Nowa powieść Remigiusza Mroza. Będzie sukces na miarę światowych bestsellerów? [FRAGMENT]

Remigiusz Mróz - 'Nieodnaleziona'

Remigiusz Mróz - 'Nieodnaleziona' (materiały prasowe | Jakub Malik / Agencja Gazeta)

Każda kolejna powieść Remigiusza Mroza jest entuzjastycznie witana przez czytelników. Czym tym razem zaskoczy nas autor serii kryminałów o Joannie Chyłce i Wiktorze Forście? "Nieodnaleziona" to thriller psychologiczny nawiązujący klimatem do światowych bestsellerów takich jak choćby "Dziewczyna z pociągu".

Damian i Ewa od dzieciństwa spędzają razem każdą wolną chwilę. Aż do feralnego wieczoru, gdy dziewczyna znika w dramatycznych okolicznościach.

Po dziesięciu latach od wydarzeń, które na zawsze zmieniają życie chłopaka, Damian trafia na ślad narzeczonej. Ktoś umieszcza na profilu spotted zdjęcie bardzo podobnej kobiety. Tylko czy po tak długim czasie Damian może być pewien, że to Ewa? Wkrótce na profilu pojawia się kolejne zdjęcie, które rozwiewa jego wątpliwości...

"Nieodnaleziona" to thriller napisany przez Remigiusza Mroza poza popularnymi seriami o Chyłce i Forście. Czy zdobędzie równie wielkie grono czytelników?

Tym, którzy nie mogą się doczekać książki, prezentujemy jej fragment – jeszcze przed oficjalną premierą.

Fragment książki "Nieodnaleziona"

Gdybym oświadczył jej się chwilę wcześniej, nigdy by do tego nie doszło. Nie napadnięto by nas, ja nie trafiłbym do szpitala, a ona nie znikłaby na zawsze z mojego życia.

Wystarczyłoby trzydzieści sekund, może nawet mniej. Czasem jednak tylko tyle trzeba, by jeden moment zniszczył całe życie. I by to, co z niego pozostało, stało się wyłącznie próbą zapomnienia.

Mnie się ta próba nie udała. Bez końca obracałem tamto zdarzenie w głowie i rozważałem, co by było, gdybyśmy wypili o jedno piwo mniej, wyszli z pubu wcześniej lub chwilę krócej palili nad rzeką.

Psychologowie nazywają to myśleniem kontrfaktycznym, polegającym na tworzeniu alternatywnych scenariuszy zdarzeń, które już miały miejsce. Nie jest to ani zjawisko rzadkie, ani całkowicie negatywne – pozwala przecież w przyszłości uniknąć tych samych błędów, nieraz podnosi na duchu i daje poczucie kontroli nad własnym losem.

W moim wypadku efekty były jednak dokładnie odwrotne. Popadłem przez to w jeszcze bardziej depresyjny stan, zwiększyło się moje poczucie winy i braku jakiegokolwiek wpływu na otaczający mnie świat.

Wciąż powtarzałem sobie, że wystarczyło, żebym wyciągnął ten pierścionek choćby kilka sekund wcześniej.

Ale nie zrobiłem tego. Każdy, nawet najmniejszy krok tamtego pechowego dnia, każda, nawet najbardziej błaha decyzja doprowadziły do tego, co się wydarzyło.

Sobotni wieczór przed dziesięciu laty zaczął się zwyczajnie. Wybraliśmy się z Ewą do Highlandera, naszego ulubionego pubu na opolskim Starym Mieście. Znajdował się w niewielkiej uliczce, tuż przy rzece.

Byliśmy jego stałymi bywalcami na długo, zanim mogliśmy legalnie pić alkohol. Równie często przesiadywaliśmy wtedy na Loży Szyderców – miejscu na brzegu Młynówki, do którego schodziło się wąskimi schodkami za pubem. Nie wiem, kto wpadł na tę nazwę. Wysprejowano ją na niewielkim murku dobrą dekadę wcześniej i szybko się przyjęła.

Kiedy zeszliśmy na dół, Ewa już coś przeczuwała. Nie miało to jednak nic wspólnego z grupą mężczyzn, którzy właśnie dopijali piwo w Highlanderze. Znała mnie doskonale i od początku wieczoru musiała widzieć moje zdenerwowanie.

Byliśmy ze sobą, właściwie od kiedy pamiętaliśmy. Okoliczności zeswatały nas już w latach osiemdziesiątych, kiedy oboje biegaliśmy po osiedlowych podwórkach przy Spychalskiego na Zaodrzu, beztroscy i nieświadomi tego, co przyniesie życie.

Szybko staliśmy się nierozłączni. Chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce, pierwszy raz pocałowaliśmy się w wieku dziesięciu lat na schodach prowadzących do szatni. Na początku liceum, na wycieczce szkolnej, po raz pierwszy się ze sobą przespaliśmy. Przed studiami wszyscy wieszczyli nam szybki koniec – Ewa poszła na polibudę, ja na uniwerek. Według znajomych mieliśmy paść ofiarami naszej dotychczasowej nierozłączności, ale stało się zupełnie inaczej.

Wynajęliśmy mieszkanie, zaczęliśmy planować wspólną przyszłość. Naturalne wydawało mi się, że niebawem się oświadczę. I może akurat tamtego dnia Ewa wiedziała, że to zrobię.

Wybrałem Lożę Szyderców, bo było to chyba jedyne miejsce w Opolu, gdzie spędziliśmy tak dużo czasu. Wypaliliśmy tam kilotony nikotyny, wypiliśmy hektolitry tanich winiaków i po raz pierwszy paliliśmy skręty.

Kiedyś w tym miejscu nie było nic romantycznego. Stanowiło zaśmiecony kawałek brzegu, chowający się pod rachityczną koroną osamotnionego starego drzewa. Kiedy się oświadczałem, było już jednak inaczej – miejsce stało się częścią opolskiej Wenecji, na nowo zagospodarowanego nabrzeża, z którego najbardziej wyróżniał się ciąg kolorowo oświetlonych budynków, niemal dotykających wody.

Loża Szyderców była odpowiednia. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Przyklęknąłem na jedno kolano i zapewne poczułbym się jak ostatni imbecyl, gdyby nie to, że wypiłem odpowiednio dużo. Ewa teatralnie uniosła dłoń do ust, uświadamiając mi tym gestem, że doskonale wiedziała, co się szykuje.

Wsunąłem pierścionek na jej palec, pocałowaliśmy się, mocno przytuliliśmy, a potem przez moment trwaliśmy w milczeniu. Byliśmy ze sobą na tyle blisko, że cisza była jak spoiwo związku, a nie budulec dzielącej ludzi przepaści.

Oboje byliśmy upojeni szczęściem, czuliśmy się błogo i beztrosko. Objąłem Ewę, a potem ruszyliśmy schodkami w kierunku pubu i niewielkiego parkingu. Moment przed tym, jak minęliśmy drzwi Highlandera, z knajpy wyszło pięciu gości. Mocno wstawionych, głośnych i popychających się nawzajem.

Nie wzbudzili naszego niepokoju, bo właściwie wpisywali się w nocny krajobraz opolskiej sobotniej nocy na rynku. Po chwili jednak to się zmieniło.

Jeden z nich wbił wzrok w Ewę i ucichł zupełnie. Sprawiał wrażenie, jakby nagle znalazł się w oku cyklonu. Kumple szturchali go, krzyczeli coś do niego, ale on trwał w bezruchu, patrząc na moją narzeczoną.

– O kurwa… – powiedział.

Wciąż wracam myślami do tamtej chwili, do tamtego wzroku i głosu tego człowieka. Są dla mnie tak samo mętne jak wtedy, kiedy mocniej objąłem Ewę i nieco przyspieszyłem.

Ten, który się odezwał, zastąpił nam drogę. Kumple popatrzyli na niego niepewnie, a potem ustawili się obok.

– Coś nie tak? – rzuciła Ewa.

Teraz wiem, że to ja powinienem wtedy coś powiedzieć. Skierować ich uwagę na siebie, może dzięki temu wydarzenia potoczyłyby się inaczej.

A może nie.

– No – odparł tylko jeden z nich.

Pozostali ucichli i spoważnieli, wszyscy nagle skupili wzrok na Ewie, a ja rozejrzałem się nerwowo. W okolicy nikogo nie było. Kawałek dalej, na rynku, moglibyśmy liczyć na przechodniów. Przy rzece jednak było pusto.

Ewa mruknęła „sorry” i próbowała przejść, ale żaden z mężczyzn nawet nie drgnął. Zatrzymaliśmy się bliżej nich, a ja miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.

– O co chodzi? – zapytałem.

– O to, że zostawiliście coś na dole – odparł najbardziej postawny z nich, wskazując na schody.

Pozostali nie byli umięśnieni, ale nie miało to żadnego znaczenia. Ich było pięciu, ja byłem jeden. Nawet gdybym na co dzień walczył w MMA, nie dałbym im rady.

Uświadomił mi to już pierwszy cios, który niemal rzucił mnie na ziemię. Był niechlujny, typowo uliczny, ale na tyle niespodziewany, że prawie nokautujący.

Wyprowadził go ten przypakowany. Słyszałem, że Ewa coś krzyknęła, ale tak głośno zahuczało mi w głowie, że nie potrafiłem rozpoznać słów. Złapali nas za fraki i popchnęli ku Loży Szyderców.

Zanim się zorientowałem, byliśmy już z powrotem nad rzeką. Starałem się wyrwać, ale jeden z nich mnie przytrzymał, a drugi po raz kolejny mi przywalił. Poprawił jeszcze trzy lub cztery razy. Upadłem na ziemię obok drzewa, pod którym kiedyś wypaliliśmy pierwszego jointa.

Nie czułem metalicznego posmaku w ustach, choć krew wylewała się z nich niemal strumieniem. Obraz przed oczami miałem zamglony, mimo to wyraźnie widziałem, jak rzucają Ewę na ziemię kawałek dalej.

Mówili coś, śmiali się, Ewa krzyczała. Do dziś nie potrafię wyłowić z pamięci jej słów.

Próbowałem wstać, ale szybko sprowadzili mnie z powrotem na ziemię. Wystarczyło jedno dobrze wymierzone uderzenie. Kiedy upadłem, natychmiast zacząłem czołgać się w kierunku narzeczonej.

Już się nią zajmowali. Jeden z nich zerwał z niej bluzkę, drugi zaczął mocno ściskać piersi. Krzyczałem bezgłośnie, a przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy nadaremnie starałem się do niej zbliżyć.

W pewnym momencie dostrzegli moje żałosne próby. Oberwałem kopniakiem w głowę, na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy na powrót mogłem cokolwiek zobaczyć, jeden z nich ściągał Ewie spodnie.

Świat stał się nierealny. Zduszony czymś ciężkim, tak jak krzyk mojej narzeczonej, kiedy jeden z napastników zasłonił jej usta. Odgrażałem się, kląłem, a potem błagałem ich, żeby przestali. Kiedy nie pozostało mi nic innego, zacząłem prosić Boga, żeby zainterweniował. Obiecywałem mu wszystko, byleby ocalił Ewę.

Potem zobaczyłem jej czerwoną koronkową bieliznę, którą kupiła jakiś czas temu. Mówiła, że na specjalną okazję.

Rycząc ze śmiechu, agresorzy zerwali z niej majtki. Pierwszy z nich zrzucił spodnie i położył się na Ewie. Inny stał za mną, unosząc mi głowę, bym musiał oglądać, co się dzieje.

Przy każdej próbie wyrwania się obrywałem w tył głowy. Krzyczałem, wciąż rozpaczliwie starając się dostać do narzeczonej. Ryłem dłońmi w ziemi, ale zanim gwałciciel skończył, nie zbliżyłem się nawet o pół metra.

Potem położył się na niej kolejny. Napierał mocno, jakby chciał ją zmiażdżyć. Słyszałem jej pisk i płacz, widziałem, jak stara się odepchnąć napastników. Nie miała żadnych szans.

Udało mi się trochę zbliżyć, zanim pozostali znów zwrócili na mnie uwagę. Jeden z nich podszedł do mnie, powiedział coś, a potem uniósł nogę. Zanim opuścił na mnie ciężki but, spojrzałem jeszcze na Ewę. Wyraz cierpienia, bólu i upokorzenia na jej twarzy wryły mi się w pamięć, bo był to ostatni raz, kiedy ją widziałem.

Przynajmniej do czasu, aż dziesięć lat później trafiłem na jej zdjęcie na Facebooku.

Nigdy nie ustalono, kim byli napastnicy. Nie odnaleziono ani ich, ani mojej narzeczonej. Ślad po niej zaginął, podobnie jak po życiu, które planowałem mieć.

Nie chodziło tylko o to, że wiodłem je bez Ewy. Zmieniło się ono także w każdej innej kwestii.

Po maturze mogłem z powodzeniem aplikować na ekonomię do Wrocławia, Poznania lub Krakowa, właściwie na każdej uczelni przyjęliby mnie z otwartymi rękoma. Wybrałem opolski uniwerek i tutejsze zarządzanie tylko dlatego, by zostać na miejscu z Ewą. Upierała się, że nie chce opuścić miasta.

Nie musiała długo mnie przekonywać. Liczyła się tylko ona, a dobre wyniki w nauce i tak miały sprawić, że będę mógł spodziewać się w Opolu dobrze płatnej pracy. Może nie porywającej, ale pozwalającej na godne życie. Więcej nie było mi trzeba.

Studiów jednak nie skończyłem. Po tamtej pechowej nocy nigdy nie wróciłem do siebie.

Przez pierwsze miesiące chodziłem na wysokich obrotach, gorączkowo starając się odnaleźć jakikolwiek ślad po narzeczonej. Wykorzystałem wszystkie możliwości, sprawdziłem każdy trop, zaangażowałem wszystkie służby, organizacje i stowarzyszenia, które mogły w jakikolwiek sposób pomóc.

I nic.

Zupełnie jakby Ewa wpadła w czarną dziurę. Ci, którzy nas zaatakowali, najwyraźniej byli w Opolu tylko przejazdem. Początkowo byłem przekonany, że pochodzili z którejś z podmiejskich wsi, ale po kilku miesiącach także i to musiałem wykluczyć. Przez ten czas ktoś z pewnością by ich rozpoznał.

Tymczasem pozostawali anonimowi. A ich twarze, niewyraźne i niepokojące, zdawały się istnieć tylko w mojej pamięci.

Po tych kilku intensywnych miesiącach zupełnie opadłem z sił.

Zrezygnowałem z nauki, na jakiś czas zaszyłem się w naszym mieszkaniu i większość czasu spędzałem na coraz głębszym zanurzaniu się w letargicznym bagnie. Piłem coraz więcej i coraz mniej interesowałem się światem zewnętrznym.

Po pewnym czasie liczyło się tylko to, żeby otworzyć piwo i w jakiś sposób zabić czas. Najczęściej robiłem to za pomocą gier. Dead Space, Left 4 Dead, GTA IV i Fallout 3 zastępowały mi rzeczywistość.

I może dzięki nim jakoś przetrwałem. Przy czym "jakoś" to słowo klucz.

Zanim się zorientowałem, było już za późno, żeby wrócić do planów, które kiedyś miałem. Na uczelni musiałbym powtarzać zbyt wiele, w CV musiałbym nakłamać, a dodatkowo byłbym zmuszony zrezygnować ze wszystkiego, co trzymało mnie przy życiu przez tyle miesięcy.

Mniej więcej rok po tym, co stało się na Loży Szyderców, wróciłem w to miejsce. Zatrudniłem się w Highlanderze jako barman, przepracowałem tam sporo czasu. Na tyle dużo, by poznać każdą rysę na ladzie i wszystkich klientów.

Oprawcy Ewy nigdy nie wrócili. A ja nie wiedziałem nawet, czy kiedykolwiek naprawdę na to liczyłem.

Przenosiłem się z knajpy do knajpy, nigdzie nie zagrzewając miejsca, nie nawiązując z nikim bliższych relacji. W mieście, w którym mieszka sto dwadzieścia tysięcy ludzi, każdy przynajmniej mnie kojarzył. Nikogo nie zaskoczyło, że stałem się dziwakiem.

I mimo że minęło niemal dziesięć lat, nadal nim byłem, kiedy dostałem pracę w nowo otwartej restauracji na rynku, niedaleko pomnika, który nazywaliśmy Babą na Byku. SpiceX serwowała dania kuchni indyjskiej, a ja zatrudniłem się tam jako kelner. Była to jedyna knajpa tego typu w Opolu, w dodatku dobrze zlokalizowana, więc pensja i napiwki wystarczały mi na opłacenie mieszkania, alkohol i szerokopasmowy internet. Na nic więcej w zasadzie nie wydawałem.

W trakcie chudszych lat pomagał mi Adam Blicki, którego od podstawówki nazywaliśmy Blitz – i którego jako jedynego mogłem określić mianem przyjaciela. Przynajmniej w pewnym sensie. Nie wychodziliśmy nigdzie razem, ja nie bywałem u niego, on też nigdy mnie nie odwiedzał. Spasował po kilkunastu próbach, podczas których udawałem, że nie ma mnie w domu.

Przychodził za to regularnie do wszystkich lokali, w których pracowałem, jakby były jego ulubionymi. Trwało to już niemal dziesięć lat i chyba odpowiadało nam obydwu.

Zazwyczaj zjawiał się z dobrymi wieściami, jakby za punkt honoru postawił sobie ustawiczne próby podniesienia mnie na duchu. Tego dnia było jednak inaczej. Wszedł do SpiceX z laptopem pod pachą, rozejrzał się, a potem przywołał mnie nerwowym ruchem.

– Werner! – krzyknął, siadając przy stoliku obok okna. Podszedłem niespiesznie, bo najczęściej ekscytował się rzeczami, obok których ja przechodziłem obojętnie. Stanąłem przy stoliku i otworzyłem usta, ale nie dał mi się odezwać.

– Musisz to zobaczyć – rzucił, otwierając laptopa. – Siadaj.

Był wczesny ranek, w restauracji znajdował się tylko jeden klient, któremu chwilę wcześniej podałem mango lassi. Nie musiałem się przejmować, że za pogawędki ze znajomym dostanie mi się potem od szefa. Usiadłem obok Blitza i wbiłem wzrok w monitor.

– Nie powiesz mi, że to nie ona – wypalił Adam.

– O czym ty mówisz?

– Spójrz – polecił, mierząc prosto w laptopa.

System wybudził się z uśpienia, a na ekranie pokazał się post z Facebooka. Zdjęcie było lekko poruszone, ale nie na tyle, bym miał trudności z rozpoznaniem, kto na nim jest.

Miałem wrażenie, jakby powietrze wokół mnie się naelektryzowało, zapowiadając burzę. Ale nie grzmiało gdzieś w oddali – gromy pojawiły się tuż nade mną.

Ewa.

Zmieniła się tak, jak ludzie zmieniają się przez dziesięć lat. Zmarszczki mimiczne jej się uwydatniły, nieznacznie przytyła, przefarbowała trochę włosy, być może zrobiła korektę nosa, ale nie miałem wątpliwości, że patrzę na jej zdjęcie.

– Jak… – urwałem, nie mogąc wydusić nic więcej.

Blitz, którego nazywaliśmy także Blitzer lub Blitzkrieg, zazwyczaj reagował na wszystko błyskawicznie, jakby przezwisko go do tego obligowało. Tym razem jednak popadł w zupełny marazm, nie potrafiąc mi odpowiedzieć.

Ja zaś miałem wrażenie, jakby świat stawał się coraz bardziej nierealny. Zupełnie jak dziesięć lat wcześniej na brzegu Młynówki. Próbowałem przełknąć ślinę, ale wydawało mi się, że w gardle mam jedynie suchą watę.

– Jak to możliwe? – wydusiłem w końcu.

– Nie wiem.

– Co to za fanpage?

Pytanie było chyba symptomatyczne dla naszych czasów. Kiedyś zacząłbym od wypytywania Blitzera, jak trafił na zdjęcie, gdzie zostało zrobione i tak dalej. Teraz nie musiałem tego robić, bo odpowiedź przyjaciela właściwie mogła powiedzieć mi wszystko.

– Spotted: Wrocław.

Potrząsnąłem głową i dopiero teraz dotarło do mnie, że to się dzieje naprawdę. Złapałem się za kark i rozejrzałem nerwowo. Czułem się jak zwierzyna w ciemnej, nieprzeniknionej głuszy, ku której nadciąga cały zastęp myśliwych.

– To naprawdę ona, Werner.

Zmusiłem się do zdawkowego skinienia głową.

– I była niecałe sto kilometrów stąd.

Znów pochyliłem się nad laptopem, biorąc się w garść. Po latach poszukiwań w końcu miałem jakiś trop. Pojawił się cień nadziei na to, że wreszcie uzyskam odpowiedzi na wszystkie pytania, które kołatały mi się w głowie od dekady.

Co spotkało ją po gwałcie? Dlaczego znikła bez śladu? Co się z nią działo przez ten cały czas? Znała napastników?

Ebook można zamówić w przedsprzedaży na Publio.pl

"Dziewczyna z pociągu" - zwiastun

14 faktów z czasów PRL, których wstyd nie znać! [QUIZ]
1/14Które igrzyska olimpijskie zbojkotowała Polska w 1984r.?
Zobacz także
Komentarze (8)
Nowa powieść Remigiusza Mroza. Będzie sukces na miarę światowych bestsellerów? [FRAGMENT]
Zaloguj się
  • kerac32

    Oceniono 16 razy 10

    Kto tego Pana tak nachalnie promuje i w jakim celu? Zdarzyło mi przeczytać jedną z jego książek Turkusowe szale. Z trudem dotrwałem do końca. Tego nie da się czytać bez skrajnego znudzenia i irytacji. Nigdy więcej! To poziom prowincjonalnego grafomana, a nie wartościowego pisarza.

  • sojer2006

    Oceniono 12 razy 6

    Jeśli taki sam "bestseller" jak ostatni o Chyłce, to oświadczam że więcej nie wezmę do reki jego książek. Takiej chały dawno nie czytałam.

  • mixail

    Oceniono 18 razy 4

    Grafoman i bezbarwny kabotyn Mróz znów w natarciu.
    Zenek Martyniuk kryminału znów zarzuca marketingowe sieci na naiwniaków.

    Bezczelne, aroganckie i bezpodstawne porównania do Larssona i Nesbo już na okładce!
    I już to powinno dać do myślenia każdemu mającemu choć odrobinę inteligencji i rozsądku, żeby trzymać się od tego z daleka. Niczym "Mleko prawdziwe" z Biedronki - gdyby było prawdziwe, to nie musiałoby mieć słowa "prawdziwe" w nazwie. Samo się nie obroni.

    Bo to kolejna prostacka marketingowa maszyneria, która kolejny raz ruszyła ruszyła żeby wyłudzać kasę od naiwniaków na modzie i marce skandynawskich kryminałów.
    Nie zapomnijcie, marketingowcy od siedmiu boleści, o odpowiednim wyeksponowaniu tych gryzmołów na półkach w Empiku, żeby dzieci miały na co kieszonkowe od rodziców marnować. Dzieci jak podrosną to będą miały się czym podcierać.

  • myszykiszek

    Oceniono 5 razy 3

    I ten przecinek po "długo" naprawdę został wydrukowany w papierowej książce?

  • pawelekok

    Oceniono 2 razy 0

    Podziwiam tego Pana. Niedługo liczbą publikacji prześcignie Walter Scott'a czy Kraszewskiego. Szkoda tylko, że, co było do przewidzenia, nie trzyma poziomu. Nic zresztą dziwnego, skoro co miesiąc nowa powieść. Przeczytałem jego pierwszych dwie i pół i dałem sobie spokój. I nie mam ochoty na więcej. Ostatnio siostra podrzuciła mi książkę, w której robi pod skandynawskim pseudonimem. Naprawdę się starałem, ale nie dało rady się dłużej skupić. Jednak Kraszewski nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX