Coachella 2019. Ariana Grande, Childish Gambino? Gwiazdy zawiodły, ale nie zabrakło ciekawych występów

Ariana Grande z rozmachem zakończyła muzyczny weekend, ale najlepiej wypadli artyści z drugiego szeregu - w Kalifornii zakończyła się pierwsza odsłona festiwalu Coachella.

W Indio na Pustyni Kalifornijskiej zakończył się pierwszy z dwóch weekendów tegorocznego festiwalu Coachella. To dwudziesta edycja imprezy, ale organizatorki i organizatorzy nie przygotowali z tej okazji żadnych specjalnych jubileuszowych atrakcji. Przez trzy dni na kilku scenach wystąpił zestaw artystek i artystów, którzy cieszą się dziś w Stanach Zjednoczonych ogromną popularnością. Ze scen brzmiał przede wszystkim pop, hip-hop i r’n’b, rockowe granie było na dalekim planie. Headlinerami w kolejnych dniach byli: Childish Gambino, zespół Tame Impala i Ariana Grande.

Coachella - Ariana Grande w walce o koronę królowej popu

Zdecydowanie najciekawsze i najbardziej imponujące rozmachem było widowisko przygotowane przez Arianę Grande. Choć jego realizatorzy wykorzystali najnowocześniejsze technologie i pomysły, było ono na swój sposób celowo staromodne, nawiązywało bardzo mocno do estetyki tego typu występów z lat 90-tych. Sygnał, że taki będzie charakter tego widowiska wokalistka wysłała już na samym początku, zapraszając na scenę popularny popowy boysband z tamtych czasów, N’Sync. A potem królowały znakomite choreografie, zwykle rozpisane na duże grupy tancerzy. Część z nich to typowe układy synchroniczne, ale nie zabrakło także momentów, kiedy zespół taneczny Grande wykonywał sceny narracyjne, niemal fabularne.

Nie zabrakło także wybitnych gości, których w zasadzie można się było spodziewać, bo wcześniej nagrywali piosenki z gwiazdą wieczoru - to m.in.: Nicki Minaj. Spore wrażenie robiły też momenty, kiedy na scenie pojawiała się orkiestra - piosenki nabierały wówczas iście podniosłego charakteru. Całości dopełniały wizualizacje, których tematem przewodnim były motywy kosmiczne.

Grande grała w Indio o wysoką stawkę: bez wątpienia chciała tym występem ukoronować ostatnią serię swoich sukcesów i upomnieć się o bezdyskusyjny tytuł królowej popu. I choć jej koncert mógł robić spore wrażenie, musiał ustąpić epickiemu widowisku, które w tym samym miejscu rok wcześniej zaprezentowała Beyonce.

Childish Gambino bez fajerwerków

Headlinerem pierwszego dnia festiwalu był Childish Gambino: raper, producent, aktor i reżyser, twórca którego wszędzie pełno. Pełno było go też na kalifornijskim festiwalu: nie dość, że wystąpił na głównej scenie, podczas imprezy premierę miał jego najnowszy film, festiwalowa legenda głosi nawet, że zdumionym szczęśliwcom rozdawał darmowe obuwie sportowe. Nic więc dziwnego, że w amerykańskich mediach niektórzy żartobliwie określali festiwal jako Gambinochella.

Sam jego występ zaczął się bardzo obiecująco: artysta wyłonił się, trochę zaskakująco, na platformie między widzami, w pozycji dzikiego zwierzęcia gotowego do skoku, potem zszedł na scenę, gdzie - jak się okazało po zapaleniu świateł - czekali na niego członkowie chóru. Byli w historycznych przebraniach i stali nieruchomo, jakby ktoś zrobił stopklatkę z horroru, dziejącego się w starym kościele. Wokalista przesuwał się między nieruchomymi postaciami, jakby się skradał.

Ten początek, pełen ciekawych pomysłów i filmowych nawiązań, zapowiadał wciągające widowisko. Niestety, na tym skończyły się pomysły inscenizacyjne.

Całą resztę miała załatwić osobowość i charyzma gwiazdy wieczoru. Czasem rzeczywiście załatwiała: choćby wtedy, kiedy muzyk zszedł przed scenę i zaczął rozmawiać ze stojącymi w pierwszym szeregu fankami i fanami. Z jednym z nich wypalił nawet jointa, upewniając się wcześniej, że jest pełnoletni. Czasem koncert ożywiały ciekawe pomysły muzyczne: premiera nowego, brzmiącego bardzo bojowo, utworu czy prezentacja coveru popularnej piosenki "Crazy" duetu Gnarls Barkley w zaskakującej, niemal gospelowej aranżacji.

Ale tego wszystkiego było trochę za mało jak na trwający około półtorej godziny występ. Momentami ze sceny wiało nudą i nic się na niej nie działo. Raczej nie tego oczekuje się po koncertach największych festiwalowych gwiazd.

Rock w odwrocie

Jeszcze mniej okazałe wypadła drugiego festiwalowego wieczoru formacja Tame Impala. Grający psychodelicznego rocka Australijczycy po prostu wyszli na scenę i zagrali swoje piosenki. A to już dziś zdecydowanie za mało na nowoczesnym festiwalu, gdzie królują wielkie widowiska. Muzycy grupy nie potrafili go stworzyć, a w zasadzie nawet nie spróbowali.

2019 Coachella Music And Arts Festival - Tame Impala2019 Coachella Music And Arts Festival - Tame Impala Amy Harris / Amy Harris/Invision/AP

Jeśli chodzi o stronę wizualną swojego występu blisko im było do "szkoły Radiohead", prezentowanej przez ten zespół przez kilka poprzednich sezonów na festiwalach w Stanach i Europie. To - z góry skazana na porażkę - próba przeniesienia na wielką scenę występu, która sprawdza się w małym klubie, ale prawie zupełnie nie wykorzystuje możliwości technologicznych festiwalowych aren. Chodzi przede wszystkim o ekrany, na których można np. pokazywać zbliżenia poszczególnych muzyków, żeby mogli ich zobaczyć widzowie stojący dalej od sceny. Bez tego może ich bowiem oglądać tylko garstka fanek i fanów stojących w pierwszym rzędzie.

Podczas występu Australijczyków przez większą część czasu na ekranie przesuwały się abstrakcyjne wzory - fakt: psychodeliczne, więc dopasowane do charakteru twórczości zespołu. I tylko czasem mignął tam któryś z muzyków, ledwie widoczny i rozpoznawalny - obraz poddawany był najróżniejszym cyfrowym przekształceniom. Przez pierwszych kilka minut wizualizacje robiły wrażenie, ale ten efekt szybko mijał.

Poziom energii podnosił się nieco, kiedy muzycy prezentowali swoje największe przeboje, ale to było zdecydowanie za mało, żeby "unieść" cały koncert na wielkiej scenie wielkiego festiwalu. Występ Australijczyków na Coachelli okazał się więc niestety bolesnym potwierdzeniem tezy o kryzysie headlinerów, zwłaszcza tych rockowych.

Kiedy zawodzą gwiazdy

Skoro więc większość gwiazd wieczoru zawiodła, kto na kalifornijskim festiwalu wypadł najlepiej? Było co najmniej kilka koncertów, które robiły ogromne wrażenie. Często były to bardzo niespodziewane sukcesy. Bo kto przewidziałby, że honor gitarowego grania obroni na Coachelli zespół Weezer, ostatnio będący raczej powodem drwin i kpin, niż poważnym kandydatem do podtrzymywania rockowego idiomu.

A jednak. Muzycy tej amerykańskiej grupy wypadli znakomicie: ich koncert był pełen przebojów, energii, kolorów i pomysłów. W bezpretensjonalny i autoironiczny sposób ogrywali to wszystko, co jest powodem żartów na ich temat, a repertuar, który zaprezentowali udowadniał, że przebojów, które świetnie sprawdzają się na żywo, mają w zanadrzu niewspółmiernie więcej niż grupa Tame Impala. Wisienką na torcie były dwa covery - "Africa" grupy Toto, dzięki któremu zespół ostatnio powrócił na szczyty listy przebojów i utwór "Everybody Wants to Rule The World", wykonany wspólnie z autorami, muzykami grupy Tears For Fears.

Inną niespodzianką była porywająca prezentacja gwiazdy latynoskiego reggaetonu, J Balvina, która okazała się jednym z najlepszych występów na tegorocznej Coachelli. Była dokładnie tym, czego potrzebuje dziś festiwalowa publiczność: eksplodująca najróżniejszymi atrakcjami, kiczowato kolorowa, pełna gości i niespodzianek. Artysta wykorzystał wszystkie możliwości największej sceny: zastawił ją całą kolorowymi elementami scenografii, ustawił schody dla tancerzy, sam biegał z jednego końca na drugi. W tle przesuwały się przyciągające wzrok animacje, dopasowane do kolejnych piosenek. To wszystko sprawiało, że nawet ci, którzy z trudem znoszą uproszczoną, mechaniczną muzykę tego wykonawcy, stali pod sceną zauroczeni rozmachem widowiska, które przywiózł do Indio.

2019 Coachella Music And Arts Festival - J Bavlin2019 Coachella Music And Arts Festival - J Bavlin Amy Harris / Amy Harris/Invision/AP

Nieco podobnie było dzień później w przypadku innego gwiazdora z latynoskimi korzeniami, artysty znanego jako Bad Bunny. On także z powodzeniem wykorzystał gigantyczny ekran, ilustrując swoje utwory animacjami w najróżniejszym stylu: od takich, które przypominały filmy dla dzieci, do montażu elementów zaczerpniętych z estetyki punkowej.

Ilością gości, rozmachem wizualizacji i scenografią zaskoczył Khalid. Na scenie stanęła furgonetka znana z okładki jego najnowszej płyty, która miała premierę tuż przed festiwalem. A piosenki zaśpiewali wspólnie z nim m.in.: Billie Eilish, Halsey i Normani. Spore wzruszenie wywołał z kolei moment, kiedy Khalid wspominał dwóch artystów, którzy niedawno zmarli: Mac Millera i Nipseya Hussle’a - mówili o nich ze scen tegorocznej Coachelli także inni muzycy, m.in.: H.E.R., Kid Cudi i Anderson .Paak.

Znakomicie potrzeby współczesnej publiczności festiwalowej zrozumiała też Tierra Whack. Młoda raperka bardzo mocno zadbała o spójność i atrakcyjność swojego występu. Obok przebojowych, prostych i melodyjnych piosenek, składały się nań: kolorowa scenografia, kostiumy, a przede wszystkim znakomite animacje, w których plastelinowa postać podobna do artystki była poddawana najróżniejszym modyfikacjom: od wykręcania głowy do nadmuchiwania jak balon.

Więcej o:
Skomentuj:
Coachella 2019. Ariana Grande, Childish Gambino? Gwiazdy zawiodły, ale nie zabrakło ciekawych występów
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX