Zmarszczki, kolagen i Kim Kardashian. Fragment książki

Zamiast kolagenowego suplementu. golonka albo panna cotta. Przekorny sposób na zmarszczki od kobiety naukowca, autorki książki "Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę".

Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>


Są kolorowe, błyszczące i tak cudownie pachną. A my chcemy być piękne, młode i zdrowe, od kosmetyków oczekujemy więc niemal cudów. Sprawdźmy, jak dalece się mylimy... 

Beatrice Mautino, biotechnolog, ekspertka w branży chemii kosmetycznej rozprawia się z wszechobecnymi w niej oszustwami, mitami na temat pielęgnacji i zawartością kosmetyczek. Ten praktyczny poradnik świadomej konsumentki warto przeczytać przed zakupem nowego cudownego kremu.   

Igły pod skórą

Na początku była Kim Kardashian. Kilka lat temu gwiazda amerykańskiej telewizji, którą w social mediach obserwują miliony osób, dała się uchwycić kamerze podczas zabiegu przeciwzmarszczkowego w gabinecie medycyny estetycznej w Miami. Ułożona na kosmetycznej leżance, Kardashian krzyczała z bólu, gdy lekarze dziurawili jej twarz tysiącami igiełek. Fotografie zakrwawionej gwiazdy krążyły w sieci, a modowe czasopisma wysyłały swoich dziennikarzy, żeby też poddali się zabiegowi. 

Przyznaję, że przez chwilę myślałam o tym i ja. „Dla nauki — wszystko!”, powiedziałam sobie, szukając przyzwoitej wymówki dla usprawiedliwienia prawdziwego powodu, dla którego chciałam spróbować. To zmarszczki, które nieubłaganie zaczynały pojawiać się na mojej twarzy. 

Szukając informacji na ten temat, odkryłam zabieg podobny do tego, któremu poddała się Kim Kardashian, ale o wiele tańszy. Stał się on częścią codziennej pielęgnacji wielu osób dzięki urządzeniu zwanemu „dermaroller”. Jest to wałek pokryty malutkimi igiełkami, który można dostać dosłownie za kilka euro. Na kanale YouTube znajdują się filmy objaśniające, jak z niego korzystać, wraz z precyzyjnymi instrukcjami dotyczącymi częstotliwości stosowania i pokazującymi rodzaj ruchu, który należy wykonywać. 

A więc działa? Jak prawie zawsze, odpowiedź jest złożona i każe mi opowiedzieć wam kolejną historię. Jesteśmy w Nowym Jorku w 1995 roku, w gabinecie chirurgii plastycznej przy Piątej Alei, gdzie dwaj lekarze, David i Norman Orentreich, usiłują usunąć blizny i zmarszczki u pacjentów za pomocą zwykłej igły, używanej do iniekcji podskórnych. Wprowadzają igłę pod skórę, przesuwają ją w płaszczyźnie poziomej (jakby chcieli „oderwać” powierzchniową warstwę), by w końcu ją wyjąć i powtórzyć zabieg kilkakrotnie w kolejnych miesiącach. Kiedy skóra ulega uszkodzeniu, białe ciałka i płytki krwi uwalniają konkretne cząsteczki, czynniki wzrostu, które stymulują produkcję kolagenu i innych komponentów macierzy komórkowej. W ten sposób, szybciej lub wolniej, uszkodzona tkanka zostaje naprawiona. Nasi nowojorscy chirurdzy wysunęli hipotezę, że można wykorzystać to zjawisko w celu stymulowania skóry do produkcji kolagenu w jednym konkretnym punkcie. To działa jak lifting, lecz w naturalny sposób, powiedzieliby spece od reklamy. Zobaczmy, o co chodzi. Przyjrzyjmy się najpierw bohaterowi naszej historii, czyli kolagenowi.

Ebook 'Bez parabenów', Beatrice MautinoEbook 'Bez parabenów', Beatrice Mautino Wydawnictwo Literackie

 Kolagen i suplementy

 Jak widzieliśmy, kolagen działa trochę jak rusztowanie. Zbudowany jest z trzech protein, które zwijają się razem, tworząc włóknistą strukturę przypominającą sznurek. Włókna układają się prostopadle, sięgając w głąb skóry właściwej. W ten sposób utrzymują stabilną i napiętą skórę. Kiedy się uśmiechamy lub marszczymy brwi, a nawet tylko zasypiamy na poduszce, poddajemy kolagenowe włókna uciskowi. Pozostawia on załamania na skórze, które potem znikają. Dlaczego są tylko chwilowe? Bo istnieje inna proteina, zwana nomen omen elastyną, która w krótkim czasie przywraca wszystko do normalnego stanu.

 W miarę upływu lat komórki, które produkują kolagen i elastynę, fibroblasty, pracują mniej intensywnie, przez co skóra traci napięcie i elastyczność. Ponieważ się uśmiechamy lub złościmy, załamania skóry stają się coraz bardziej trwałe. Jednym słowem, przekształcają się w zmarszczki. Próbując rozwiązać tę sytuację, świat kosmetyki i medycyny estetycznej wyjął z kapelusza wiele pomysłów o bardzo różnej skuteczności.

„Jasne…”, kiwa głową jedna z moich koleżanek, gdy mówię o jednym z nich. „Moja mama wydała całe PKB Burkina Faso na kremy przeciwzmarszczkowe, wypróbowała chyba wszystkie, a jej skóra przypomina mapę z siatką poziomic. Jeżeli to wina genów, wolę wydawać pieniądze na co innego”. Moja koleżanka zawodowo zajmuje się degustacją wina i jestem pewna, że będzie jej miło, gdy się dowie, że Anita Roddick, założycielka The Body Shop, sieci oferującej naturalne kosmetyki, myśli tak jak ona. Podczas prezentacji jednej ze swoich książek na Festiwalu Literatury w Cheltenham w Wielkiej Brytanii Roddick powiedziała, że „nie ma nic na tej ziemi, dosłownie nic, co mogłoby odjąć trzydzieści lat małżeńskich kłótni i czterdzieści lat ciągłej agresji ze strony środowiska. Ktokolwiek obiecuje magiczne usunięcie zmarszczek, kłamie. Lepiej zrobicie, wydając te pieniądze na butelkę dobrego Pinot Nero”. Albo Nebbiolo, dodaję.

Ale czy naprawdę nic się nie da zrobić? Pozostaje nam utopić zmarszczki w winie, jak sugeruje Roddick, czy możemy mieć jeszcze nadzieję, że przynajmniej spowolnimy nieunikniony proces starzenia się skóry?

Przyjrzyjmy się anatomii skóry, poczynając od najbardziej zewnętrznej warstwy, czyli warstwy rogowej naskórka. To na niej koncentruje się działanie większości kremów, stosowanych w większej lub mniejszej ilości codziennie, określanych jako nawilżające. Bezpośredni skutek ich działania to spulchnienie skóry i lekkie spłycenie zmarszczek. Wszystko to jest raczej niedostrzegalne. Zmarszczki nie znikają, pozostają tam, gdzie były, nieubłaganie zaznaczając upływ czasu, z tym że trochę mniej je widać. Mamy tu do czynienia z trikiem makijażysty, co w gruncie rzeczy można powiedzieć o wszystkich kosmetykach.

Drugi krok to ograniczenie szkód przez dodanie do kremów nawilżających cząsteczek spełniających rolę antyoksydantów. Życie, jak wiadomo, to ryzykowna sprawa. Jesteśmy nieustannie narażeni na działanie zanieczyszczeń, przetworzonej żywności, promieni ultrafioletowych, co przekłada się na mniej lub bardziej trwałe uszkodzenia naszego organizmu. Jednym z najbardziej podstępnych czynników jest coś, co naukowcy nazywają stresem antyoksydacyjnym. Polega on na produkcji tak zwanych wolnych rodników, które pojawiają się jak piłeczki w maszynie do flipera, uderzając i uszkadzając wszystko, co spotkają na swojej drodze: proteiny, DNA i przede wszystkim kolagen. To właśnie ataki na kolagen ze strony wolnych rodników w połączeniu z procesami zapalnymi powodują strukturalne osiadanie skóry.

Cząsteczki antyoksydantów, jak na przykład witamina C i E, poświęcają się dla nas, łącząc się z wolnymi rodnikami, zanim te ostatnie wyrządzą szkodę. Męczennicy, można by powiedzieć. Jednak, niestety, bardzo niestabilni i szybko ulegający degradacji pod wpływem powietrza lub światła. Możliwe, że działają, ale nie jest powiedziane, że naprawdę skutecznie, zwłaszcza gdy zostawicie otwarte opakowanie kremu w nasłonecznionym miejscu przy oknie. W tym przypadku antyoksydanty są zmuszone zastąpić konserwanty, żeby utrzymać składniki kremu w nienaruszonym stanie i dlatego nie działają na waszą korzyść, gdy nakładacie krem na twarz.

Na kolejnym etapie podróży przez warstwy skóry znajdujemy „części zamienne”. Chodzi o przypadek kremów nawilżających, do których dodany został kolagen, który — zgodnie z oświadczeniem producenta — powinien przenikać w głąb skóry i naprawiać uszkodzone struktury. Jak widzieliśmy przy okazji cellulitu, skóra jest bardzo skuteczną barierą. Cząsteczki, którym uda się ją pokonać i dostać się do głębszych warstw skóry, muszą spełnić rygorystyczne wymagania, począwszy od posiadania bardzo niewielkiej masy, do szczególnej struktury chemicznej.

Trochę naiwne jest myślenie, że wszystko, co nakładamy na skórę, przenika do jej wnętrza. Cząsteczki kolagenu są bardzo duże i na ogół pozostają na powierzchni skóry, potęgując nawilżające działanie kremu. Chemicy usiłowali rozdrobnić je tak, aby mogły się wchłaniać. Niestety na nic się to zdało, bo choć mamy tu do czynienia z częściami zamiennymi, komórka to nie warsztat i nie jest w stanie połączyć kolagenu występującego w skórze z tym, który dostarczamy z zewnątrz. Komórki są uparte i będą wykorzystywały tylko składniki własnej roboty.

Mówi się o przypuszczalnie dobroczynnych efektach kolagenu przyjmowanego regularnie w postaci suplementu diety.

Dla przykładu, portal Donnaclick.it informuje swoich użytkowników, że:

„Niezależne badanie wykazało znaczną poprawę w redukcji zmarszczek, poziomie nawilżenia i jędrności skóry, zdrowia i równowagi, a także poprawę poziomu sebum w strefie T twarzy i zmniejszenie porów na skutek regularnego suplementowania kolagenu […]. Zarównow aptece, jak i w sklepie zielarskim można kupić suplementy kolagenu w pastylkach”.

Nie wiemy jednak, o jakie niezależne badanie chodzi, co od razu powinno zapalić czerwoną lampkę w naszej głowie, ponieważ nie możemy sprawdzić, czy wspomniane badanie jest wiarygodne.

Śledząc podane linki, trafiamy na strony firm sprzedających kolagen w pastylkach lub w proszku. Ceny rzędu 30 euro za opakowanie zawierające 30 gramów produktu. Jedno euro za gram albo jeżeli wolicie — 1000 euro za kilogram.

Biorąc pod uwagę, że trudno, by kolagen przyjmowany doustnie zastąpił kolagen obecny w skórze, również dlatego, że prawdopodobnie ulega on rozkładowi podczas trawienia, lepszym rozwiązaniem jest golonka, która z pewnością sprawi więcej zadowolenia, lub w wersji dietetycznej — płatki żelatyny z supermarketu, zwane potoczne klejem rybim, stosowane w cukiernictwie. Kupicie je za jedną dziesiątą ceny suplementu, a z tego, co wam zostanie, można zrobić klasyczny włoski deser panna cotta.

Fragment książki Beatrice Mautino „Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę”, przeł. Hanna Szuleczewska, Wydawnictwo Literackie, 2019.

Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Okładka książki 'Bez parabenów', Beatrice MautinoOkładka książki 'Bez parabenów', Beatrice Mautino Wydawnictwo Literackie

Więcej o: