"Wrzucili światło do piwnicy i zamknęli drzwi" - Auschwitz, 23 września 1943 roku [FRAGMENT]

Kontrowersyjne spojrzenie na wojenną historię w książce "W niemieckim domu", w którym głos ma podzielone niemieckie społeczeństwo, świadectwa więźniów obozu w Auschwitz są podważane, a okrutni oprawcy wybielani. Czy prawda ma szansę wyjść na jaw, a sprawcy mordu ukarani?

Frankfurt, 1963 rok. Ewa, młoda tłumaczka, córka lokalnego restauratora, Bruhnsa, zaraz się zaręczy. Nieoczekiwanie otrzymuje zlecenie: ma przetłumaczyć zeznania świadków podczas rozprawy sądowej. Jej rodzice, podobnie jak przyszły narzeczony, syn bogatego przedsiębiorcy, są temu przeciwni. Jest to pierwszy w mieście proces przeciw zbrodniarzom SS, którzy służyli w Auschwitz. Ewa nigdy nie słyszała o tym miejscu i dziwi się, że w jej domu nigdy nie mówiło się o tym, co działo się w czasie wojny, podąża jednak za swoimi uczuciami i sprzeciwia się rodzinie. Przyjmuje zlecenie nieświadoma, że ten proces nieodwracalnie odmieni nie tylko niemieckie społeczeństwo, ale także jej własne życie.

Poruszająca opowieść o przemocy, miłości, zdradzie i trudnych rozliczeniach z mroczną historią. Przemówi z wyjątkową mocą nie tylko do czytelników "Łaskawych", "Tatuażysty z Auschwitz" czy "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku". Nie zrozumiemy siebie nawzajem i naszej współczesności bez konfrontacji z tym, co stało się w XX wieku.

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>>

Książka 'W niemieckim domu' w formie e-bookaKsiążka 'W niemieckim domu' w formie e-booka Wydawnictwo Literackie

Fragment książki:

Kobieta zapukała, potem otworzyła drzwi, za którymi znajdowało się zdumiewająco ciasne pomieszczenie biurowe wypełnione dymem tytoniowym. Czekało tu trzech mężczyzn w otoczeniu wielu segregatorów, leżących na stołach, regałach i na podłodze.

Jeden z nich, starszy i niski, siedział na krześle pośrodku pokoju prosto jak świeca, jakby całe to pomieszczenie, podobnie jak budynek lub nawet całe miasto zbudowano wokół niego.

Młodszy mężczyzna, o jasnych blond włosach, z okularami w złotej oprawce, wciśnięty był za biurko pełne rozmaitych akt. Odsunął je nieco na bok i na odrobinie wolnego miejsca coś pisał. Palił papierosa i zapominał o strząśnięciu popiołu. W chwili, gdy Ewa na niego spojrzała, podłużny kawałek popiołu upadł na jego notatki. Automatycznie starł go na podłogę. Żaden z mężczyzn nie wstał, i Ewa odebrała to jako dość nieuprzejme zachowanie.

Trzeci mężczyzna, o żylastej sylwetce, odwrócił się do niej plecami. Stał przy oknie i spoglądał w ciemność. Ewie przypomniał się film o Napoleonie, który oglądała z Jürgenem. Dowódca Francuzów stał tak samo, tyle że w oknie zamkowym. Miał wątpliwości, czy planowana przez niego kampania zakończy się sukcesem. W zamyśleniu przyglądał się krajobrazowi, który — co łatwo można było dostrzec — został namalowany na kartonie.

Blondyn za biurkiem skinął Ewie głową. Wskazał mężczyznę na krześle i powiedział:

— To jest pan Gabor z Warszawy. Razem z nim miał się tu dzisiaj zjawić polski tłumacz, ale miał problemy z wylotem. Został zatrzymany na lotnisku.

Żaden z mężczyzn nie pofatygował się, żeby pomóc Ewie, więc sama zdjęła płaszcz i powiesiła go na stojaku za drzwiami. Blondyn wskazał na stół przy ścianie. Stały na nim używane filiżanki i talerz z resztką korzennych ciasteczek speculaasje. Ewa je uwielbiała, ale postanowiła zrezygnować z poczęstunku. W ciągu ostatnich tygodni przytyła dwa kilogramy. Usiadła przy stole tak, żeby patrzeć panu Gaborowi prosto w twarz, i wyjęła z torebki dwa słowniki. Jeden ogólny, drugi ekonomiczny. Odsunęła na bok talerz z ciastkami i położyła na jego miejscu grube tomy. Potem wyjęła notatnik i ołówek. Kobieta w zielonej garsonce usiadła po drugiej stronie stołu, gdzie stała maszyna do stenotypii. Wkręciła w nią z terkotem papierową taśmę. Nie spuszczała przy tym z oczu blondyna. Była nim zainteresowana, ale — jak szybko zorientowała się Ewa — bez wzajemności. David Miller usiadł na krześle pod ścianą, płaszcz przewiesił sobie przez kolana. Sprawiał wrażenie osoby doskonale obojętnej na to, co się dzieje.

Wszyscy zastygli, jakby czekali na komendę. Ewa spojrzała na ciasteczka. Żylasty mężczyzna przy oknie się obrócił i powiedział do tego na krześle:

— Panie Gabor, proszę nam dokładnie opowiedzieć, co się zdarzyło dwudziestego trzeciego września tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku?

Ewa przetłumaczyła pytanie, dziwiąc się dacie. Przecież od tego czasu minęło ponad dwadzieścia lat. Na pewno chodziło o jakiś czyn karalny (ale przecież i tak uległ przedawnieniu), a nie o jakąś umowę. Mężczyzna na krześle spojrzał Ewie prosto w oczy. Najwidoczniej poczuł ulgę, że wreszcie spotkał w tym kraju kogoś, kto go rozumie. Zaczął mówić. Jego głos kłócił się z wyprostowaną, pełną godności postawą. Wydawało się, że czyta fragment wyblakłego listu i nie może odcyfrować od razu wszystkich słów. Poza tym mówił jakimś wiejskim dialektem, który przysparzał Ewie nieco problemów. Tłumaczyła jego słowa, raz po raz się zacinając.

— Tego dnia było gorąco, niemal duszno. Mieliśmy ozdobić wszystkie okna. Wszystkie okna schroniska o numerze jedenaście. Ozdobiliśmy je workami piasku, a wszystkie szczeliny zatkaliśmy słomą i ziemią. Bardzo się staraliśmy, bo nie wolno nam było popełnić błędu. Pod wieczór skończyliśmy pracę. Wtedy oni zaprowadzili tych ośmiuset pięćdziesięciu radzieckich gości do piwnicy schroniska. Poczekali, aż zrobi się ciemno, po to, jak sądzę, żeby można było lepiej widzieć światło. Potem wrzucili światło do piwnicy, przez szyby wentylacyjne, i zamknęli drzwi. Następnego ranka otworzyli je. Musieliśmy wejść jako pierwsi. Większość gości była rozświetlona.

Mężczyźni w pokoju przyglądali się Ewie, która poczuła lekkie mdłości. Coś tu się nie zgadzało. Stenotypistka z obojętnym wyrazem twarzy stukała w klawiaturę swojej maszyny.

— Jest pani pewna, że wszystko dobrze zrozumiała?

— zapytał Ewę blondyn.

Przerzuciła kartki w słowniku specjalistycznym.

— Przepraszam. Zazwyczaj tłumaczę przy umowach, czyli w sprawach gospodarczych, i podczas negocjacji o wypłatę odszkodowania…

Mężczyźni wymienili się spojrzeniami. Blondyn pokręcił niecierpliwie głową, ale żylasty mężczyzna przy oknie wykonał w jego kierunku uspokajający gest ręką. David Miller patrzył na Ewę z wyrazem pogardy w oczach.

Wzięła do ręki słownik ogólny, który ważył tyle co cegła. Sprawdziła: nie chodziło o gości, tylko o więźniów. Nie o schronisko, tylko o blok. I nie o światło. Ani rozświetlenie. Ewa przyjrzała się mężczyźnie na krześle. Ten odwzajemnił się zmętniałym spojrzeniem, jakby nagle stracił świadomość.

Ewa powiedziała:

— Przykro mi, źle przetłumaczyłam. Powinno być: „znaleźliśmy większość więźniów zagazowanych”.

W pomieszczeniu panowała cisza. David Miller wyciągnął papierosa. Jego zapalniczka długo nie chciała zadziałać. Blondyn zakasłał i spojrzał na żylastego:

— Powinniśmy się cieszyć, że w ogóle dostaliśmy kogoś na zastępstwo. To przecież tylko na jakiś czas. Lepszy taki tłumacz niż żaden.

Ten odpowiedział:

— Spróbujmy kontynuować. Mamy jakieś inne wyjście?

Blondyn zwrócił się do Ewy:

— Jeśli pani nie będzie czegoś pewna, niech pani lepiej od razu sprawdzi.

Ewa skinęła głową. Tłumaczyła powoli. Stenotypistka bez pośpiechu stukała w klawisze maszyny.

— Gdy otworzyliśmy drzwi, część więźniów jeszcze żyła. Mniej więcej jedna trzecia. Użyto za mało gazu. Procedura została powtórzona z podwójną ilością. Tym razem otworzyliśmy drzwi dopiero po dwóch dniach. Akcja zakończyła się sukcesem.

Blondyn wstał zza biurka:

— Kto wydał rozkaz?

Przesunął filiżanki na bok i na stole, przy którym siedziała Ewa, położył dwadzieścia jeden fotografii, jedną po drugiej. Ewa zobaczyła na nich twarze mężczyzn, głównie na tle białych ścian, pod brodą każdego umieszczony był numer. Niektórym zrobiono zdjęcie w zupełnie innej scenerii: na tle słonecznego ogrodu, podczas zabawy z dużymi psami. Jeden z mężczyzn miał twarz szympansa. Gabor wstał i podszedł do stołu. Długo patrzył na fotografie, a potem wskazał jedną tak szybkim ruchem, że Ewa się wzdrygnęła. Na zdjęciu widniał młody jeszcze mężczyzna, trzymający za skórę na karku grubego królika i prezentujący go do aparatu. Uśmiechał się przy tym z dumą. Zebrani w pokoju wymienili z zadowoleniem spojrzenia i pokiwali głowami. Ewa pomyślała, że jej ojciec też hodował króliki, na działce za miastem, gdzie uprawiał warzywa do kuchni i swojej restauracji. W małych klatkach siedziało kilka milutkich, wiecznie poruszających mordkami zwierzątek. Gdy Stefan któregoś dnia uświadomił sobie, że nie tylko głaskał i karmił mleczem swych jedwabistych przyjaciół, ale też ich zjadał, dostał strasznego ataku histerii: krzyczał i krzyczał. Ojciec po tym zdarzeniu zlikwidował hodowlę królików.

Później Ewa musiała podpisać tłumaczenie zeznania. Jej nazwisko wyglądało inaczej niż zwykle. Jakby zostało napisane ręką dziecka, krągłymi literami.

Blondyn z roztargnieniem rzucił do niej:

— Dziękuję. Rozliczymy się przez biuro tłumaczeń.

David Miller wstał z krzesła pod ścianą.

— Niech pani poczeka na korytarzu. Dwie minutki.

Ewa założyła płaszcz i wyszła. David został i mówił coś do blondyna. Zrozumiała słowa: „Nie nadaje się, w ogóle się nie nadaje!”. Blondyn mu przytaknął, sięgnął po słuchawkę i wybrał numer. Żylasty usiadł ciężko na krześle. Ewa podeszła do jednego z wysokich okien na korytarzu i wyjrzała na ciemny dziedziniec. Zaczął padać śnieg. Grube, ciężkie płatki. Z bloku naprzeciwko niezliczone czarne otwory okienne wpatrywały się w nią martwym i niemym spojrzeniem. Pomyślała: Tam nikt nie mieszka. Same biura. Na grzejniku pod parapetem leżały trzy ciemne wełniane rękawiczki. Suszyły się. Do kogo należą? — przeleciało jej przez głowę. — Czyja jest ta jedna, pojedyncza sztuka?

Józef Gabor stanął obok niej. Lekko się ukłonił i podziękował jej uprzejmie. Ewa skinęła mu głową, zmieszana. Przez otwarte drzwi zobaczyła, że żylasty mężczyzna obserwuje ją ze swego miejsca przy oknie. David Miller wyszedł na korytarz, zakładając płaszcz.

— Odwiozę panią.

Widać było, że robi to niechętnie. W samochodzie znowu milczeli. Wycieraczki poruszały się niespokojnie, zmiatając niezliczone płatki śniegu z szyby. David był zdenerwowany, Ewa wyczuwała jego gniew.

— Przykro mi, przyjechałam tylko na zastępstwo. Zazwyczaj mam do czynienia z umowami… To było straszne, co ten człowiek…

Samochód wpadł w poślizg i niemal uderzył w latarnię. David zaklął cicho.

— O czym on mówił? O jakimś zdarzeniu z czasów wojny?

David nawet na nią nie spojrzał.

— Ależ wy wszyscy jesteście ignorantami.

— Słucham?

— Uważacie, że w trzydziestym trzecim małe brunatne ludziki przyleciały statkiem powietrznym i wylądowały w Niemczech, co? I wam, biednym Niemcom, narzuciły faszyzm, a potem, w czterdziestym piątym, się stąd wyniosły.

Dopiero teraz, gdy mówił dłużej, Ewa zorientowała się, że mężczyzna nie jest Niemcem. Miał lekki akcent, być może amerykański. Artykułował słowa bardzo precyzyjnie. Jakby wszystko, co mówił, wcześniej dokładnie ułożył sobie w głowie.

— Chcę wysiąść.

— Jest pani po prostu jeszcze jedną spośród milionów równie głupich panien! Zorientowałem się od razu, jak tylko pani wsiadła do auta. Ignorantka bez pojęcia o niczym. Wie pani, co wy, Niemcy, robiliście?! Wie pani?!!

— Niech się pan natychmiast zatrzyma!

David zahamował. Ewa chwyciła klamkę, otworzyła drzwi i wysiadła.

— Tak, właśnie tak, niech pani ucieka. Mam nadzieję, że się pani w tym swoim niemieckim błogostanie ud…

Ewa trzasnęła drzwiami. Szła wśród opadających płatków śniegu. David Miller odjechał. Nagle wszystko ucichło; jej wzburzenie też minęło. Ten kierowca, czy kim on tam jest, ma chyba nie po kolei w głowie — pomyślała.

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>>

Okładka książki 'W niemieckim domu', Annette HessOkładka książki 'W niemieckim domu', Annette Hess Wydawnictwo Literackie

Fragment książki „W niemieckim domu” Annette Hess. Przełożyła Barbara Niedźwiecka. Wydawnictwo Literackie, 2019.

Więcej o: