Cloud Nothings: Środek zimy to najlepszy czas, żeby zobaczyć Warszawę pierwszy raz w życiu

Jesienią ubiegłego roku ukazała się ich najnowsza płyta, piąty album, zatytułowany "Last Building Burning". Właśnie objeżdżają Europę, żeby ją promować. W najbliższą sobotę, 9 lutego, zagrają koncert w warszawskim klubie Hydrozagadka. Lider zespołu, Dylan Baldi, opowiada o nagrywaniu płyty, graniu koncertów i o tym, co kupił mamie pod choinkę.

Gdyby to były złote dni rocka, jak w latach 70-tych, tę nazwę wymieniałoby się w jednym szeregu z Led Zeppelin i Deep Purple, gdyby to był czas wielkiego powrotu gitarowego grania na szczyty list przebojów z lat 90-tych, ten zespół rywalizowałby z Nirvaną i Pearl Jam. Niestety, młodzi amerykańcy muzycy z grupy Cloud Nothings urodzili się trochę za późno, żeby zyskać taki poziom rozpoznawalności.

 Dziś, kiedy miliony fanów muzyki zajmują takie problemy jak kolejne internetowe wojenki Kanye Westa z całym światem czy błędy w japońskim tatuażu Ariany Grande, artyści grający indie rockowe hymny skazani są na małą czcionkę gdzieś na dalekim miejscu w serwisach muzycznych.

Ale to nie znaczy, że nie warto poświęcić im choć trochę uwagi. Tym bardziej, że muzycy grupy Cloud Nothings w kurczącej się niszy alternatywnego gitarowego grania uznani są dziś za prawdziwych mistrzów. Nagrywają płytę za płytą, a wszystkie pełne są kompozycji, które z miejsca zyskują status klasyków gatunku. Grają setki koncertów, objeżdżając sporą część świata i wszędzie zapewniając publiczności mnóstwo energii i świetnej zabawy. W najbliższą sobotę będzie się można o tym przekonać w Warszawie.

Przemysław Gulda: Wydaliście niedawno nowy album. Kipi energią i zawiera głównie szybkie i dynamiczne piosenki. Czy nagrywanie tego materiału też było takie: szybkie, pełne energii i dynamiki?

Dylan Baldi: Tak, wszystko rzeczywiście poszło bardzo szybko. Nagraliśmy ten album w osiem dni. I szczerze mówiąc nie za bardzo rozumiem, czemu zespoły potrzebują więcej czasu. Jeśli wchodzisz do studia z dobrze przygotowanym i przećwiczonym materiałem, a zespół jest mocno zgrany, naprawdę nie potrzeba więcej czasu niż tydzień.

Tym razem pracowaliście z Randallem Dunnem, producentem znanym przede wszystkim za sprawą nagrywania płyt metalowych zespołów. Jaka była jego rola w kształtowaniu ostatecznego brzmienia waszego albumu? Próbował sprawić, żeby piosenki zabrzmiały bardziej metalowo?

- Tak naprawdę wszyscy producenci, z którymi do tej pory pracowaliśmy, mieli bardzo podobną rolę w powstawaniu naszych płyt: każdy z nich próbował tylko uchwycić nasze koncertowe brzmienie. Zawsze wydaje nam się ono na tyle dobre, że nie ma co kombinować. Randall zaproponował użycie konkretnych wzmacniaczy, ale nie wydaje mi się, że jego celem było, żebyśmy w ten sposób zabrzmieli bardziej metalowo. Myślę, że chodziło mu raczej o wydobycie dźwięków, które miały w sobie intensywność i agresję, ale nie zmieniały naszego podstawowego brzmienia.

Właściwie na każdej waszej płycie pojawia się dłuższa, bardziej rozbudowana kompozycja, która ma wariacką partię, brzmiąca niemal jak improwizacja. Czy przywiązujecie jakąś szczególną wagę do tych utworów? Czy są one w jakimś sensie osią każdej z płyt?

- Nie wydaje mi się, żeby te utwory były ważniejsze od innych. Po prostu bardzo lubimy jammować, a tego typu utwory dają nam do tego przestrzeń. Mam wrażenie, że jeśli będziemy jeszcze kiedyś nagrywać kolejną płytę, cała może się składać z takich właśnie, bardo długich, piosenek. Może właśnie o to chodzi: żeby nagrywać coraz dłuższe utwory? Mam wrażenie, że nagrałem już wystarczająco dużo krótkich, popowych piosenek. Teraz już chyba czas na odkrywanie zupełnie nowych terytoriów.

Ostra muzyka bardzo często idzie w parze z radykalnymi, czasem politycznymi tekstami. Nie miałeś nigdy ochoty krzyczeć o politycznych sprawach?

- Raczej nie. Mam wrażenie, że na scenie muzycznej jest już wystarczająco dużo innych artystów, którzy to robią.

Twoje teksty sprawiają wrażenie bardzo osobistych, ale często zastrzegasz, że to tyko artystyczna kreacja. Nie kusi cię, żeby w swoich piosenkach otworzyć się trochę bardziej?

- Czuję, że śpiewanie o osobistych sprawach byłoby dla mnie zbyt zawstydzające. Wolę raczej operować na płaszczyźnie pewnej niejasności i budować metafory trudniejsze do jednoznacznego interpretowania. Szczerze mówiąc nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem muzyki, która miała bardzo oczywiste albo osobiste teksty. Wolę piosenki, w których prawdziwe znaczenie ukryte jest pod kilkoma warstwami abstrakcji.

Twierdzisz, że mocno unikasz spędzania zbyt dużej ilości czasu w internecie. Co jest dla ciebie ważniejsze od bycia online?

- Zdecydowanie bardziej wolę robić jakieś konkretne rzeczy: rozmawiać z ludźmi, czytać, przebywać na powietrzu. Internet jest miejscem, gdzie dzieje się zbyt wiele złych spraw, żeby poświęcać mu dużą część dnia. Mam wrażenie, że to bardzo niezdrowe.

Twoja mama zdaje się bardzo mocno wspierać wszystko, co robisz. Jak się czujesz, kiedy daje ci matczyne porady na publicznym kanale w internecie?

- Nie, nie, przecież nigdy tak nie robi! No i zawsze biorę pod uwagę wszystkie porady, które mi daje. Lubię ją, jest naprawdę świetną osobą. Lubi słuchać metalu. Przez przypadek kupiliśmy jej z tatą pod choinkę tę samą płytę Motorhead. Mam wrażenie, że mało innych mam ma tego typu problemy.

Bycie w trasie koncertowej stało się bardzo dużą częścią twojego dorosłego życia. Czy to wciąż jeszcze przygoda czy raczej już tylko praca? Co cię w tym najbardziej ekscytuje?

- Jeżdżenie na koncerty z reguły jest bardzo dużą zabawą. Jasne, że zawsze są jakieś problemy, ale to są przecież wciąż te same problemy, więc zdążyliśmy się już nauczyć, jak sobie z nimi radzić. Potrafimy już zamieniać kolejne trasy w tanie wakacje, choć tego akurat nauczyliśmy się zdecydowanie za późno. Nasza najnowsza trasa kończy się w Hiszpanii, mamy więc plan, żeby spędzić tam kilka dni bez koncertów i odpocząć.

Niedługo zagracie w Polsce...

- Jestem tym bardzo podekscytowany. Nigdy wcześniej nie graliśmy, ani nawet nie byliśmy w Warszawie. Mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć chociaż kawałek miasta i sprawdzić, jaki ma klimat. Mam wrażenie, że środek zimy to najlepszy czas, żeby zobaczyć Warszawę pierwszy raz w życiu.

Więcej o:
POPULARNE NAJNOWSZE
Komentarze (1)
Cloud Nothings: Środek zimy to najlepszy czas, żeby zobaczyć Warszawę pierwszy raz w życiu
Zaloguj się
  • zagatkowy_komandos

    Oceniono 1 raz -1

    A ja nie chcę zobaczyć Warszawy. Nigdy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX