Laureat Paszportu Polityki znów wodzi na pokuszenie słowami [FRAGMENT OPOWIADANIA]

Od ironii do wzruszenia, od sarkazmu do humoru - Szczepan Twardoch w świeżo wydanej "Balladzie o pewnej panience" opowie nam o świecie tak, że często pomyślimy: "Szkoda, że ja tak nie potrafię".

"Ballada o pewnej panience" to zbiór jedenastu najważniejszych opowiadań Szczepana Twardocha. Pokazuje w nich, jak zgrabnie potrafi balansować na granicy różnych gatunków – począwszy od boleśnie realistycznego "Mojego życia z Kim", przez ocierającą się o fantastykę "Gerdę", po dobitnie przypominającym o literackich korzeniach Twardocha "W piwnicy". Poniżej publikujemy obszerny fragment jednego z opowiadań.

 

"Ballada o pewnej panience"
Szczepan Twardoch
Wydawnictwo Literackie
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl

Na pogrzeb mojej narzeczonej przyszedłem trochę jeszcze pijany, ale bardziej już na kacu, ubrany nieodpowiednio i w znakomitym humorze. Ojciec zmarłej patrzył na mnie spode łba, bo winił mnie za jej śmierć — i miał rację, byłem tej śmierci winien. Odpowiadałem za śmierć jego kwiatuszka, światełka żywota jego, to przeze mnie to liliowobiałe ciało leży w niezasłużenie białej trumnie, to przeze mnie lakierowana biała trumna spoczywa w czarnym, przeszklonym karawanie, a konie na łbach niosą czarne pióropusze. Zawsze kochała konie, kochała konie bardziej niż ludzi i nie mam tu przecież na myśli tylko samego siebie. Co do tego nigdy nie miałem złudzeń. Sypiała ze mną, oczywiście, zwłaszcza gdy sprawiłem jej drogi pierścionek zaręczynowy, chadzała ze mną na fajfy i bale, lubiła pokazywać się w mieście na prawym siedzeniu mojego odkrytego buicka, ale przecież oboje wiedzieliśmy, że mimo pierścionka żadnego ślubu nie będzie. Żadnych białych sukien, wzruszonych ciotek, znudzonego klechy.

Tylko, owszem, bardzo udana miłość cielesna w pewnej szczególnej formie, owszem, tańce, miłe towarzystwo, szampan i wódka, a pierścionek tylko po to, aby zawrzeć mordę ojcu, gdyby chciał przeszkadzać nam w schadzkach. Oraz dlatego że sobie tego pierścionka zażyczyła. Nie oddała go, kiedy wszystko stało się jasne, i miała go na palcu w tej białej trumnie w czarnym karawanie, i zaraz razem z nią spocznie pierścionek w gliniastym grobie, ją zjedzą robaki, a pierścionek, drogi, z brylantem, tylko się zmarnuje. Kochała więc konie, towarzystwo, pieniądze, zabawę do rana, sławnych aktorów, szampana i szczególny rodzaj miłości cielesnej i nie kochała ludzi. Nikogo.

Przekonany jestem, że nie kochała nawet rodziców. Trudno jej się dziwić, ojciec niemiecki ewangelik surowy jak Luter, matka jemu podobna, chociaż katoliczka, dewotka zapatrzona w proboszcza tak samo, jak córka jej w kinowych aktorów. Rodzeństwa nie miała. Gdyby miała, to pewnie zagryzłaby w kołysce. Nie myślcie tylko, że czuję się przez nią skrzywdzony. Byliśmy siebie warci, ja i ona. Emablowała pięknych aktorów na rautach, na które przyszła ze mną, emablowała ich otwarcie, na moich oczach, upokarzając mnie z rozmysłem — ja więc odpłacałem jej, jak mogłem, opowiadałem o moich prawdziwych lub zmyślonych miłosnych przygodach. Śmiała się, ale miałem nadzieję, że ją te moje miłostki bolą. Po to też się za nimi uganiałem, tracąc czas, pieniądze i witalną energię. Nawet nie po to, by ją zranić, bo nie wydawało mi się to możliwe. Po to, by nie pozostawać jej dłużnym.

Wieczór przed pogrzebem spędziłem w miłym towarzystwie moich wspólników. Było nas trzech: Loewe, Krupiński i ja. Zaprosiliśmy pięć wesołych dziewcząt, których zawodowo-rozrywkowy status nie był precyzyjnie określony — czasem brały pieniądze, czasem nie. Od nas zwykle nie, bo byliśmy na to zbyt bogaci. Nie brały, bo liczyły na coś więcej niż zapłata według cennika, nawet kiedy na trzech chłopa zapraszaliśmy ich pięć. Wszystkie były piękne, urocze powabem należącym do zawodowych obowiązków, czyli najlepszym, godziły się bez kapryszenia na wszystko, czego od nich oczekiwano, i nie miały do siebie za grosz szacunku. My, to znaczy Loewe, Krupiński i ja, nie szanowaliśmy ani ich, ani samych siebie, szanowaliśmy jednak siebie nawzajem. Nie nazwałbym naszej relacji przyjaźnią, bo nie mam zbyt dobrego zdania o przyjaźni.

To, co łączyło naszą trójkę, było czymś o wiele lepszym niż przyjaźń. Potrzebowaliśmy siebie i dawaliśmy sobie nawzajem to, czego potrzebowaliśmy, w naszej skromnej kancelarii i w życiu towarzyskim. Loewe znał wszystkich stołecznych bogaczy, jadał z nimi kolacje i lancze, woził się ich limuzynami i siadywał w ich lożach w teatrze i w operze, i to on znajdował nam klientów, bo też tylko najbogatsi mogli sobie na nas pozwolić. Krupiński, kapitan rezerwy, kawaler licznych orderów i weteran trzech ostatnich wojen z bolszewikami, zajmował się realizacją, dodawał nam również wiarygodności tam, gdzie jego Virtuti Militari, Krzyże Walecznych, medale za kampanie krymskie, inflanckie, białoruskie i kaukaskie wiarygodności były podstawą.

Na tę okoliczność zachował oficerski mundur starego wzoru, bo przecież do marynarki tych orderów przypiąć nie sposób. Ja zaś, mówiąc najprościej, byłem całego przedsięwzięcia pomysłodawcą i organizatorem. Ja, chłopiec z biednej, górniczej rodziny, pierwszy od pokoleń bez węglowego pyłu za paznokciami i w płucach. Kosztowało mnie wiele wysiłku, by nie pójść w ślady dziadka, ojca, braci. Pierwsze prawdziwe pieniądze, większe niż to, co robotnik może odłożyć ze swojej pensji, zdobyłem jeszcze w rodzinnym mieście. Nie była to fortuna, ale pozwoliły mi one wynieść się z ciasnego mieszkanka rodziców w wielorodzinnym domu i po raz ostatni spojrzeć na patronackie, przykopalniane osiedle z czerwonej cegły, już z okna pociągu, z biletem w jedną stronę w kieszeni pierwszego porządnego garnituru. Gimnazjum ukończyłem z wyróżnieniem, nie zawiodłem mojego patrona, właściciela kopalni, w której pracowali mój ojciec i jego bracia, i moi bracia. Przemysłowiec nazywał się Udo Heinrich Graf von Donnersmarck i ufundował dla mnie stypendium, osobiście zapoznawszy się z moją niezwykłą u górniczego dziecka inteligencją i wiedzą. Myślał może, że wyrośnie ze mnie drugi Godulla? Nie wyrósł jednak.

 

Po maturze chciałem studiować, ale mój dobroczyńca miał wobec mnie inne plany. Uważał mnie za swoją własność, jak konia, którego osobiście ujeździł, albo psa, którego sam nauczył różnych sztuczek. Brakowało mu ludzi władających trzema językami, którymi mówiono w kopalni, a zdolnych przy tym do pracy biurowej. Obiecywał mi wielką przyszłość. — Popracuj tu, chłopcze, lat dwadzieścia, a zrobię cię dyrektorem tej kopalni — mawiał, szczypiąc mnie pieszczotliwie w policzek. Wierzyłem mu, był człowiekiem słownym, uczciwym i wielkiego serca. Dolą ludu przejęty głęboko, czynił, co mógł, by jej ulżyć, jeśli nie uszczuplało to jego stanu posiadania. Troska ta wynikała zarówno z jego głęboko chrześcijańskich przekonań, jak i ze strachu przed komunistycznymi agitatorami, którzy w kopalniach i hutach Donnersmarcka znajdowali posłuch o wiele mniejszy niż gdzie indziej. Mnie uważał słusznie za jednostkę wybitną i przekonany był, także słusznie, że zajdę daleko.

Po maturze więc nie zgodził się na mój wyjazd na studia, dał mi za to pracę w kopalnianej kasie, gdzie zostałem jednym z urzędników odpowiedzialnych za górnicze wypłaty. Ojciec i matka pękali z dumy. Moja pierwsza pensja równała się ojcowskiej po jego dwudziestu latach ciężkiego znoju na dole. Całą, jak ojciec i bracia, oddałem matce, ta zaś wydzieliła mi skromne kieszonkowe, jak ojcu i braciom. Nie chciałem jednak pracować na kopalni. Nawet w kasie, nawet w czystym garniturze zamiast górniczych drelichów i kasków, nawet siedząc na wygodnym krześle zamiast gięcia karku na niskich przodkach. Nie chciałem wcale za dwadzieścia lat zostać dyrektorem kopalni należącej do Donnersmarcka, chciałem być kimś o wiele większym niż dyrektor kopani należącej do Donnersmarcka, postanowiłem więc Donnersmarcka okraść.

Przyszło mi to z łatwością, bo pozostali urzędnicy pracujący w kasie nie byli zbyt lotni, zwłaszcza w porównaniu ze mną. Zanim ktokolwiek połapał się, że z miesiąca na miesiąc rośnie manko, ja byłem już za granicą, w stolicy i studiowałem prawo. Ojca i braci Donnersmarck na pewno zwolnił za moje winy, posądzając ich o współudział w mej zbrodni.Ubolewałem nad tym, bo egzystencja mej rodziny, nagle pozbawionej wszystkich źródeł dochodu, bez wątpienia została zagrożona. Zapewne przymierali głodem, zanim ojciec czy bracia nie znaleźli roboty gdzieś indziej. Ubolewałem więc, ale zostawiłem ten czarny świat za sobą, odciąłem tę część mego życia niczym nożem i wiedziałem, że tam nie wrócę. Nie dzwoniłem, bo oczywiście nie mieli telefonu. Nie pisałem listów i nie słałem telegramów, chociaż mieli adres, nie chciałem więcej oglądać moich dobrych rodziców i rzetelnych braci, za moje winy skrzywdzonych przez człowieka, do którego tak naprawdę należeli, chociaż nazywało się to, iż jedynie dlań pracują. Ich życie nie było moim życiem. Nie moją była ich nędza, czarny pył za paznokciami i dookoła oczu, szary brud ulic patronackiego osiedla i dziwaczny język, w którym od wyjazdu za granicę nie powiedziałem już nigdy ani słowa. Zostawiłem ich z tym wszystkim.

Na studiach poznałem Loewego i to od niego dowiedziałem się czegoś bardzo ważnego — tego, że pilna nauka, studia, egzaminy ustne i pisemne, kolokwia i seminaria są dla ludzi głupszych od nas. My, ja i on, jesteśmy na to za mądrzy i zbyt chciwi życia. Dzięki pieniądzom Donnersmarcka, zamiast studiować, bywaliśmy w najlepszych lokalach, a w takich bywał też Krupiński i tak się poznaliśmy. Krupiński wrócił właśnie z Kaukazu, z trzeciej wojny z Rosją, gdzie służył w wywiadzie zakordonowym, kontraktując kaukaskich górali do aktów terroru daleko za wrogimi liniami. Potem przegnali go z Kaukazu radykalni emirowie. Wcześniej był na Ukrainie instruktorem, uczył wolnych Ukraińców obsługi francuskich czołgów marki Renault, które transport za transportem szły do Kijowa na otwartych platformach długich pociągów wojskowych. Po kampanii kaukaskiej uznał, że dość się już nawojował, i z pomocą wpływowego stryja w randze generała broni przeniósł się do rezerwy. Planował zająć się swoimi pasjami, to jest polowaniami i tenisem. Kaczki i korty znudziły mu się jednak szybciej niż wojna, na życie nie musiał zarabiać jako rentier i właściciel pokaźnej fortuny, którą brawurowo zdefraudował, zajmując się dystrybucją pomocy wojskowej na Ukrainie. Chętnie przechwalał się, że do jego kieszeni trafiało co najmniej pięć z każdych stu dolarów wydanych na czołgi, karabiny i działa przeciwpancerne, z których wolni Ukraińcy strzelali do bolszewików. Zaznaczał jednak, że z tego piątaka musiał pokryć koszty łapówek i reprezentacyjne, więc ostatecznie trochę mniej.

Teraz, nudząc się w rezerwie, siadywał z dziewczętami lub chłopcami w Rialto, w Studio, w Kulturalnej albo w Adrii, ruchał na potęgę, czasem organizował orgie sławne na całe miasto, zażywał narkotyki, pił wódkę i czekał, co się wydarzy, wydarzyliśmy się zaś Loewe i ja. Potrzebowaliśmy kogoś takiego jak on, a on potrzebował zajęcia. — Potrzebuję zajęcia — mówił. — Takiego jednak, przy którym nie będę musiał rozpinać rozporka, jasne? W wigilię pogrzebu mojej dziewczyny świętowaliśmy umiarkowanie, chociaż z płatnymi paniami. Krupiński opuścił nas dość szybko, po realizacji był zmęczony i nie miał ochoty na dziewczęta, po realizacji zwykle wolał chłopców. Zostaliśmy sami z Loewem i kurwami, w siedmioro. Bawiliśmy się wesoło, chociaż niezbyt hucznie. Loewe chciał posiąść wszystkie, sił witalnych wystarczyło mu jednak na trzy. Ja nie zamierzałem bić rekordów jurności, zadowoliłem się pozostałymi dwoma, za to jednocześnie.

Nad ranem Loewe zapowiedział, że nie idzie na pogrzeb. Nie miałem mu tego za złe, sam postanowiłem nie kłaść się wcale. Bawiliśmy w największym apartamencie hotelu Metropol, zamówiłem śniadanie do pokoju, zjadłem cztery jajka benedict, popiłem kawą i małą butelką Mumma, dziewczęta miały kokainę, z której skorzystałem, i już byłem gotów na pogrzeb mojej dziewczyny. Powinienem się był oczywiście przebrać, ale kiedy o tym pomyślałem, zrobiło się już zbyt późno. Z jednej strony nie miałem tego we krwi, chłopiec wychowany w nędzy patronackiego osiedla przy kopalni, z drugiej zaś podejrzewam, że podświadoma część mnie chciała, naprawdę chciała tej gafy, jaką jest przyjść na pogrzeb w smokingu.

W nieświeżej koszuli z plamami po przygodach dnia poprzedniego na marszczonym gorsie. Spóźniłem się, było już po mszy, żałobnicy wylegli z kościoła, skąd poważni panowie w czarnych surdutach wynosili na ramionach białą trumnę, na schodkach podtrzymując ją delikatnie, aby się im z ramion nie zsunęła. Wysiadałem właśnie z taksówki i płacąc za kurs, wyobraziłem sobie, jak biała trumna wymyka się z rąk grabarzy, spada na bruk, roztrzaskuje się i pośród desek leży liliowe ciało w białej, dziewiczej sukience, bezwładne, martwe. Roześmiałem się do tej myśli, nic takiego się jednak nie stało. Trumna trafiła prosto do przeszklonego karawanu, do mnie zaś dotarły teatralne szepty żałobników.

— Patrzcie, w jakim stanie przychodzi, patrzcie, pijany, prosto z biesiady jakiejś, nawet się nie przebrał, narzeczony, dobre sobie, śmieje się jeszcze — szemrali, bezradni, ale niosło się to ich szemranie i dotarło nawet do mojego o mało co teścia. O mało co przynajmniej w jego mniemaniu. Patrzył na mnie z niechęcią, nie było go nawet stać na nienawiść. Uśmiechnąłem się doń, za nic miałem jego niechęć, o której wiedziałem od samego początku, od kiedy tylko powiedziała: — Papo, to mój narzeczony. Chciał cię prosić o moją rękę, ja jednak nie uważam, byś rozporządzał moim życiem, więc ci po prostu fakt mojego narzeczeństwa podaję do wiadomości. Przyjął to ze wstrętem i ze złością, ale bez protestu, bo wiedział dobrze, że jest od niego silniejsza. Bał się jej.

Premiery kinowe października

Więcej o: