Przy Piotrze ludzie czuli, że nie ma barier, wszystko jest do zrobienia. Dawał ludziom poczucie bezpieczeństwa

Piotr Woźniak-Starak wyprodukował jedne z najchętniej oglądanych i docenianych filmów ostatnich lat. To dzięki prowadzonej z Krzysztofem Terejem firmie powstały "Bogowie" i "Sztuka kochania". Przy okazji premiery ich kolejnej produkcji - "Ukrytej gry" - rozmawiamy z szefem Watchout Studio o ich filmach, przyjaźni i niezapomnianej energii Piotra Woźniaka-Staraka.

Marta Korycka: Pan nie chciał być producentem filmowym, bo był nim pana ojciec, a jednak nim pan został właśnie dzięki Piotrowi Woźniak-Starakowi.

Krzysztof Terej: Zawsze byłem człowiekiem pasji i sportu, w pewnym momencie zafascynowałem się samochodami i wszedłem w sport motorowy. Na tym etapie spotkaliśmy się z Piotrkiem. Połączyła nas pasja do samochodów, a z tą dyscypliną wiąże się też pozyskanie sponsorów, kwestia wizerunku, brandingu marek i promocji. W tych tematach Piotr czuł się doskonale. Często wymyślaliśmy różne rzeczy, to była taka kreatywna zabawa. Wspólnie wymyśliliśmy kampanię w branży samochodowej, którą Piotrek sprzedał - i wtedy zaczęliśmy ze sobą pracować. Obydwaj uważaliśmy, że jeśli się naprawdę w coś wierzy, to wtedy jest szansa być w tym dobrym. Natomiast bez poświęcenia i ogromu pracy, pozostanie to jedynie "szansą".

Praca, w dobrym tego słowa znaczeniu, może być życiem. Piotrek pokazał mi, że można znaleźć takie zajęcie w życiu, które czyni nas szczęśliwymi. Otworzył mi głowę, gdy zaczęliśmy razem pracować. Pokazał mi, że wiele umownych granic to kwestia naszych wewnętrznych ograniczeń. Trzeba odbić się od stu drzwi, ale potem któreś się otworzą i ktoś doceni nasze pomysły.

Waszym pierwszym wspólnym filmem byli "Bogowie".

Piotrek zaproponował, bym zajął się promocją tego filmu - branża filmowa nie była wtedy tak zaawansowana w tej kwestii. Z czasem okazało się, że ogromną częścią robienia filmów jest pozyskanie budżetu na nie, pozyskiwanie sponsorów, potem koproducentów, inwestorów. To był właśnie taki proces stu zamkniętych drzwi, po czym niektóre zaczęły się otwierać. Znajdowaliśmy ludzi, którzy znali osobiście profesora Religę, czy coś mu zawdzięczali, i to była lekcja, która pozwoliła nam spełnić to marzenie o filmie.

Od samochodów do filmu "Bogowie" wbrew pozorom nie minęło tak dużo czasu. Dwa lata do tego, żeby zupełnie czym innym się zajmować w życiu, ale dalej z tym samym nastawieniem. A to, co się wtedy zdarzyło po filmie, przerosło wszystkich.

"Bogowie" to, według mnie, pierwszy film od wielu lat, o którym myśleliśmy: to jest fajne, bez zadęcia, wzruszające, ma pełno emocji i taki hollywoodzki sznyt. Połączyliście sukces kasowy, artystyczny też - ale bez obciążenia "wieszczami sprzed lat"...

Każdy film jest wysiłkiem ogromnej liczby osób i to, w jakim momencie życia te osoby się spotykają, z jakim nastawieniem i jaka to jest mieszanka ludzi powoduje, jaki ostatecznie jest efekt. W "Bogach" mieszanka reżysera – Łukasza Palkowskiego, Tomka Kota, scenarzysty Krzysztofa Raka i tej radości życia Piotrka, to była ta mieszanka, która bardzo mocno wpłynęła na kształt filmu.

To był film mądry, wyjątkowy, opowiadał prawdziwą historię. A to, co ludzie nazywają hollywoodzkim aspektem, to jest element rozrywki i lekkości obecny w naszych filmach. Każdy film Watchout jest rozrywką dla widza - to widz jest najważniejszy.

Pamiętam dyskusje przy "Bogach" na temat zakończenia, czy widz zostaje z sukcesem czy z porażką - z jakim nastrojem wychodzi z kina. Odbyliśmy walki o to, żeby zostawić widza z pozytywnym nastawieniem i poczuciem, że można, że trzeba walczyć o swoje ideały... W filmie padało wiele cytatów, które do dzisiaj są wielką prawdą. Są w nim świetne dialogi - od tego, że "Polak Polakowi nawet klęski zazdrości" aż po to, że "Sukces bywa trudniejszy do zniesienia niż porażka". To były lekcje życiowe, których musieliśmy się uczyć w biegu, bo sukces w Gdyni zaskoczył nas wszystkich.

"Bogowie" zdobyli na festiwalu w Gdyni Złote Lwy dla najlepszego filmu, nagrodę za rolę, scenariusz, nagrodę publiczności dla najbardziej oklaskiwanego filmu i kilka innych.

Jechaliśmy do Gdyni z nastawieniem, że Tomkowi Kotowi się ta nagroda należy i jeśli Tomek jej nie dostanie, to będziemy tupać i buczeć. To, co zaczęło się tam dziać, to było szaleństwo. Konkurencyjnym filmem było "Miasto 44" - ważna narodowa produkcja z ogromnym budżetem, więc nie spodziewaliśmy się, że możemy rywalizować filmem o kardiochirurgu. Był co prawda rozpoznawalny, ale raczej nie kojarzył się Polakom z życiorysem, który chcieliby oglądać na wielkim ekranie.

Wspaniale przedstawił go Krzysiek Rak. Wszedł w świat kardiochirurgów i uświadomił nam jak wygląda. Porównywał chirurgów do pilotów myśliwców - ogromne nerwy, ogromny stres. Stało się to fascynujące dla ludzi, którzy na co dzień nie mają z kardiochirurgią wiele wspólnego. Okazało się, że jest to kwestia tylko tego, jak my o tym opowiemy widzom w filmie, a potem jak przedstawimy promocyjnie.

Już od "Bogów" – i jestem z tego bardzo dumny - korzystamy z grup fokusowych. Tak samo kwestie dokrętek – to poprawne wyciągnięcie wniosków z tego, co mogłoby być jeszcze lepiej, i co możemy na tym etapie zrobić najmniejszym kosztem, żeby poprawić ostateczny efekt filmowy.

Przy "Bogach" widzowie z grupy fokusowej, którzy zobaczyli pierwszą wersję filmu, pozwolili rozstrzygnąć nasze wątpliwości. Przy "Sztuce kochania" też było dużo dyskusji i badań, a przy ostatnim filmie "Ukryta gra" wspomagaliśmy się nawet badaniami amerykańskimi, żeby nie trzymać się tylko polskiej perspektywy i spojrzenia na historię. Trudne jest znalezienie świeżej i prawdziwej perspektywy, jesteśmy przecież obarczeni swoimi doświadczeniami, problemami, nadziejami, emocjami, a potem ktoś przychodzi i ogląda film, nie znając kontekstu, i ocenia - albo jest dobrze, albo źle.

Krzysztof Terej i Piotr Woźniak-StarakKrzysztof Terej i Piotr Woźniak-Starak Krzysztof Wiktor

Nawet jak już przekonaliśmy Polaków, zastanawialiśmy się, jak film odbierze widz międzynarodowy, który nie ma takiego sentymentu, patriotyzmu, dumy z tego, że przyjechał do nas Bill Pullman i gra w Pałacu Kultury z Robertem Więckiewiczem. Co ciekawe, Amerykanie bardzo dobrze odebrali "Ukrytą grę", a rekordową ocenę otrzymał Robert Więckiewicz za, ich zdaniem, wybitną rolę drugoplanową.

Takie badania dużo nas uczą i są ważne przy promocji. Pokazują, jak ludzie nazywają danych bohaterów, rozumieją daną historię. Pamiętam, jak przy promocji "Bogów" uważaliśmy, że Religa to jest "bohater narodowy", a w grupach fokusowych wszyscy się skrzywili na to hasło i powiedzieli "to żaden bohater, on jest innowatorem jak Steve Jobs". To też wpłynęło na sposób, w jaki mówiliśmy o tym filmie, by ludzie po wyjściu z kina nie czuli się oszukani.

Wspominał pan, że na planie "Bogów" był nowicjuszem, ale Piotr Woźniak-Starak miał już doświadczenie - pracował z Wajdą, z Kos-Krauze i przy wielkiej międzynarodowej produkcji, jaką były "Opowieści z Narni". Co wniósł z tych doświadczeń do pracy przy filmie, który robiliście jeszcze bez presji mediów, ale na pewno z presją odpowiedzialności finansowej i ambicjami?

Przy "Bogach" nie było oczekiwań, ale Piotrek i my wszyscy zastanawialiśmy się, czy na pewno powinniśmy robić filmy i co będzie, jeśli się nie uda. Doświadczenia Piotrka dały mu dużo siły i wytrwałości.

Bardzo dużo nauczył się o szacunku do wszystkich ludzi w tym procesie, bo to sport zespołowy. Ludzie mają różne motywacje, ale jak uda się stworzyć synergię, poczucie, że wszyscy stanowią jeden zespół, jedną armię, w której jest przecież ścisła hierarchia. Z boku może to wydawać się trudne, ale ma sens - w końcu każda minuta na planie to są pieniądze. Dlatego zawsze kładliśmy ogromny nacisk na przygotowania projektów - im lepiej my się przygotujemy, tym potem proces jest łatwiejszy, skuteczniejszy. Przygotowania, przygotowania, przygotowania - to był duży wniosek Piotra z jego doświadczeń. To godziny spędzone na czytaniu scenariusza czy rozwiewaniu wątpliwości partnerów przed ich zaangażowaniem się finansowym.

Z "Bogami" się udało, a potem przyszedł czas na "Sztukę kochania" i tu presja była już inna. Piotr Woźniak-Starak przy tych filmach miał różne funkcje: producenta i producenta wykonawczego.

Przy "Sztuce kochania" Piotr powiedział: ty zostaniesz producentem, wszystkiego się nauczyłeś przy "Bogach", jesteś przy filmie od a do z, a ja chcę być blisko reżysera. Chciałbym być bardzo blisko samego filmu przy tym projekcie. Dlatego sam został producentem wykonawczym, ja zaś byłem osobą decyzyjną w wielu kwestiach - bo będąc tak blisko projektu jak Piotrek, można stać się nieobiektywnym. Były sytuacje, w których Piotrek miał inne zdanie niż reżyserka "Sztuki kochania"...

I co wtedy?

Bardzo różnie się to kończyło. Raz decydowały grupy fokusowe, a raz musiałem podjąć decyzję, że Piotrek nie miał racji i musiało zostać tak, jak chciała Marysia [Sadowska - red.]. Piotrek potrafił być z tego niezadowolony, ale ostatecznie to szanował, bo tak się umówiliśmy. Przy "Ukrytej grze" było to dla nas tak duże wyzwanie pod każdym względem. Cała firma została zaangażowana do poziomu wcześniej nieznanego i obaj zostaliśmy producentami. Podzieliliśmy się wewnętrznie, ale razem dbaliśmy np. o finansowanie.

Zazwyczaj ludzie z efektem końcowym filmu kojarzą przede wszystkim nazwisko reżysera, a niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że rola producenta jest tak duża.

Przy "Bogach" pomysł przyniósł Krzysztof Rak, przy "Sztuce kochania" pomysł trafił do nas z zewnątrz, a potem Krzysztof pracował nad scenariuszem. My, tak jak przy "Bogach", prowadziliśmy rozmowy i chodziliśmy z tekstem do reżyserów - pytaliśmy, kto byłby zainteresowany współpracą przy tym projekcie i dostępny w danym terminie. Przy "Ukrytej grze" przyszedł do nas Łukasz Kośmicki z tekstem i powiedział "jestem reżyserem, autorem scenariusza" i nas tym zainteresował. Każda układanka jest zupełnie inna. Na pewno reżyser odpowiada za cały proces "dowiezienia" filmu, my odpowiadamy za stronę biznesową, ale też za końcowe rezultaty. My w Watchout jesteśmy "zaangażowanymi" producentami, nie ma co ukrywać, ale zawsze najbardziej liczy się dobro filmu i widza. Żeby wyszedł zadowolony i jeszcze powiedział innym, że widział fajny film.

Piotr Woźniak-Starak i Krzysztof Terej na planie 'Ukrytej gry'Piotr Woźniak-Starak i Krzysztof Terej na planie 'Ukrytej gry' Krzysztof Wiktor

"Ukryta gra" wchodzi do kin, ale ten projekt pojawił się w waszym życiu już w 2012 roku...

Wtedy przeczytałem ten scenariusz, byłem fanem książek Johna le Carre, więc dla mnie taki thriller szpiegowski dziejący się w Warszawie to było to. Bardzo chcieliśmy nad tym pracować, ale wydawało się to tak duże, że wręcz nierealne przed "Bogami". Zresztą Krzysztof Rak z Piotrem byli świeżo po "Big Love" i to był zdecydowanie mniejszy film. Tu koncept był świetny, ale droga do realizacji bardzo daleka.

Zaczęliśmy prace nad scenariuszem, żeby pozyskać gwiazdę. Przekonanie aktora amerykańskiego, żeby opuścił Kalifornię i nie nagrywał drobnych rzeczy często za większe pieniądze niż my możemy mu zaoferować, tylko po to żeby się przeprowadzić do Polski na dwa, trzy miesiące, to duże wyzwanie. Taka jest specyfika dużych produkcji - aktor przyciąga widzów. To szczególnie widoczne na rynkach międzynarodowych, tam aktorzy reprezentują daną wartość.

Kto znalazł Williama Hurta, który jako pierwszy miał zagrać tę rolę?

To rzeczywiście na początku była duża inwestycja, płacenie frycowego za doświadczenia, jak dotrzeć do aktorów i okazało się, że najlepszą drogą jest pozyskanie doświadczonego producenta. Bardzo pomógł nam Daniel Bauer. Skontaktował nas z jedną trzech-czterech agencji talentów w Stanach, które mają wśród swoich klientów 200-300 nazwisk, w tym około 50, które by nas interesowały. Ten proces trwał bardzo długo, równolegle trwało kompletowanie ekipy twórców.

Łukasz od początku mówił, że jest w porozumieniu z Pawłem Edelmanem, który by chciał zrealizować tę historię. Po Edelmanie został zaproszony przez nas Allan Starski, który był takim nazwiskiem, które mogło pomóc przyciągnąć gwiazdę. Wtedy pojawił się William Hurt. Tu ogromną pracę wykonał reżyser, który poleciał do USA, spędzili ze sobą dużo czasu. Na rok przed zdjęciami Hurt przyleciał do Polski, wszystko zostało ustalone. Potem musieliśmy przełożyć zdjęcia o pół roku, no i potem niestety zdarzył się wypadek.

Historia prawie jak w scenariuszu, gdzie jeden szachista musi zastąpić nagle drugiego.

To rzeczywiście wielkie szczęście, że taki człowiek jak Bill Pullman chciał zagrać w naszym filmie, chciał przyjechać i zdecydował się wsiąść w samolot bez podpisanego kontraktu, a my zdecydowaliśmy się na zakup tego biletu, nie wiedząc, czy to się uda. Po kilku rozmowach telefonicznych mieliśmy jednak poczucie, że warto spróbować, a on się poczuł w misji jak prezydent Stanów Zjednoczonych z "Dnia Niepodległości" - trzeba ratować, to uratuję. To było niesamowite. To człowiek z doskonałą energią i bardzo dbający o ekipę.

Agnieszka Woźniak-Starak powiedziała w jednym z wywiadów, że Piotr imponował jej za każdym razem, bo jest szalony, ale w tym szaleństwie jest jakaś metoda i zawsze z tego wychodzi coś fajnego. I gdy teraz rozmawiamy, to widać właśnie to połączenie szaleństwa i biznesu...

... odwagi, braku kompleksów, przeświadczenia, że nasze możliwości nie mają granic. Rzeczywiście z boku to się może wydawać szaleństwem. Ale to w nim uwielbiałem i ogromnie w nim szanowałem. To było coś, czym Piotrek zarażał wszystkich. Czuli przy nim, że nie ma barier, wszystko jest do zrobienia. Dawał ludziom poczucie bezpieczeństwa i wiary w siebie - to było coś nieprawdopodobnego. Tego najbardziej mi chyba brakuje dzisiaj.

Czy wchodził na plan i wszędzie go było pełno, czy raczej załatwiał sprawy z ludźmi jeden na jeden, potrafił mobilizować i nakręcać do pracy?

On kochał ludzi - jak się kocha ludzi, to się ich czuje i rozumie. Co oni mogą odczuwać w danej chwili, jakie emocje mogą im towarzyszyć? Piotrek doskonale to odczytywał i starał się im pomóc za każdym razem. Czasem to wymagało tego, by zgromadzić wszystkich, tak jak na planie "Ukrytej gry" po wypadku Williama. Zebraliśmy całą ekipę i powiedzieliśmy, że musimy albo przerwać zdjęcia, albo znajdzie się aktor. On wiedział, że trzeba tak zrobić. To jest ten moment, gdy wszyscy musimy być razem i on to wiedział. Był doskonałym liderem.

Z drugiej strony, czasem jak widział, że coś jest nie tak, potrafił zapukać do drzwi przyczepy i powiedzieć "Przepraszam, chciałbym z tobą pogadać". Tyle się dzieje na planie filmowym, że czasem w emocjach, pod presją, łatwo coś przeoczyć. Jego spostrzegawczość, która moim zdaniem brała się z miłości i otwartości na ludzi, była niebywała.

Był bardzo bezpośrednią osobą, znał imiona wszystkich członków ekipy, widział magię i zabawę kina. Obcować z tymi wszystkimi artystami - on to uwielbiał i doceniał.

"Ukryta gra" to film, który produkowaliście, ale plan był taki, żeby Piotr usiadł na krześle reżyserskim, prawda?

Piotrek bardzo chciał reżyserować i w pewnym momencie poczuł, że chciałby spróbować swoich sił jako reżyser. Znalazł historię, która go fascynowała, prawdziwą historię, natomiast po wspólnej rozmowie zdecydowaliśmy, że pierwszy film powinien być zdecydowanie skromniejszy, mniejszy. To miało być kameralne kino, thriller. Piotrek chciał robić kino autorskie, na to się zapowiadało. Byliśmy na etapie scenariusza, Piotrek chciał produkować jeszcze szybciej i jeszcze więcej rzeczy spinać.

Od razu myślał nad obsadą, chociaż dopiero pisał się scenariusz, a on już chciał pracować z aktorami, już chciał wybierać lokalizację, kto będzie robił muzykę - "To może on już coś napisze, ja mu opowiem o emocjach" - mówił. Poziom jego pracy i zaangażowania, to było coś niespotykanego.

Dla mnie to też było ekscytujące, by być producentem swojego przyjaciela - kompletnie nowe doświadczenie i wyzwanie. Ja bardzo w niego wierzyłem, pomimo tego, że nie szedł tradycyjną ścieżką do reżyserii. Nikt nie miał jednak wątpliwości, że on ma to "coś". Także niebywałe umiejętności narracyjne - to ważne, by umieć opowiadać historie, a on uwielbiał to robić. I był w tym doskonały.

I ten film już nie powstanie...

My już pracujemy nad kolejnymi projektami, najbliższy okres zdjęciowy planujemy na lato 2020 roku, ale ten film nie powstanie. To było kino autorskie Piotrka i nie chciałbym, żeby ktokolwiek realizował ten projekt na tym etapie, ani na żadnym innym. To jest Piotrka i jego pozostanie.

Piotr Woźniak-Starak zginął w tragicznym wypadku 18 sierpnia 2019 roku. Był producentem filmowym, założycielem Watchout Studio, mężem Agnieszki Woźniak-Starak. Na stronie kultura.gazeta.pl przypominaliśmy jego dorobek filmowy.

Więcej o: