Szyc, Sonia Bohosiewicz i Tomasz Karolak - podkładają głosy kolejno pod psa, kota i walecznego chomika. Można się nawet popłakać ze śmiechu. 

Dlaczego nie wspominam o "W głowie się nie mieści"? To bardzo mądry film, który świetnie tłumaczy mechanizm działania emocji. Ale przez duży dramatyzm i wysokie wysycenie napięciem może być też bardzo emocjonalnie obciążający. Nie bez powodu moje rodzeństwo odmówiło ponownych seansów tej produkcji. Podejrzewam, że w przypadku innych dzieci może być podobnie.   

Więcej o:
Komentarze (5)
"Na fali" to taki "Big Lebowski" tylko o surfujących pingwinach, a Dorociński tak pięknie fałszuje. Polecamy te animacje filmy
Zaloguj się
  • koxiarz

    Oceniono 3 razy 3

    "To jeden z rzadkich przypadków, kiedy oryginalna ścieżka dźwiękowa brzmi ciekawiej niż polska."
    Rzadkich? Na prawdę?

  • junk92508

    Oceniono 2 razy 2

    Z wieloma punktami się nie zgadzam - dla mnie Kamińska w Zaplątanych to była katastrofa... nie dało się tego słuchać .. błyskawicznie przełączyliśmy na ścieżkę oryginalną...

  • mamagda3

    Oceniono 2 razy 2

    Koślawy ten tekst mocno. Pani Justyno, taka rada: przed publikacją czytamy, najlepiej na głos, wtedy słychać, co "nie gra". Chyba że nie słychać.

  • byann

    Oceniono 1 raz 1

    Co tam robisz? Polerujesz statuetkę?
    Świetny dowcip dla dzieci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX