Człowiek jest martwym pikselem w naturze. Rozmowa z Iloną Wiśniewską

"Przybysz z zewnątrz musi przede wszystkim odrzucić jakąkolwiek europejską miarę, która porządkuje jego świat, nie oceniać i nie starać się czegokolwiek zmieniać" - rozmowa z Iloną Wiśniewską, która w swoim najnowszym reportażu "Lud" opowiada o mieszkańcach grenlandzkiej wyspy Uummannaq.

Książka „Lud. Z grenlandzkiej wyspy” dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Dlaczego wybrała Pani właśnie Uummannaq? Jak żyje się na skalistej wyspie o powierzchni 12 kilometrów kwadratowych?

Chciałam napisać książkę o wycinku Grenlandii, wiedząc, że napisanie książki o całej wyspie będzie karkołomnym zadaniem, trzeba by tam spędzić wiele lat. Pomyślałam więc, że mała wyspa u wybrzeży ogromnej wyspy może skupiać w sobie historie, które w jakiś sposób będą reprezentatywne dla całej Grenlandii. O Uummannaq opowiedziała mi znajoma Norweżka, która spędziła tam kilka lat. Powiedziała, pojedź tam, tam ludzie są otwarci, jest dom dziecka, gdzie zawsze potrzebują pomocy. Chyba właśnie perspektywa tego, że mogę się na coś przydać, zaważyła na tym, że wybrałam tę skałę wystającą z morza. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zamarzniętego. Jak się tam mieszka? Jak wszędzie indziej na świecie, tylko ubiera się cieplej.

Spędziła Pani dużo czasu na Spitsbergenie i w północnej Norwegii, więc zimno i trudne warunki nie są dla Pani niczym nowym. Ale widać, że zamarznięte morze zrobiło na Pani duże wrażenie. Czy coś jeszcze zdziwiło Panią tak bardzo?

Wydawało mi się, że na Spitsbergenie i w Norwegii słyszałam ciszę. Ale dopiero stojąc na zamarzniętym morzu zrozumiałam, że ten szum, który docierał do moich uszu to nie woda, a krew w żyłach. Może nie tyle dziwiło, co cieszyło mnie, że w Uummannaq każdego dnia uczyłam się czegoś nowego o ludziach na Północy, uczyłam się dużo o samej sobie w zimnie.

A czego człowiek uczy się o sobie w zimnie?

Że jest tylko martwym pikselem w naturze.

Związek Grenlandczyków ze światem przyrody może być trudny do zrozumienia dla Polaków. Z jednej strony – tradycyjny szacunek do natury. Z drugiej – też tradycyjne – polowanie, powszechne łowienie ryb i pozbawione emocji traktowanie psów jako narzędzi pracy. Przybyszowi z zewnątrz pewnie niełatwo zaakceptować niektóre zwyczaje?

Przybysz z zewnątrz musi przede wszystkim odrzucić jakąkolwiek europejską miarę, która porządkuje jego świat, nie oceniać i nie starać się czegokolwiek zmieniać. Bo w czym na przykład nasza kultura masowego, niewidzialnego chowu zwierząt jest lepsza od tego, że jedzie się i zabija fokę, która nie pójdzie na zmarnowanie? W czym foka czy wieloryb są lepsze od krowy czy świni? To jest właśnie ta największa nauka, kiedy zaczyna się rozumieć, z czego dane zachowanie wynika, że tam nikt nie ma złych intencji, że natura nie jest dodatkiem do świata rządzonego przez ludzi, ale jest odwrotnie.

Jeśli żyje się w trudnych warunkach, jest się siłą rzeczy związanym z naturą. A jak jest z przywiązaniem Grenlandczyków do kultury? Pisze Pani, że wielu z nich albo nie mówi we własnym języku, albo w ogóle go nie zna. Dopiero młodsze pokolenie na nowo odkrywa swoją kulturę?

Wychowankowie domu dziecka, nastolatkowie, są bardzo mocno przywiązani do swojej kultury, tradycyjnej muzyki, takie jest założenie tej placówki, ale też podobno im bardziej na północ Grenlandii, tym mniej europejskich naleciałości. Patrząc na mapę Grenlandii, Uummannaq leży na zachodzie, na środku. Z jednej strony więc młodzi ludzie słuchają tam grenlandzkiego hip-hopu i uczą się angielskiego z seriali, a z drugiej grają na tradycyjnych bębnach, rozmawiają po grenlandzku i tatuują twarze w tradycyjne wzory. I jak sami powtarzali, to jest chyba jedyne i najlepsze wyjście, żeby znaleźć równowagę między tym, skąd się jest, a tym, jaki jest świat, którego są częścią.

W książce znajduje się zdanie, że duńska „kolonizacja przebiegała niemal za zgodą kolonizowanych”. W tym „niemal” kryje się jednak wiele ludzkich dramatów, o których mówi się głośno od niedawna. Eksperyment edukacyjny, który Duńczycy przeprowadzili na grenlandzkich dzieciach jest szokujący…

Dlatego o nim piszę, zwłaszcza po tym jak poznałam Helenę, jedną z osób, których życie ów eksperyment ukształtował. Zawsze słyszałam, że danizacja grenlandzkich dzieci była przeprowadzana w dobrej wierze i nie wątpię, że tak było, problem tylko w tym, że te dzieci potem dorosły i zamiast stać się przykładem dla rówieśników, jak zakładano, traciły tożsamość. Helene to ekstremalny przykład, w książce są też głosy Grenlandczyków, dla których danizacja była przepustką do lepszego świata, która nie odebrała im poczucia własnej wartości.

W niektórych z opisanych przez Panią osobach nawet wzmocniła poczucie narodowej tożsamości. Tym bardziej zaangażowały się w działania na rzecz praw Grenlandczyków, w popularyzowanie bogatej, a wciąż mało znanej poza wyspą, kultury. Wygląda jednak na to, że Duńczycy nadal nie do końca doceniają odrębność kulturową Grenlandczyków? Jak teraz mieszkańcy wyspy radzą sobie ze zmianami narzucanymi z zewnątrz?

To pytanie o generalne relacje Danii i Grenlandii, nie wiem więc, czy Uummannaq jest na tyle reprezentatywnym miejscem, by wypowiadać się w tej sprawie. Myślę, że to zależy, z kim się rozmawia, każdy Grenlandczyk i każdy Duńczyk będą mieli w tej kwestii swoje zdanie i każde z nich jest tak samo ważne, czy to mówi była premier, czy pracownik przetwórni ryb.

Na Grenlandii nie tak trudno spotkać się z byłą premier jak u nas. Albo ze znanym kucharzem…

Tam się wszyscy znają, dystans między ludźmi jest mniejszy, z każdym łatwo się spotkać.

Na „Lud” składają się historie wielu spotkanych przez Panią osób. Wiele z tych biografii ma tragiczny rys, a mimo tego Grenlandczycy są bardziej pogodni niż my. Bardziej otwarci na drugiego człowieka i ufni – czego dowodem choćby kaffemik. Opowie Pani w kilku słowach o tym zwyczaju?

Na pewno Grenlandczycy śmieją się o wiele więcej niż my. Ja też nigdy wcześniej aż tyle się nie śmiałam. Kaffemik to przyjęcie z każdej okazji, na które zaproszeni są wszyscy mieszkańcy. Na maszt przed domem wciąga się wtedy grenlandzką flagę, a na stół wystawia wszystko, co ma najlepsze. Pamiętam, na pierwszym kaffemiku, na który poszłam sama, spotkałam Duńczyka, który od lat mieszkał na wyspie. To on powiedział mi, żeby się nie przedstawiać, nie narzucać, przychodzić z prezentami i nie siedzieć zbyt długo, bo zaraz przyjdą kolejni goście. Polubiłam tę tradycję od samego początku.

Co jada się na zamarzniętej, prawie że odciętej od świata wyspie? Zwłaszcza, gdy nie je się mięsa.

Nie jem mięsa od dwudziestu lat, ale lecąc do Uummannaq, wiedziałam, że będę jeść wszystko to, co jedzą mieszkańcy. Nie wyobrażałam sobie, żeby zawracać komuś głowę tym, że czegoś nie jem. To byłoby właśnie narzucanie swojej wizji świata, próba zmiany, objaw braku szacunku. Nie powiem, żeby surowe mięso szczególnie mi smakowało, ale zazwyczaj chodziłam w ogrodniczkach, do kieszeni których w razie czego mogłam ukradkiem wypluć to, czego nie dało się przeżuć. Suszone ryby smakowały przednio. A poza tym w Uummannaq jada się jak wszędzie indziej na świecie, jest supermarket, frytki w fast foodzie i chleb z piekarni. Przez ostatni miesiąc przed otwarciem się morza nie było po prostu nic świeżego, bo czekano na pierwszy po zimie statek.

Biografie części Pani bohaterów to ciągłe powroty na wyspę. Grenlandia uzależnia? Będzie Pani wracać?

Miałam wrócić z gotową książką, żeby ją pokazać głównemu bohaterowi, tak się umawialiśmy. On jednak na mnie nie zaczekał. Na pewno wrócę, ale jeszcze nie teraz. Uummannaq bez Gerta to już nie to samo miejsce.

Ilona Wiśniewska – reporterka i fotografka. Jest autorką książek o Północy: „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” (nominowanej do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej), „Hen. Na północy Norwegii” (Książki Podróżniczej Roku w konkursie Travelery) oraz nowo wydanego reportażu „Lud. Z grenlandzkiej wyspy”. Podczas trzymiesięcznego pobytu na Uummannaq pracowała jako wolontariuszka w najstarszym w Grenlandii domu dziecka.

Okładka książki 'Lud. Z grenlandzkiej wyspy'Okładka książki 'Lud. Z grenlandzkiej wyspy' Wydawnictwo Czarne

Książka „Lud. Z grenlandzkiej wyspy” dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Więcej o:
Komentarze (3)
Człowiek jest martwym pikselem w naturze. Rozmowa z Iloną Wiśniewską
Zaloguj się
  • paseo

    Oceniono 9 razy -5

    Naprawde 3 miesiace wystarcza,zeby napisac ksiazke o innych ludziach ?? To ma byc pisarstwo,czy kolejna chaltura do zarabiania ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX