Kiedy osądzamy i wykonujemy wyroki, czujemy satysfakcję. Tu nie ma miejsca na "przebaczenie"

Po nominacji do prestiżowej Nagrody Wielkiego Kalibru Marta Zaborowska wraca z nową powieścią "Jej wszystkie śmierci". O byciu pisarskim "szaleńcem", a także o silnych kobietach, zemście i totalnej bliskości zła z autorką rozmawia Mateusz Uciński.

Mateusz Uciński: "Jej wszystkie śmierci" to powieść, od której trudno było mi się oderwać. Chociaż przyznam, że z początku czekałem, kiedy pojawi się w niej detektyw Julia Krawiec. A tu nic! Czemu odstawiła Pani na bok swoją ulubioną bohaterkę?

Marta Zaborowska: Bardzo mi miło, że opowiedziana przeze mnie historia wciąga, starałam się opowiedzieć ją w jak najlepszy sposób. Dla każdego pisarza, który myśli o swojej pracy poważnie, niezwykle ważne jest, by czytelnik "wszedł" gładko w akcję i poczuł to, co dzieje się na kartach powieści w sposób możliwie najbardziej zbliżony do tego, co chce przekazać mu autor. Taka jest jego rola, aby stworzyć postacie, sytuacje, emocje, podsunąć zapachy i dźwięki, które dadzą się poczuć niemal namacalnie. Jeśli czytelnik uzna, że robota została dobrze wykonana i wysunie kciuk do góry, jest sukces. Kciuk nie pójdzie w górę, gdy autor będzie zbyt oszczędny w dawaniu czytelnikowi swojego wykreowanego świata. Mówię "dawaniu", bo to, co robimy, jest właśnie dawaniem lub właściwie podawaniem na tacy tego, co mamy w swojej pisarskiej głowie. To jest tak, jak z zabawą w pomidora: wygram, jeśli zdanie, które stworzę w swojej wyobraźni, dojdzie do ostatniego uczestnika gry w swoim pierwotnym stanie. Niby proste, a jednak nie można przegapić ani jednego wyrazu. W przeciwnym razie czytelniczy kciuk będzie skierowany do dołu.

Co do Julii Krawiec. Zapowiadałam, że w mojej nowej książce rozgości się już całkiem nowa ekipa bohaterów, więc czuję się usprawiedliwiona. Wiem, że u wielu z moich czytelników taka wolta z premedytacją może wywołać rozczarowanie, ale mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Na rynku czytelniczym od wielu lat odczuwalne są tendencje do zatapiania się w wielotomowych sagach rodzinnych i kryminalnych, w pełni zdaję sobie z tego sprawę. To jest w modzie i nie ma co z tą modą dyskutować. Z tym że ja miałam w sobie wewnętrzne chciejstwo, aby się od tego odciąć. Po trzech latach obcowania z Julią i jej ekipą potrzebowałam świeżej krwi do swojej kolejnej powieści. Odmiany, która mnie odświeży i nada moim bohaterom nowe twarze. Dla mnie trzy książki z Julią były startem, wypróbowaniem samej siebie i tego, czy umiem i chcę pisać. To była taka gimnastyka dla palców. "Uśpienie", czyli pierwszą powieść z serii, zaczęłam pisać na warsztatach pisarskich, a potem dokładałam już tylko kolejne wątki i sprawy kryminalne. Akcja toczyła się niemal sama, przeniosła się na "Rajskie ptaki" i "Gwiazdozbiór". Uznałam, że dla własnej higieny psychicznej, powinnam na tym skończyć i spróbować czegoś nowego.

Chociaż głównym bohaterem w książce jest Erwin Cis, który wraca po latach do Polski z Niemiec, żeby dowiedzieć się o śmierci swojej dawnej narzeczonej, to jednak mam wrażenie, że "Jej wszystkie śmierci" tak naprawdę koncentrują się na występujących w książce kobietach. Izabela, Sońka, Simone czy Judyta to postacie o bardzo mocno zarysowanych charakterach.

Bez silnych charakterów nie byłoby wyrazistych postaci, także tych drugoplanowych. Drugi plan zawsze wspiera u mnie mocno plan pierwszy, takie mam założenie i stosuję je konsekwentnie. A że silnymi cechami osobowościowymi obdarzyłam właśnie płeć piękną? Odnoszę wrażenie, że na dobre minęła epoka kobiety-bluszczu, mimozy, zagubionej w świecie kruchej istoty, o której tak ładnie pisała w swym "La précieuse" Pawlikowska-Jasnorzewska. Już nie stoimy nad kałużą, wahając się, jak zrobić krok w nieskończoność. Całe nasze życie składa się z kałuż, więc przeskakujemy przez nie i idziemy dalej. Takie też są moje bohaterki. Daję im siłę, ale równocześnie dolewam do ich wrzących charakterów odrobinę łagodności i tak nieodłącznej kobietom wrażliwości. Gdyby były tylko silne lub tylko słabe, byłyby nierealne. Tyle w nas piekła, ile nieba, i to starałam się pokazać.

Przyznam, że z czytaniem tej książki jest trochę jak z otwieraniem pudełek, w których odnajdujemy kolejne i kolejne. Bardzo ciekawie potrafi Pani "grać" z czytelnikiem. "Jej wszystkie śmierci" rozpoczynają się od swoistej "podróży sentymentalnej", a kończą niemalże jak w "Siedem" Davida Finchera. Bardzo jestem ciekaw, czy kiedy tworzyła Pani tą intrygę, od początku miała ją Pani w głowie, czy pomysły rodziły się na bieżąco?

Są dwa rodzaje pisarzy: jedni robią tak zwany "gryplan", z aptekarską precyzją tworzą plan swoich powieści. Rozpisują rozdział po rozdziale, scena po scenie, tak, żeby nic po drodze nie umknęło i nie zmieniło fabuły, którą sobie pierwotnie wymyślili. To są ci poukładani. Drugi rodzaj to szaleńcy, którzy siadają przed pulsującym kursorem i nigdy nie wiedzą, dokąd pisanie ich zaprowadzi. Stwierdzam oficjalnie, że jestem szaleńcem. Próbowałam być poukładana. Zawzięłam się i przyniosłam do domu wielkie płachty kart z flipcharta i kolorowe pisaki. Rozłożyłam to wszystko na podłodze i zaczęłam planować. Po kwadrancie rysowania strzałek (kto z kim, kiedy i dlaczego) zaczęłam się pocić. Po godzinie porwałam wszystko i wyrzuciłam do kosza. Kiedy siadam przed białym ekranem laptopa, nie mając rozpisanych schematów, dialogów oraz nie muszę działać według pisarskiej agendy, czuję się wolna w tym, co robię. Nie wiem, co wyjdzie spod moich palców, i to czyni mnie autentycznie szczęśliwą w tym zawodzie. Jestem jak widz w kinie. Moszczę się w swoim fotelu i czekam, aż ekran zacznie do mnie przemawiać. Ujęcie po ujęciu, klatka po klatce. Przed oczami tworzą się obrazy i to jest właśnie ten moment, kiedy mogę zabrać się do pisania. Tylko wtedy czuję euforię pisania. Doceniam tych "poukładanych" i ich styl pracy, ale dla mnie poukładanie może oznaczać co najwyżej to, że znam początek (czasem, nie zawsze) i koniec swojej powieści. Wszystko inne dzieje się po drodze. 

"Jej wszystkie śmierci" i inne kryminały Marty Zaborowskiej w formie ebooków są dostępne w Publio.pl >>

Kryminały Marty ZaborowskiejKryminały Marty Zaborowskiej mat. prasowe

W książce pokazuje Pani mechanizm ucieczki. Przed odpowiedzialnością za swoje czyny, ze strachu, ale także przed uczuciem czy nawet przed samym sobą. Jednocześnie można wywnioskować, że tak naprawdę nie da się uciec.

Człowiek jest w stanie wytworzyć w sobie mechanizm obronny, psychologia nazwała to trafnie wyparciem. Silny imperatyw, by chronić się przed utratą komfortu psychicznego, wypycha z ludzkiej świadomości to, co zagraża stabilności psychicznej. Takie stany, w mniejszym lub większym stopniu, znane są każdemu z nas. Upchane do wewnątrz lęki, traumy, przewinienia, ale też i szlachetne uczucia, których się boimy, tkwią w nas jak zadra pod paznokciem. Nieruszana, z czasem przestanie dokuczać, ale wystarczy lekkie podrażnienie, a ból wraca. I będzie powracał, dopóki nie stanie się twarzą w twarz z tym, kim się jest i co się zrobiło. Nie znam innego wyjścia. Jesteśmy istotami ludzkimi, z pamięcią naszych tkanek, mięśni i nerwów. Ciało nie zapomina i mózg nie zapomina. Od naszego ciała i mózgu nie ma donikąd ucieczki.

Jednym z motywów powieści jest handel kobietami. Chociaż chyba każdy o tym słyszał, to jednak w książce "Jej wszystkie śmierci" pokazała Pani to w sposób, który bardzo mocno trafia do świadomości i daje do myślenia. O tym, że być może takie rzeczy nie dzieją się gdzieś w izolacji, totalnym ukryciu, ale tuż obok, być może za ściana bloku, w którym mieszkamy.

Wolałabym, aby takich scenariuszy jak ten opowiedziany w mojej książce życie nie pisało nigdy i nigdzie. Skrajną naiwnością jest jednak wierzyć, że handel kobietami nie istnieje. Kiedyś natrafiłam na artykuł mówiący o żonach na sprzedaż. Chciałam dowiedzieć się o tym procederze jak najwięcej, ale to nie jest popularny temat, sprawa traktowana jest przez nasze media zdawkowo. Sięgnęłam więc po zagraniczne reportaże, które są dużo odważniejsze w poruszaniu niewygodnych społecznie tematów. Ich bohaterkami były dziewczyny zza wschodniej granicy, zwykle z ubogich rodzin. Omamione wizją lepszego życia u boku "zachodniego" męża były skłonne zostawić za sobą swoje dotychczasowe życie i wyjechać w nieznane, oddać się w ręce obcych ludzi z portali matrymonialnych, którzy organizowali im transfer za wielką wodę. Jedne trafiły dobrze, inne skończyły jako służące lub panie do towarzystwa. Nie trzeba mieć zbyt wybujałej fantazji, aby wyobrazić sobie, co je spotkało, gdy już wysiadły z samolotu, a na lotnisku nie czekał na nie obiecany książę na białym rumaku. Stąd też motyw handlu kobietami w mojej książce. Takie historie rzadko kończą się happy endem i warto o tym pamiętać. 

"Jej wszystkie śmierci" to także opowieść o zemście. Prawdziwie makiawelicznej. I nie da się ukryć, że zemsta ta ma swoje usprawiedliwienie. Nie uważa Pani?

Podobno wszystkie ludzkie krzywdy da się rozwiązać na sali sądowej, ale wiadomo, nie o taką sprawiedliwość ludziom chodzi. Chcemy więc sami osądzać i sami wykonywać wyroki, bo tylko wtedy czujemy satysfakcję. Zwłaszcza, jeśli poczucie krzywdy jest piekielnie silne, trawi nas od środka i odbiera rozum, zaślepia. W takiej sytuacji sięgamy po samosąd. Tak jest łatwiej i bardziej skutecznie. Można się oburzać i mówić, że mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek, że trzeba takie sprawy rozwiązywać w cywilizowany sposób, ale prawda jest taka, że przed wymierzeniem samosądu często blokuje nas jedynie perspektywa kary, jaką poniesiemy za podniesienie ręki na drugiego człowieka. Pyta Pan, czy zemstę można usprawiedliwić. Relacje sprzed sal sądowych, gdzie toczą się sprawy o najcięższe zbrodnie, pokazują frustrację poszkodowanych rodzin, dla których wyrok wymierzany sprawcy zawsze jest zbyt niski. Taki wyrok nie koi bólu, a tym samym nie niweluje chęci zemsty. Przecież sprawiedliwość wciąż nie zwyciężyła, w naszych oczach nadal jesteśmy ofiarami. Co bardziej potulni i praworządni nadal nie będą spać po nocach i płakać w poduszkę, ale inni wezmą sprawy w swoje ręce. I nie będą ich ograniczać żadne paragrafy, w słowniku osób szukających zemsty nie ma słowa "odpuść" ani tym bardziej "przebacz".

Pani Marto, od dłuższego czasu obserwuję to, co się dzieje z powieściami kryminalnymi, i trudno nie zauważyć, że prym wiodą na nim kobiety, udowadniając, ze to wcale nie taki "męski" gatunek literacki. Bardzo mnie to cieszy, jednak chciałbym spytać, na czym Pani zdaniem polega ten sukces. Przecież Pani także była nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, czyli najbardziej prestiżowej literackiej nagrody przyznawanej za najlepszą polskojęzyczną powieść kryminalną lub sensacyjną. Czy kobiety piszą kryminały inaczej niż mężczyźni?

Jak ognia wystrzegam się osądu, która płeć pisze lepsze kryminały. Tu nie ma dobrej odpowiedzi. Jako czytelnik, bo przecież też nim jestem, dzielę powieści na dobre i te mniej udane. Doceniam kobiece pióro, które jak żadne inne potrafi snuć zawiłe intrygi, a to koronkowa robota wymagająca wyjątkowej zdolności spinania ze sobą rozmaitych wątków, ale też oszukiwania czytelnika i - co by nie mówić - wyprowadzania go na manowce. Ponadto, kobiety świetnie radzą sobie z przekazywaniem emocji. Robią to w sposób całkiem naturalny, bez większego wysiłku. A przecież tego czytelnicy szukają w książkach: emocji. Bez nich powieść byłaby zwykłym zapisem zdarzeń, lekko podrasowanym reportażem. Myślę, że tym właśnie często wygrywamy. Kryminał w wydaniu męskim jest nieco inny, znajduję w nim bardziej surowe widzenie świata, tu ważniejsze jest samo prowadzenie akcji, czołowe zderzenie bohatera z szeroko pojętym złem. Często fabuła opiera się o wątki polityczne, a w przypadku kobiet - społeczne. Czytelnicy sami muszą zadecydować, do jakiego sposobu pisania jest im bliżej. A jest w czym wybierać. Na polskim rynku co chwila pojawiają się nowe nazwiska, wyczytałam w sieci, że osób piszących kryminały jest w Polsce ponad dwieście. To gigantyczna liczba, wręcz niewiarygodna. Kobiet jest rzeczywiście chyba więcej niż mężczyzn, nigdy tego nie sprawdzałam, ale cieszę się, że koleżanki odnoszą sukcesy i bardzo im dopinguję. 

Na koniec chciałbym spytać o Pani plany. Czego mogą spodziewać się czytelnicy? Powrotu Julii Krawiec czy może jednak kontynuacji wydarzeń opisanych w książce. Przyznam, ze komunikat telewizyjny kończący "Jej wszystkie śmierci" pozostawia pewien niedosyt.

Lubię pozostawiać niedosyt, to jest takie moje przekorne poklepywanie czytelnika po ramieniu i czekanie na jego reakcję. Ciśnie mi się wtedy na usta pytanie "a ty jaki ciąg dalszy byś dopisał?". Czytelnik albo się zirytuje i obrazi na autorkę, albo uruchomi wyobraźnię. Optuję oczywiście za drugim rozwiązaniem. A mówiąc poważnie: ostatnia scena otwarta jest tylko na pozór. Kto uważnie prześledzi losy bohaterów, z łatwością domyśli się, że finał może być tylko jeden. Ja tu nie jestem już do niczego potrzebna, nie muszę stawiać kropki nad i.

Nie planuję wracać do losów bohaterów tej książki, ani do poprzednich. Mam potrzebę zaczynania kolejnych historii i szukania nowych pomysłów zamiast brodzenia wciąż w tej samej rzece. Skoro wiem, że to nie dla mnie, nie ma sensu czekać, aż nogi zaczną grzęznąć w pisarskim mule. Być może kiedyś mi się to zmieni i zatęsknię za kryminalną sagą, tego nie wiem. Czas pokaże.

Więcej o: