Coachella 2018 - dzień pierwszy należał do czarnych artystów

Coachella 2018 już w ten weekend

Coachella 2018 już w ten weekend (fot. Coachella.com, mat. prasowe)

The Weeknd, SZA, Vince Staples i Moses Sumney mówili wyraźnie o swojej tożsamości i korzeniach. Pokazali, jak ważna i ceniona jest dziś muzyka tworzona przez czarnych artystów.

W piątek na Pustyni Kalifornijskiej, nieopodal miasteczka Indio, rozpoczął się festiwal Coachella 2018, impreza co roku otwierająca sezon festiwalowy. Od kilku lat odbywa się dwukrotnie, w dwa kolejne weekendy kwietnia, z takim samym zestawem wykonawców. 

Festiwal zaczął się na dobre wczesnym popołudniem, kiedy na jednej ze scen stanął Moses Sumney. Autor niezwykle oryginalnego zeszłorocznego debiutu „Aromanticism” otworzył imprezę w nieoczywisty i zaskakujący sposób. Mimo wielkiej sceny i sporego tłumu pod nią, muzyk błyskawicznie zdołał nawiązać kontakt z publicznością i skłonić ją do wspólnego śpiewania swoich piosenek. Jego napełniony emocjami i wymykający się wszelkim próbom gatunkowego zaszufladkowania występ był świetnym wstępem do tego, co działo się na Coachelli w piątkowy wieczór.

Jego droga melancholia

Headlinerem pierwszego dnia imprezy był The Weeknd, artysta reprezentujący pop mocno elektroniczny z korzeniami tkwiącymi w r’n’b, muzyk który od kilku lat pozostaje w ścisłej czołówce dzisiejszej sceny muzycznej, a w ostatnich miesiącach przeżywający wyjątkowo mocny moment swojej kariery. W porównaniu z ubiegłorocznym występem na Openerze miał do zaoferowania znacznie bogatszą oprawę i kilka znakomitych nowych utworów.

Rozpoczął swój występ jak przystało na wielką gwiazdę: mocno, przebojowo i... komiksowo. Najpierw zaśpiewał swój największy przebój ostatnich miesięcy, piosenkę „Pray For Me”, a potem utwór, któremu w sporej mierze zawdzięcza dzisiejszą pozycję, „Starboy”. Ta pierwsza pochodzi z opartego na komiksie filmu „Czarna Pantera”, ten drugi niedługo stanie się punktem wyjścia do komiksu, którego muzyk będzie współscenarzystą.

Ale wokalista nie od parady pojawił się na scenie z opaską z literami „MDM” - jego najnowsza płyta zatytułowana jest „My Dear Melancholy” i rzeczywiście jest bardzo melancholijna. I to właśnie taki nastrój zapanował na scenie, kiedy wybrzmiały już wielkie przeboje.

Muzyk przez półtorej godziny raczył słuchaczy swoimi pełnymi emocji zwierzeniami. Zachwycał też oprawą swojego występu: robiącą wrażenie scenografią i abstrakcyjnymi, dynamicznymi wizualizacjami.

Transmisja na temat nowej czarnej tożsamości

Vince Staples wypadł na Coachelli o wiele lepiej niż na swoich europejskich koncertach w poprzednim sezonie. Co prawda podobnie jak wtedy był na scenie zupełnie sam, a wszystkie podkłady odgrywane były z komputera, ale minimalizm tego, co działo się na scenie, w pełni zrekompensowane były wizualizacjami, od których trudno było oderwać wzrok i które same w sobie niosły ogromny ładunek treści i siły.
Staples w pełni wykorzystał możliwości niezwykłej festiwalowej sceny, która w całości stanowiła gigantyczny ekran. Jak coraz więcej artystów ostatnio, posłużył się estetyką i stylistyką dominującą w mediach społecznościowych: podzielił ekran na kilkanaście „okien”, w których pojawiały się kilkusekundowe „filmiki”. Dokładnie tak jak w przypadku newsfeeda Facebooka albo Instastories można tam było obejrzeć najróżniejsze obrazy: od żartów kręconych w domu telefonem do fragmentów telewizyjnych wiadomości. Niektóre były śmieszne, inne intrygujące, jeszcze inne - poruszające i wytrącające z festiwalowego, sielankowego nastroju.

Najmocniejsze były momenty, w których Staples pokazywał materiały kluczowe dla kształtowania się dzisiejszej nowej tożsamości Afryamerykanów: archiwalne fragmenty przemówień Martina Luthera Kinga i Angeli Davies czy bulwersujące ujęcia policjantów atakujących czarnoskórych nastolatków. Albo kiedy w znamienny sposób zestawiał ujęcia z demonstracji Czarnych Panter sprzed pół wieku z fragmentami „Czarnej Pantery”, filmu który dla czarnej społeczności w USA jest dziś zdecydowanie czymś więcej niż tylko superbohaterskim blockbusterem.

Dwie mocne kobiety

Mocne momenty miały koncerty, które w piątkowy wieczór zagrały na Coachelli St. Vincent i SZA, artystki zupełnie rożne, choć dziś równie ważne na muzycznej scenie. Ta pierwsza w ramach swojego zapowiadanego hucznie przed festiwalem nowego widowiska scenicznego pokazała m.in. bardzo symboliczne wizualizacje ze sobą w roli głównej. Kolejne sceny, przypominające video art albo zapis artystycznych performance’ów, mocno dyskutowały ze stereotypem kobiety w popkulturze, mówiły też o schematyzacji i zautomatyzowaniu współczesnego życia.

SZA pokazała się jako orędowniczka i kronikarka zwyczajnej codzienności i prywatności. Bardzo dużo opowiadała widzom o sobie, a na ekranie pokazywała - nawet jeśli wyreżyserowane, to sprawiające wrażenie bardzo autentycznych - swoje własne domowe filmy: przechadzki po osiedlu, wizyty w sklepie, nastoletnie zabawy z koleżankami.

Wystąpiła w nietypowej, rozbudowanej scenografii: na scenie płonęło ognisko, były żywe drzewa i spore kamienne bloki, obok stała srebrna przyczepa kampingowa: tak wyglądają amerykańskie obozy letnie dla dzieci i młodzieży.
- Spędziłam na nich mnóstwo czasu - opowiadała artystka ze sceny. - To zawsze była znakomita okazja, żeby się dzielić z innymi dzieciakami emocjami, wrażeniami i przemyśleniami. Dziś chciałam się tak samo podzielić z wami.
Finał tego koncertu nie mógł być inny - porywający i symboliczny: to co zaczęło się na obozie w lesie skończyło się wśród gwiazd. Do artystki dołączył Kendrick Lamar i wspólnie wykonali swój gigantyczny przebój, „All The Stars” z filmu „Czarna Pantera”, wielokrotnie powracającego w różnych kontekstach podczas pierwszego dnia festiwalu.

Latynoskie akcenty i dobre prognozy przed polskimi występami

Na Coachelli można było zauważyć trend niemal nieuchronny: wciąż jeszcze nieśmiałe budowanie mostów między sceną popową, a bardzo silnym, ale do tej pory raczej dość hermetycznym, środowiskiem muzyki latynoskiej. Mimo wczesnej pory sporą publiczność przyciągnął występujący na największej scenie zespół Los Angeles Azules, grający muzykę mocno zakorzenioną w meksykańskim folklorze. Kilka piosenek z pogranicza popu tradycyjnego i latynoskiego zaprezentowała Kali Uchis.
Artystka, która w tym roku wystąpi na Open’erze, zaliczyła w Indio bardzo imponujący debiut na dużej festiwalowej scenie: choć wciąż jest w jakimś sensie początkująca, zaprezentowała na scenie przekonującą dojrzałość i charyzmę. Obok znakomitych warunków głosowych zaskoczyła widzów także nadzwyczaj profesjonalnym... tańcem brzucha.

Spośród artystów, którzy w tym sezonie wybierają się do Polski bardzo dobre wrażenie zrobiła formacja Greta Van Fleet - pełnym energii nastolatkom błyskawicznie udało się stworzyć na scenie wrażenie, że czas cofnął się mniej więcej do Lata Miłości. Hippisowski rock z wszystkimi jego atrybutami - stroje muzyków, a nawet ich sceniczna ekspresja były żywcem wyjęte z lat 60-tych - znakomicie pasował do miejsca, w którym pół wieku temu dokonywała się napędzana przez ten gatunek rewolucja kulturowa.
Politycznymi akcentami i mocnym zaangażowaniem politycznym zaskoczył wieku widzów Jean-Michel Jarre. Sporo mówił ze sceny o zagrożeniach współczesnego świata, na wizualizacjach pokazał m.in. fragment wystąpienia Edwarda Snowdena, jednego z najważniejszych politycznych sygnalistów ostatnich lat. Łącząc swoje liczące cztery dekady klasyczne kompozycje z najnowszymi utworami pokazał, że choć jest trzykrotnie starszy od większości uczestników festiwalu, potrafi ich skutecznie sprowokować do tańca.

Dlaczego większość radiowych hitów brzmi tak samo? Wszystko przez ten wkurzający dźwięk

Zobacz także
Komentarze (1)
Coachella 2018 - dzień pierwszy należał do czarnych artystów
Zaloguj się
  • bartekgryko

    Oceniono 2 razy 2

    rozumiem, że pierwszy dzień należy do takiego czy innego gatunku, ale żeby segregować rasowo i dzień dla czarnych ? przecież to żałosne i nie ma nic wspólnego z tolerancją

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX