Tomasz Organek: Piosenka i książka w gruncie rzeczy są tym samym, jeżeli zrozumiemy sam sens pisania [ROZMOWA]

- Czyli opowiedzenie historii, która zawiera się w precyzji języka, we frazie. Bo dla mnie tym właśnie jest literatura. Jest żywym językiem, który próbuje się okiełznać po to, żeby uchwycić pewne rzeczy, w inny sposób niemożliwe do uchwycenia - mówi Tomasz Organek, muzyk, kompozytor, wokalista, twórca tekstów i autor powieści "Teoria opanowywania trwogi".

Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Nela Grabowska: Borys z Twojej powieści spotyka swoją dawną niespełnioną miłość – Anetę. W momencie, kiedy jego dotychczasowe życie właśnie się rozpada… Czy z miłością naprawdę jest tak, że nawet po latach trudno nam odciąć się od osób, z którymi łączyły nas romantyczne więzi?

Tomasz Organek: Wydaje mi się, że w ogóle nie jesteśmy w stanie się odciąć i to nie tylko, jeżeli chodzi o miłość. Tak samo jest z relacjami opartymi na wspólnym doświadczeniu, pewnego rodzaju duchowości, którą z kimś dzielimy: wrażliwości, tożsamości zbudowanej np. w szkole czy na studiach, kiedy spędzaliśmy ze sobą czas, przeżywając, dojrzewając.

Właśnie tak wspominam te czasy… i licealne, i studia. Człowiek się wtedy formuje. To są doświadczenia bardzo brzemienne w skutki, bo właściwie wszystkie ważne relacje, które zawiązałem w życiu, zostały zbudowane w szkole, szczególnie w liceum. Osobiście mam bardzo bliski kontakt z moimi… nie wiem, jak to określić… chyba: przyjaciółmi z liceum.

Obawiam tego słowa i bardzo je ważę.

Dlaczego?

- Kolegów z zespołu, a gram z nimi od piętnastu lat, dopiero teraz odważyłem się nazywać przyjaciółmi. Tak ich przedstawiam na scenie, ale to inna kwestia.

Moje najcenniejsze relacje utrzymują się od czasów szkoły, więc siłą rzeczy pewnie wraca się do przeszłości. Szczególnie, że ona kojarzy się dobrze. W ogóle mamy tendencję do jej wybielania i koloryzowania. Wymazujemy to, co było niefajne, i pozostają nam tylko przyjemne wspomnienia. To naturalne, bo jesteśmy w stanie się czegoś uczepić. Dzięki temu wiemy, że mamy bogate, dobre doświadczenia, które nas uformowały.

Podobnie jest z Borysem – to mój typowy kolega. Znam takie osoby, sam jestem do Borysa podobny, oczywiście w pewnym stopniu, bo to jest bohater mojego pokolenia. Dysponuję tylko własnym doświadczeniem, dlatego piszę o 40-latkach. A czego Borys może się uczepić? Jedynie swojej przeszłości, bo życie zawodowe mu nie wyszło. Właściwie męczy się w swojej robocie i tak naprawdę nią gardzi. Nie nawiązał też żadnych poważnych relacji w życiu prywatnym. Kiedy spotyka Anetę, dostaje szansę, żeby chociaż na chwilę wsiąść do tego jeepa, zamknąć drzwi… Jest cicho, przyjemnie...

Ja też mam takie odruchy, zrywy i wielu moich znajomych je ma. Chcą trzasnąć drzwiami i gdzieś pojechać, żeby zapomnieć, odciąć się; może zresetować, a może zmienić swoje życie.

To robi Borys. Chociaż nie wiąże z tym wielkich nadziei. On w ogóle z niczym nie wiąże wielkich nadziei.

Aneta również ma bagaż życiowy i swoje problemy. I to bardzo duże, jak się okazuje...

- To są ludzie 40-letni, więc mają już za sobą doświadczenia. Oboje wiemy, że nie zawsze są one przyjemne, ale trzeba je nosić. Poza tym Borys właściwie niczego nie wymaga od Anety. Kiedyś się w niej podkochiwał i było super – albo i nie było, tylko jemu się dzisiaj tak wydaje. Jak powiedziałem – wymazujemy.

Borys po prostu szuka okazji do spędzenia miłej chwili.

W powieści jest scena, w której bohaterowi wreszcie udaje się zbliżyć fizycznie do Anety, a ona jest zupełnie nieobecna, jak manekin. Dla mnie to metafora tego, że w związkach często idealizujemy partnerów. Nie widzimy ich dokładnie takimi, jacy są...

- Tylko jakimi chcemy ich widzieć...

Widzimy nie do końca rzeczywisty obraz. Ale czy nie jest tak, że w prawdziwej miłości powinniśmy dążyć do tego, żeby zobaczyć głębię drugiej osoby, jej kwintesencję, a nie opierać się tylko na tym, co chcemy zobaczyć?

- To jest jasne. Jeżeli będziemy budować jakiś image ukochanej osoby, to się skończy wielkim niepowodzeniem. Zwłaszcza, kiedy zbudujemy go na fantazji... Stworzymy zafałszowany obraz. Musimy obrać ten związek jak cebulę i dojść do sedna. Wyjaśnić sprawy i albo się na nie zgodzić, albo się wycofać.

Zabrzmi to może górnolotnie, ale tylko na takiej prawdzie można coś zbudować. Inaczej przez chwilę może będzie fajne, ale człowiek wie podskórnie, że nie tak być powinno.

Dlaczego właściwie Borysowi nie ułożyło się życie? W „Teorii opanowywania trwogi” nie ma historii ani o żonie, ani o kimś bliskim... Z czego wynikają jego problemy z relacjami?

-   Nie rozwinąłem tego. Może szkoda, bo powinienem był pewnie trochę go opisać, żeby uzasadnić jego wybory i charakter ale mogłoby się okazać, że to zbyt osobiste. To pewnie słabszy punkt tej książki. 

Po prostu z perspektywy kobiety zastanawiam się, co nie zagrało...

- Staram się wskazać, co jest nie tak w relacjach Anety z rodzicami.

Jeżeli człowiek nie znajduje dobrego wyjścia z sytuacji, ma nieudane dzieciństwo albo relacje mu się źle poukładają, to wpadnie w złe schematy i powtarza je później w dalszym życiu. Trochę pewnie bałem się o tym pisać – może podświadomie tego nie zrobiłem – bo jestem z takiej rodziny. Mój ojciec, który szybko umarł, też był trochę hulaką. Niespecjalnie powinienem z niego brać przykład, ale powtarzam jego błędy. Jakbym się nie starał i tak ojciec jest we mnie obecny, chociaż przez długi czas chciałem go z siebie wyrzucić. Byłem na niego obrażony przez wiele lat, bo postąpił tak, a nie inaczej, ale później zrozumiałem, że to nie ma sensu. Człowiek musi robić to, co musi. Nie przeskoczy swojej natury. Nie przeskoczy utartych schematów, w które wszedł.

Swojego zaplecza...

- Zaplecza, które wyniósł z domu; które nauczyło go pewnych zachowań, a pewnych nie nauczyło. Taki jest właśnie Borys i jest to akurat bardzo bliski mi problem. Dalej: niepoukładane we właściwy sposób relacje z matką.

To nie są dla mnie proste historie i pewnie podświadomie tego nie opisałem, bo wtedy ta opowieść byłaby naprawdę o mnie.

Książka 'Teoria opanowywania trwogi', Tomasz OrganekKsiążka 'Teoria opanowywania trwogi', Tomasz Organek Publio.pl

Wracając do duchów przeszłości… Wisława Szymborska pisała: Przepraszam dawną miłość, że nową uważam za pierwszą. Czy więc nowa miłość nie zaprząta nas tak bardzo, że jesteśmy niejako zmuszeni odciąć się od poprzedniej relacji?

- To jest chyba jedyny sposób na szczęście w związku i zdrową relację. Jeżeli będziemy przedkładać dawny związek nad nowy, to znaczy, że ten nowy jest niepotrzebny albo jest towarem zastępczym. Jeszcze coś nas łączy z tamtą osobą, nie odkochaliśmy się albo tamta relacja wciąż jest ważniejsza, więc być może ta nie powinna była nastąpić lub jest oparta na kłamstwie. Mnóstwo jest takich relacji, bo szybko znajdujemy sobie partnera, żeby zapomnieć o poprzednim. To się rzadko udaje, kiedy mówimy o prawdziwej relacji… Ktoś na chwilę oczywiście niczego nie załatwia, poza momentem zapomnienia i przyjemności.

To jest jedyne właściwe podejście do tematu: Zawsze druga czy trzecia miłość powinna być tą pierwszą, jeżeli jest prawdziwa.

Wiem, że miłość nie jest łatwym tematem...

- Miłość jest tematem tej książki. Miłość niespełniona, miłość wykręcona…

Jednak tytuł książki odnosi się do strachu przed śmiercią...

- Tak, ale najskuteczniej ten strach jest zagłuszać właśnie udaną miłością, związkiem, życiem dla kogoś.

Czy trudności Borysa, żeby stworzyć dobry związek, nie są też metaforą problemów współczesnych ludzi, którzy przestali traktować miłość czy małżeństwo, jako wysoką wartość? Skąd to się bierze? Czy to wina mediów społecznościowych? Może Tindera? Mamy za duży wybór partnerów, tak naprawdę od ręki...

- To jest kwestia dzisiejszej cywilizacji, która ruszyła z miejsca w tym sensie, że literalnie się przemieszczamy. Kiedyś kupowaliśmy lub dziedziczyliśmy dom czy mieszkanie – mieliśmy miejsce zamieszkania i miejsce, w którym pracowało się 20 lub 30 lat. Moja mama była może na dwóch czy trzech posadach. W jednej pracy spędziła z piętnaście lat, w drugiej z dwanaście.

Dzisiaj podróżujemy, mamy Internet, a dzięki temu łatwiej jest poznawać ludzi. Kiedyś nie było takich możliwości. Ktoś chodził do pracy, z pracy wracał do domu i to był jego świat. Zamknięty. Nie za wiele podróżował, a jeżeli już, to wyjeżdżał na urlop do Bułgarii albo do Kołobrzegu. Taka była rzeczywistość. Teraz świat jest o wiele bardziej skomplikowany i mobilny.

Do tego dochodzą kryzysy tożsamości wywołane rozwojem społeczeństw – to wszystko nie ułatwia stałych relacji. Poza tym: wzorce kulturowe, które płyną z szeroko rozumianej popkultury, skompromitowany kościół, który może i stara się promować jakieś wartości, ale te starania są nieuprawnione, a przede wszystkim nieudolne. Kościół mówi do nas XIX-wiecznym językiem i ciągle z pozycji wyższości. Nie da z ludźmi rozmawiać, traktując ich protekcjonalnie. Te wszystkie czynniki nie sprzyjają podtrzymywaniu stałych, głębokich relacji opartych na miłości, zaufaniu i wierności.

A nie jest też tak, że po prostu mamy za dużo bodźców, za dużo informacji i nie jesteśmy w stanie skupić się na kimś?

- Tak, to też. Oprócz tego, co powiedziałem, można by wymieniać i wymieniać. Jesteśmy także o wiele bardziej nerwowi przez telefony, przez Twittery, internety, przez migające ekrany, które są wszędzie... w autobusach, w sklepach, w domach. Można zwariować. Cały czas dostajemy jakieś informacje i człowiek jest skołowany. Kiedy wyjedzie na wieś, zaczyna rozumieć, że: „Kurczę, coś jest nie tak, bo ja nie chcę tak żyć”.

Już jestem przed podjęciem decyzji – tak jak Piotrek Rogucki. On ma taki telefonik… Taki wiesz… plastikowy... Kiedyś się dziwiłem: „Ale jak Ty z tego korzystasz”?

Czyli nie ma smartfona?

- Nie ma i też jestem coraz bliżej tej decyzji...

Właśnie chciałam zapytać, jaki jest Twój stosunek do mediów społecznościowych? Na Facebooku oczywiście jesteś.

- Jestem, taki jest wymóg. Wydawnictwo mi to też mocno zasugerowało, ale ja to rozumiem. Tak funkcjonuje dzisiejszy świat.

Za to długo nie miałem Instagrama. Założyli mi go Kuba Wojewódzki z Piotrkiem Kędzierskim w programie w newonce.radio. Tam są cztery zdjęcia, z czego dwa oni mi wrzucili i jeszcze dwa wrzuciłem „dla jaj”, ale kompletnie nie mam zamiaru tego prowadzić. W ogóle nie rozumiem, czemu to ma służyć. Promocji mnie za pomocą mojego obiadu? Nie wiem...

Ludzie bardzo lubią podglądać osoby, które w jakiś sposób podziwiają.

- Rozumiem i mam się teraz dzielić wszystkim, co jest moją prywatnością?

To wszystko zależy od tego, jak się z tym czujesz.

- Źle się czuję i nie mam zamiaru tego robić. To jest moja sprawa.

Facebook jest jeszcze dosyć dobrym narzędziem, bo ma Messengera. Mam swoje konta i piszę z ludźmi.

Osobiście?

- Ja piszę osobiście. Bez tego warunku to jest dla mnie pozbawione sensu. Zabiera mi to oczywiście czas, czasami mnie też męczy. Ludzie mają sto różnych próśb na tydzień, ale dlatego, że ja z nimi rozmawiam na koncertach. Odchodząc na chwilę od książki, moje koncerty to pewien rodzaj dialogu. Do tego czasami rozmawiam z ludźmi po koncertach dłużej niż trwa sam koncert. Na tym właśnie chcę budować relacje. Nawet nie nazywam ich fanami tylko publicznością, bo uważam, że to jest bardziej uprawnione. Dlatego rozmawiam z nimi i tutaj. I w tym zawiera się dla mnie cały sens, a nie w robieniu sobie zdjęć z obiadem czy na jakiejś fajnej kolorowej scenie... W ogóle mam to gdzieś.

Instagram bardzo idzie w kierunku sztuki. Wielu młodych artystów się tam promuje.

- To jest medium wizualne i ja to rozumiem. Jeżeli ktoś ma pomysł, używa Instagrama kreatywnie, i mu to pomaga, no to spoko. Kaśka Nosowska ma superpomysł, bo nagrywa prześmiewcze filmiki i trochę demaskuje popkulturowe mody. I to jest fajne. Ja na razie nie mam takiego pomysłu, nie wiem czy będę miał, nie szukam za specjalnie. Wolę komunikować się z ludźmi poprzez Messenger na fanpage’u, poprzez piosenki...

Nie musisz. Każdy robi to, co czuje. W książce pojawia się pojęcie FOMO, czyli fear of missing out, tzn. strach przed przegapieniem czegoś. Panuje teraz trend odchodzenia od Facebooka i wylogowywania się z Internetu. Nawet iPhony to promują, pokazując na specjalnym pasku, ile czasu spędzasz na konkretnych czynnościach podczas korzystania z telefonu.

- Tak, zauważyłem. Wyskakuje mi to.

Wpisujesz się w ten trend, mówiąc, że chcesz zrezygnować ze smartfona.

- To dobrze, że o tym mówisz, bo nie wiedziałem. Gdybym nie prowadził publicznej działalności artystycznej, to w ogóle bym nie miał Facebooka. Nigdy bym go nie założył.

Czyli to było podyktowane tylko i wyłącznie działalnością artystyczną?

- Jak założyliśmy zespół Organek, to utworzyliśmy fanpage Organek. Wcześniej była Sofa, to był fanpage Sofy. Nie miałem nigdy prywatnego konta. Teraz mam też Tomasz Organek, ale to nie jest konto prywatne. Fanpage poświęcony działalności, powiedzmy, literackiej. Gdybym nie potrzebował promocji swoich produktów, bo do tego to się sprowadza, nie miałbym Facebooka.

W ogóle nie czujesz takiej potrzeby, żeby się czymś dzielić na Facebooku?

- A po co? Mogę się podzielić ze swoją dziewczyną, z kolegą, z bratem – ale czy muszę dzielić się czymś prywatnym z tysiącem ludzi? Nie mam takiej potrzeby.

A wiesz z czego to się bierze? Z kultury celebryckiej. Każdy chce czymś zaistnieć w tym świecie i jeżeli nie zaistnieje, to się czuje gorszy. To prowadzi do absurdów, do promowania trendów, które są raz – obsceniczne, a dwa – bardzo szkodliwe. Na przykład pornografia. Jestem facetem i kocham kobiety, tylko uważam, że to upokarzające. Drugi fenomen – patostreaming. Ktoś mi to pokazał, nie znałem tego. Przysięgam. Dosłownie z miesiąc temu się dowiedziałem, że coś takiego istnieje. Ściek po prostu.

Tym chcemy zaistnieć: Skoro nie masz nic w głowie, nie masz nic do powiedzenia czy pokazania, to pokazujesz, za przeproszeniem, dupę. Tak jest. I to jest przerażające. A wynika z potrzeby, żeby zaistnieć, być gwiazdą.

Mieć swoje pięć minut.

- Tak, bo jest takie napięcie. Przymus zaistnienia w jakimś kręgu, w jakiejś społeczności, chociażby najmniejszej. To właśnie popkultura nam to zrobiła, ta celebrycka moda.

Tomasz Organek ze swoją powieścią.Tomasz Organek ze swoją powieścią. Fot. Maciej Zienkiewicz

Wróćmy do książki. Kiedy zacząłeś nad nią pracować?

- Uświadomiłem sobie, że to będzie książka, jakieś trzy-cztery lata temu. Powstała z opowiadania, które zacząłem przepisywać i poszerzać. Pomyślałem: „Nie, to będzie książka. Mam pomysł, jak to poprowadzić, właściwie jestem na to gotowy i chcę to zrobić”.

Pierwsza część, mniej więcej tak do rozdziału „Wolin”, jest przepisanym opowiadaniem – trochę napompowanym tą całą historią. Mniej więcej gdzieś za połową zaczyna się rzecz, którą napisałem w ostatnim roku. Jakieś 150 stron. Nadal przepisywałem to cały czas, uzupełniałem, wywalałem fragmenty, wycinałem, zastępowałem... Było tam dużo głupot. Jeszcze jest sporo „głupot”, ale moja następna książka będzie równiejsza i bardziej świadoma. Cóż, to jest debiut. Nie chciałem tego wyrzucać. Niech to będzie zapis mojego rozwoju.

Książka jest mocno artystyczna. Wręcz jak zamknięta w piosence historia, tyle że mocno powiększona...

- Piosenka i książka w gruncie rzeczy są tym samym, jeżeli zrozumiemy sam sens pisania, czyli opowiedzenie historii, która zawiera się w precyzji języka, we frazie. Bo dla mnie tym właśnie jest literatura. Jest żywym językiem, który próbuje się okiełznać po to, żeby uchwycić pewne rzeczy, w inny sposób niemożliwe do uchwycenia. Emocje, półcienie, to, co widzimy, to, co się nam wydaje. Jeżeli język jest na tyle precyzyjny, żeby to opisać albo wywołać w czytelniku to samo wrażenie, które ma autor, to jest to dla mnie literatura. Nie fabuła. Ona jest tylko wytrychem, pomysłem narracyjnym, żeby mieć gdzie zawrzeć swoje emocje.

Ile stron miało pierwotne opowiadanie?

- Ze dwadzieścia, chyba nie więcej. To były takie opowiadanka po kilkanaście stron, ale później ta objętość zaczęła mi się nudzić. Pisałem dwanaście, piętnaście, siedemnaście stron i koniec. Oczywiście była narracja, ale później zrozumiałem, że te postaci potrzebują jakiegoś ciała, więc zacząłem opisywać tych ludzi.

Czy Twoi bohaterowie mają cechy rzeczywistych osób?

- Pewnie, ale nie jest tak, że coś sobie biorę z konkretnych osób. To jest ogólne doświadczenie czterdziestolatka, który zna mnóstwo ludzi. Czasami patrzysz na kogoś, słuchasz, obserwujesz i coś cię uderza albo coś zapamiętujesz. Nie pamiętasz nawet, jak ta osoba miała na imię, ale pamiętasz, jak się zachowała. Coś cię w tym ujęło i to zostaje. Jak myślę o jakimś uczuciu, emocji, zdarzeniu, to przychodzi mi do głowy jakiś sposób odczuwania, który gdzieś podpatrzyłem. Trzeba wszystko widzieć, ale to się dzieje podświadomie.

Jak wygląda Twój tryb pracy nad książką? Piszesz na laptopie czy maszynie?

- Piszę na laptopie ze względów praktycznych tylko i wyłącznie. Laptop mogę wziąć wszędzie. Pisanie odręczne jest katorgą ze względów edycyjnych. Nie da się tego robić. Komputer jest najlepszym narzędziem. Maszyna do pisania oczywiście jest fajna, jest fancy i tak dalej, ale to kompletnie bez sensu. Można udawać, że jest się pisarzem i zrobić sobie z nią zdjęcie.

Piszę najczęściej w nocy, jak już się wszystko wyłączy, jest kompletna cisza, wszyscy pójdą spać, samochody nie jeżdżą, nic nie stuka. Wkładam sobie zatyczki i wtedy jestem tylko tam, w tym świecie.

Czyli nie słuchasz żadnej muzyki?

-Nie, absolutnie żadnej muzyki. To rozprasza. Hałas działa na mnie źle i destrukcyjnie. Nie umiem się ani skupić, ani rozmawiać w hałasie. Jestem nim przede wszystkim zmęczony, bo w robocie ciągle mam hałas.

To jak sobie radzisz, na przykład, z festiwalami muzycznymi?

- To jest też pewne nastawienie. Jak jadę na festiwal, wiem, że będzie tam głośno i będzie muzyka, ale jak jestem poza koncertem, próbą czy studiem, to uwielbiam żyć w ciszy. Jest mi to bardzo potrzebne i jej szukam...

Na co dzień masz tego wszystkiego za dużo...

- Tak, w ogóle miasto działa na mnie męcząco. Wychodzę na ulicę, a tam jest ogromny huk. Wczoraj byliśmy nad Wisłą, usiąść na chwilę w ładny dzień. Tymczasem wcale nie odpocząłem, bo te mosty do północy cały czas huczą... Karetki i wszystko.

Jestem ze wsi, z prowincji. Nie mieszkam tam dwadzieścia lat... Chociaż to też nie była taka wieś zabita dechami, że kompletna cisza. Ale jednak jestem z tej natury, z Doliny Rospudy.

Po prostu strasznie się męczę tym wszystkim.

Nie myślałeś więc o tym, żeby się przenieść pod miasto?

- Przychodzą mi do głowy takie pomysły. Nie wiem, na razie kupiłem mieszkanie w Toruniu, bo tam przebywam najwięcej. Mam tam prywatne sprawy, cały zespół, chłopaków. Tam żyje się troszkę wolniej i ciszej. Uwielbiam Warszawę, bardzo dużo czasu tutaj spędzam, ale z jakiegoś powodu mieszkanie kupiłem tam.

Powiedziałeś, że piszesz nocami. A w trasie?

- Zdarza mi się. Lubię teraz jeździć pociągami. Kiedyś nienawidziłem, ponieważ sporą część życia spędziłem w pociągach. Nim jeździłem na koncerty, to jeździłem na studia. Ja w ogóle pół życia, właśnie sobie uświadomiłem...

Jesteś w dojazdach...

- Tak. Codziennie dojeżdżałem autobusem do szkoły średniej. Później na studia, potem zaczęły się pierwsze koncerty. Całe życie jeżdżę. Teraz polubiłem pociągi, bo w końcu są czyste, są strefy ciszy... Ale nawet jeżeli nie jestem w strefie ciszy, to zakładam zatyczki i mogę tam odpocząć. Mogę sobie poczytać, mogę sobie popisać.

Czasami zdarza mi się też w busie, ale dosyć rzadko. Czasami w hotelu. Jeżeli mam pomysł, to szybko go zapisuję. Najczęściej to się jednak dzieje w domu, w nocy, w spokoju.

A czytasz teraz jakąś fajną książkę?

- Teraz czytam dwie książki. Chociaż zwykle czytam po cztery książki na raz, bo interesują mnie różne rzeczy i nie chce mi się czekać aż skończę jedną, żeby zacząć drugą. Ale to jest fajne, bo lubię przeskakiwać. Teraz czytam „Serotoninę” Houellebecqa i „21 lekcji na XXI wiek” Harariego – świetną książkę, w której się zakochałem. Trzecią książką, którą czytam na wyrywki, są eseje Virginii Woolf. Czasami zaglądam jeszcze do Gombrowicza. W końcu go zrozumiałem, bo w liceum nie rozumiałem nic. To wykłady na temat filozofii. Opowiadał o niej, leżąc na łożu śmierci, a jego żona zapisała to razem z sekretarzem.

Fajnie, że mężczyzna czyta Virginię Woolf.

-   Jestem z wykształcenia anglistą, czytałem już ją na studiach. Susan Sontag też czytałem – jej dzienniki, eseje. Sylvię Plath też... literatura konfesyjna.

Wracając do Twojej książki. Powiedziałeś, że to jest późny debiut.

- Nie, nie późny. Wielu pisarzy... – ja nie jestem pisarzem, żeby to było jasne. Może kiedyś będę... – wielu pisarzy zaczynało w wieku czterdziestu czy iluś tam lat i to byli znakomici pisarze. Jak na powieść to jest wiek chyba w sam raz.

Czy masz jakąś radę dla osób, które mają gdzieś schowane powieści i zastanawiają się, czy warto je pokazać światu?

- Jeżeli są one napisane i schowane, to niech czym prędzej dadzą je przeczytać mądrzejszym od siebie ludziom, żeby ocenili, czy są coś warte. Napisanie książki wymaga olbrzymiej pracy nad warsztatem i w ogóle nad swoim osobistym rozwojem. Trzeba coś przeżyć, zrozumieć i mieć coś do zaproponowania.

Czym prędzej trzeba taką książkę dać komuś, kto ją przeczyta i poradzi: Czy coś dalej z tym robić, czy uniknąć ośmieszenia siebie i bólu?

Zmieniając temat... A przebrnąłeś przez „Ulissesa”?

- Czytałem go po angielsku, ale nie przeczytałem w całości. To naprawdę bardzo trudna książka, a po angielsku – totalnie trudna pozycja.

Chyba polubiłem powieści w liceum. Miałem bardzo dobrą nauczycielkę. Część szkoły oczywiście się z niej śmiała, a część była w nią wpatrzona. Ona wpoiła mi, że język jest wartością i warto czytać książki, bo można się czegoś o sobie dowiedzieć. I rzeczywiście rozbudziła we mnie taką ciekawość świata, że przeczytałem czterotomowy „Cichy Don” Szołochowa. Wszystko czytałem...

Teraz to procentuje.

- Mam nadzieję, że tak właśnie jest. To jak z każdą inną czynnością. Jeżeli robisz coś przez długi czas, później zaczynasz mieć gust, zaczynasz się orientować, co jest złe i co jest słabe.

Powiedziałeś, że napiszesz drugą książkę. Masz już pomysł?

- Nie, ale o tym myślę. Nie chce się z tym spieszyć i pisać czegokolwiek.

Ale to nie będzie kontynuacja „Teorii opanowywania trwogi”?

- Nie, po co? Ta historia jest zamknięta. Nie ma sensu dorabiać do niej sequeli. To jest książka o miłości, czy o niemiłości, że siebie samego zacytuję, a druga będzie oczywiście o czymś innym. Szukam teraz tematu i rozmyślam o formie. Już mi się chce ją pisać, bo bardzo lubię ten proces. Niektórzy pisarze mówią, że pisanie to mordęga, a najfajniej się wymyśla i jest super, jak się skończy książkę. A mi brakuje teraz tego, że nie mogę wrócić do domu, włączyć komputera i znowu pracować nad wrażliwością swojego bohatera. Dlatego na pewno niedługo coś zacznę pisać.

 

W takim razie czekam na kolejną książkę.

- Bardzo to miłe. Powiedziałem ostatnio, że pewnie szybciej mi się znudzi granie niż pisanie, więc na pewno będę pisał.

Dziękuje za rozmowę!

Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Okładka książki 'Teoria opanowywania trwogi', Tomasz OrganekOkładka książki 'Teoria opanowywania trwogi', Tomasz Organek Wydawnictwo WAB

 „Teoria opanowywania trwogi”, Tomasz Organek, Wydawnictwo WAB 2019

Więcej o:
Skomentuj:
Tomasz Organek: Piosenka i książka w gruncie rzeczy są tym samym, jeżeli zrozumiemy sam sens pisania [ROZMOWA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX