Muzyka się już nie liczy. Coachella 2019 potwierdza śmierć festiwali muzycznych jakie znaliśmy

Wielkie multimedialne widowiska, muzyka na bardzo dalekim planie, nieobecność gitar, dyżury psychologów - tak będą teraz wyglądały muzyczne festiwale. Dawny model tego typu imprezy odchodzi do lamusa.

Było to bardzo dokładnie widać podczas tegorocznego festiwalu Coachella, jednej z najważniejszych imprez tego typu na świecie, która odbywa się w dwa kolejne weekendy kwietnia w miejscowości Indio na Pustyni Kalifornijskiej.

J Balvin gra z awatarami na pogrzebie

Najbardziej znaczący i znamienny moment tegorocznego festiwalu Coachella to występ J Balvina na największej scenie imprezy w sobotę wieczór. Na scenie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, za to cała zastawiona jest elementami kolorowej scenografii, w tle migają barwne, radosne animacje. Z głośników dobiega taneczny latynoski reggaeton, mechaniczna, skrajnie uproszczona muzyka, której w Stanach Zjednoczonych i nie tylko pełno jest w radiu. Podczas jednego z utworów na scenę wchodzą osoby przypominające dwie wielkie gwiazdy współczesnego popu: raperkę Cardi B i mistrza latynoskiego trapu - artystę znanego jako Bad Bunny. Są tu po to, żeby zaśpiewać wraz z bohaterem koncertu utwór z repertuaru raperki, nagrany z gościnnym udziałem obu wokalistów. Ale żadne z gości nie pokazuje twarzy: tańczą na scenie, mając na głowach gigantyczne maski będące karykaturami ich scenicznego wizerunku. Nie wiadomo do końca, czy to oni, czy tylko ktoś, kto anonimowo odgrywa ich role. Ale tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia.

Publiczność, zgromadzona pod sceną w rekordowej ilości i tak jest absolutnie zachwycona: tańczy, śpiewa, klaszcze. I w niczym jej nie przeszkadza to, że uczestniczy w definitywnym i nieodwracalnym pogrzebaniu idei festiwalu muzycznego w takiej formie, w jakiej tego typu imprezy funkcjonowały przez ostatnie pół wieku.

To śmierć zapowiedziana od dawna, która właśnie się dokonuje. Festiwale umierają razem z tradycyjną płytą i dotychczasowym rozumieniem wykonawcy muzycznego jako takiego. Festiwale, jeden z fundamentów, na których do tej pory opierał się przemysł muzyczny, zastępowane są właśnie przez imprezy, na których widzowie bawią się do generowanej przez algorytmy muzyki, prezentowanej przez awatary w porywającej oprawie wizualnej.

Coachella jak soczewka do obserwacji zmian

Coachella pokazała kilka ważnych procesów, które dokonują się w ostatnim czasie na rynku muzycznym i festiwalowym. Wszystkie one sprawiają, że najważniejsze współczesne festiwale zupełnie przestają przypominać imprezy, z których się wywodzą. Daleko odeszły od modelu, w którym w jednym miejscu w ciągu kilku dni występował na żywo zestaw zespołów, składających się z grających na instrumentach białych mężczyzn, których słuchali zadeklarowani fani, znający bardzo dobrze ich repertuar. A wieczorami odbywała się prawdziwa seksualna orgia, podczas której bardzo często dochodziło do molestowania i innych naruszeń, a niekiedy po prostu do gwałtów.

Dziś takie imprezy nie mają racji bytu i zepchnięte zostały co najwyżej do bardzo specyficznych nisz, w których - jak w dobrze strzeżonych twierdzach - bronią się zwolenniczki i zwolennicy tradycyjnych gatunków z przeszłości.

Współczesne imprezy opierają się na zupełnie innych zasadach. Zmiany są nieuniknione. Część z nich jest absolutnie nie do przyjęcia dla fanek i fanów tradycyjnych festiwali, część jest niezbędna, żeby te imprezy mogły funkcjonować we współczesnym społeczeństwie. Na kalifornijskim festiwalu wszystkie te procesy skupiły się jak w soczewce i przez cały weekend można je było bardzo dokładnie obserwować.

Muzyka na odległym planie

Po pierwsze: kalifornijski festiwal pokazał, że na tego typu imprezach muzyka sama w sobie jest na coraz dalszym miejscu. Kluczem do podbicia serc publiczności jest dziś raczej przygotowane z rozmachem widowisko. Najwięcej widzów przyciągały i utrzymywały pod sceną dłuższy czas te artystki i artyści, którzy przywieźli do Indio duże, kolorowe scenografie albo prezentowali imponujące wizualizacje i projekcje.
Przykłady można by mnożyć. Jednym z nich z pewnością był wspomniany występ J Balvina, w którym "żywego" grania nie było wcale, za to było mnóstwo fajerwerków. Na bardzo podobnej zasadzie zbudowana była prezentacja innego wykonawcy z latynoskimi korzeniami, znanego jako Bad Bunny. Khalid miał na scenie furgonetkę, znaną z okładki swej nowej płyty, a wielu wykonawców - nowoczesne liderowe efekty świetlne.

2019 Coachella Music And Arts Festival - Bad Bunny2019 Coachella Music And Arts Festival - Bad Bunny Amy Harris / Amy Harris/Invision/AP

Inny przykład to występ grupy The 1975, który składał się w zasadzie z kilkunastu osobnych widowisk: do każdego utworu angielscy artyści przygotowali zupełnie inne wizualizacje, kostiumy, pomysły inscenizacyjne. Trudno było wyjść z tego koncertu nawet nie dlatego, że czekało się na kolejne piosenki, ale raczej żeby sprawdzić, jakie atrakcje będą im towarzyszyć.

Wnioski płynące z obserwacji tego, co działo się na tegorocznej Coachelli są bardzo jasne, tym bardziej że to tylko pełna realizacja zjawisk, których zwiastuny widać już od kilku lat na wielu masowych imprezach, choćby na rodzimym Open’erze. Publiczność nie przyjeżdża już tam przede wszystkim po to, żeby słuchać muzyki. Chodzi raczej o to, żeby potańczyć przy wielkich przebojach, zobaczyć kolorowe widowisko i po prostu bawić się razem z rówieśnikami na świeżym powietrzu.

Koreańska i latynoska inwazja

Po drugie: Coachella pokazała, że zachodni rynek muzyczny oswaja się z koniecznością i zaczyna nieśmiało otwierać na inne kultury i tradycje. Przez kilka pierwszych dekad zachodnia muzyka była przede wszystkim "biała", nawet jeśli biali artyści bez zahamowań czerpali z kulturowego dorobku "czarnych". Potem ci ostatni zyskali samodzielną pozycję na scenie muzycznej, którą ostatnio bardzo mocno poszerzyli za sprawą popularności takich, tradycyjnie "czarnych", gatunków jak hip hop czy r’n’b.

Na Coachelli było wyraźnie widać, że dominacja czarnoskórych artystów we współczesnym popie trwa, a jednocześnie: że z dużą siłą o swoje miejsce domagają się artyści reprezentujący inne tradycje. Dwie najważniejsze to kultura latynoska i azjatycka.

W Kalifornii ten temat jest szczególnie donośny - w tamtejszej demografii obie te grupy zajmują bardzo ważne miejsce, co od dawna ma też mocne odzwierciedlenie w etnicznym składzie publiczności na Coachelli. Nic więc dziwnego, że organizatorki i organizatorzy dbają o to, żeby w programie nie zabrakło przedstawicielek i przedstawicieli tamtejszych scen muzycznych.

W tym roku miało to szczególnie znaczący kontekst: festiwal odbywał się w momencie niemal historycznym, jeśli chodzi o "koreańską inwazję" muzyczną na Zachód. W czasie imprezy cieszący się gigantyczną popularnością boysband BTS wystąpił w telewizyjnym programie "Saturday Night Live", a tuż przed Coachellą światło dzienne ujrzała płyta występującej na nim koreańskiej dziewczęcej formacji Blackpink, której krytycy wróżyli powtórzenie wielkiego sukcesu BTS. Mieli rację: album z miejsca zdobył gigantyczną popularność - teledysk do promującego go singla w ciągu doby obejrzało w serwisie YouTube prawie 57 milionów widzów. To nowy rekord. Wcześniejszy ustanowiła - to bardzo symboliczne w kontekście tegorocznej Coachelli - Ariana Grande, headlinerka festiwalu. Nic więc dziwnego, że pod sceną w czasie występu Blackpink stawił się gęsty tłum.

2019 Coachella Music And Arts Festival - Blackpink2019 Coachella Music And Arts Festival - Blackpink Amy Harris / Amy Harris/Invision/AP

Koncert, pełen energii, tańca, przebojów i uśmiechów do widzów, zebrał świetne opinie. Amerykańscy krytycy nie wahali się używać mocnych słów, pisząc wręcz, że miał historyczne znaczenie. I to nie tylko dlatego, że był pierwszą prezentacją k-popowego zespołu na dużym i ważnym amerykańskim festiwalu.
Wielki moment na tegorocznej Coachelli mieli też muzycy latynoscy. Jedne z najbardziej imponujących widowisk na największej scenie zaprezentowali właśnie oni: J Balvin i pochodzący z Puerto Rico mistrz hiszpańskojęzycznego emo-trapu, Bad Bunny.

Zważywszy na coraz liczniejsze i głośniejsze głosy o potrzebie otwarcia zachodniego rynku muzycznego na inne regiony, barwne występy Azjatek i Latynosów na Coachelli rzeczywiście mogą być zwiastunem nowej ery.

Festiwal bez gitar

Po trzecie: na masowych imprezach muzyka gitarowa jest dziś w kompletnym odwrocie i na bardzo odległym planie. I nie chodzi o jej jakość czy oryginalność - wiele koncertów gitarowych zespołów na teksańskim festiwalu South By Southwest zaledwie kilka tygodni wcześniej dobitnie pokazywało, że scena rockowa, zwłaszcza alternatywna, ma sporo ciekawego do zaprezentowania. Chodzi o to, że masowa publiczność nie jest tym prawie wcale zainteresowana.

Wystarczyło spojrzeć już choćby na program festiwalu, w którym gitarowe zespoły pojawiły się marginalnie, sprawiając wrażenie listka figowego. Ale jeszcze bardziej było to widać pod scenami podczas ich koncertów: te mniej znane zespoły gromadziły dosłownie garstkę widzów i nawet największe rockowe gwiazdy musiały się bardzo starać o to, żeby słuchaczki i słuchacze przyszli na ich koncert i zostali do końca.

Zainteresowanie masowej publiczności przesunęło się dziś zupełnie gdzie indziej. Najwięcej widzów przyciągały koncerty wykonawczyń i wykonawców reprezentujących najróżniejsze odmiany hip-hopu. Co więcej: nie była to tylko publiczność czarnoskóra, jak to było jeszcze kilka lat temu. Dziś do rapowanych przebojów zgodnie bawią się Azjaci, biali i czarni.

Płynna płeć

Po czwarte: Coachella, będąc znakomitym czujnikiem znaczących procesów społecznych i świetnym miejscem do obserwacji tego co ważne dla millenialsów, pokazywała wyraźnie, że dzisiejsza kultura, nawet w tym masowym, festiwalowym wydaniu, mocno odwraca się od binarności płci i za normalność przyjmuje istnienie najróżniejszych orientacji seksualnych.

Wśród gwiazd Coachelli nie brakowało takich, które otwarcie deklarowały swoją nieheteronormatywność czy niebinarność: King Princess określa się jako genderqueer, czyli osoba nie poczuwająca się do żadnej z dwóch tradycyjnych płci, co podkreśla swoim damsko-męskim pseudonimem, Sophie z kolei jest kobietą trans, raperka 070 Shake, o mocno androgynicznym wyglądzie, nie kryje się ze swoim homoseksualizmem. Janelle Monae na zakończenie swojego koncertu opowiadała ze sceny, że jako "osoba queer wychowana na amerykańskiej prowincji" dobrze wie, co to znaczy walka o swoją tożsamość i prawa mniejszości.

Sprawy związane z przynależnością płciową i orientacją seksualną były zresztą na festiwalu obecne na każdym kroku w zupełnie naturalny sposób: na terenie imprezy równie dobrze bawiły się pary jedno- i różnopłciowe, a podział na toalety męskie i damskie był bardzo umowny: organizatorki i organizatorzy zachęcali do wyboru takiej, która byłaby zgodna z własnym odczuciem dotyczącym płci. Płciowe stereotypy łamane były także bardzo mocno na festiwalowych arenach. Jeśli chodzi o artystki i artystów występujących na imprezie, parytet był zachowany. A duża reprezentacja środowiska hip-hopowego pozwalała bez trudu zauważyć, że zaczyna ono uciekać od seksistowskiego, penisocentrycznego i mizoginistycznego stereotypu.

Obok znaczących raperów na scenach pojawiło się także kilka coraz bardziej liczących się w tej grze kobiet, takich jak choćby Rico Nasty, Tierra Whack czy 070 Shake. Ta pierwsza mocno akcentowała na scenie kobiecą seksualność. Ta druga - nawiązując do tytułu swej płyty - zaprosiła widzów do swojego świata: kolorowego i pełnego miękkich kształtów. To wszystko za sprawą barwnej scenografii i animowanych projekcji. Występ trzeciej okazał się natomiast zaskakująco emocjonalny.

2019 Coachella Music And Arts Festival2019 Coachella Music And Arts Festival Amy Harris / Amy Harris/Invision/AP

Drobny, ale znaczący wyłom z konwencji zrobił też artysta znany jako JPEGMAFIA - jeden z najbardziej radykalnych pod względem tekstów i muzyki twórców na dzisiejszej scenie hiphowej. Podkładami pod jego pełen wściekłości występ zajmowała się kobieta i to ona dodawała mu kolorów i energii.

Bezpieczne schronienie przed traumami

Po piąte wreszcie: choć w zasadzie kipiała rozbudzoną seksualnością, Coachella bardzo mocno uciekała od schematu festiwalu jako miejsca erotycznych łowów i areny licznych naruszeń na tym polu.
Organizatorzy mocno dbali o to, żeby podczas imprezy nie dochodziło do molestowania i innych sytuacji przekroczenia granic przyzwolenia. Specjalnie przeszkolone członkinie i członkowie ochrony szybko reagowali na zgłoszenia wszelkich tego typu przypadków. W wielu miejscach na terenie festiwalu umieszczone były informacje o tym, czym jest przyzwolenie na zachowania o charakterze seksualnym i jakie warunki muszą być spełnione, żeby nie doszło do łamania prawa.

Organizatorki i organizatorzy poszli jeszcze krok dalej, jeśli chodzi o zapewnienie uczestniczkom i uczestnikom imprezy poczucia bezpieczeństwa. Na terenie festiwalu działała przestrzeń ochrony, uspokojenia i wyciszenia. Każdy mógł się tam ukryć przed wszelkimi festiwalowymi traumami. Cisza, wygodne fotele, klimatyzacja, a przede wszystkim: stała opieka i wsparcie dyżurujących psycholożek i psychologów - to wszystko pomagało tym, którzy z jakiegoś powodu poczuli się źle podczas imprezy. To też istotny znak czasów i ważna wskazówka dotycząca tego, co dziś ważne na festiwalu.

Więcej o:
Komentarze (13)
Coachella 2019 potwierdza śmierć festiwali muzycznych jakie znaliśmy
Zaloguj się
  • keerk

    Oceniono 14 razy 10

    "Daleko odeszły od modelu, w którym w jednym miejscu w ciągu kilku dni występował na żywo zestaw zespołów, składających się z grających na instrumentach białych mężczyzn, których słuchali zadeklarowani fani, znający bardzo dobrze ich repertuar. A wieczorami odbywała się prawdziwa seksualna orgia, podczas której bardzo często dochodziło do molestowania i innych naruszeń, a niekiedy po prostu do gwałtów." Co to za brednie omg, kto to pisał? 15-latka, która naczytała się feministycznych publikacji o tym jak wyglądały prawdziwe koncerty 15-20 lat temu?? Generalnie z opisu autorki wyjawia się okropna wizja młodych ludzi bez gustu muzycznego, których można łatwo zadowolić kolorowymi świecidełkami scenografii, którzy nie mają ulubionych artystów, mogą za to zamknąć się (na festiwalu!!) w odosobnieniu i porozmawiać z psychologiem o swoich problemach, ujawniając się ze swoją seksualnością, ale nie za bardzo, żeby nikogo nie obrazić i nie molestować. Dramat. Mizeria. Po prostu Coachella zeszła na psy i stała się własną autoparodią i nie ma już żadnych artystycznych ambicji poza tworzeniem eventu dla poprzebieranych młodych ludzi. Słabo. Jednak większość festiali MUZYCZNYCH ma się znakomicie, wbrew temu co pisze natchniona autorka. I tak z pewnością zostanie - na festiwalu, pomimo jego barwności, chodzi jednak głównie muzykę na dobrym poziomie.

  • kenijro

    Oceniono 14 razy 10

    Jeśli muzyka na festiwalu muzycznym się nie liczy, to nie jest to koncert, tylko jakaś inna forma rozrywki, stawiająca na wizualizację i tyle. Krytyka "białych mężczyzn" doprawdy cudowna.

  • kosmyg

    Oceniono 9 razy 7

    Autor najprawdopodobniej to samo napisałby 20 lat temu wybierając się na koncert/festiwal muzyki popularnej. Szoł się liczyło zawsze i nie widzę w tym nic złego, jak się chce posłuchać muzyki to się odpala sprzęt grający lub idzie na koncert do filharmonii na przykład. Na otwartym terenie z tysiącami ludzi dookoła, muzyka schodzi na dalszy plan, ludzie dają się ponieść emocjom i chcą przeżyć coś innego niż siedząc na kanapie. Nie musi się to podobać, ale to logiczne. Litościwym milczeniem pominę te historie o seksualnych orgiach, jak i szok na widok na scenie kogoś innego niż biały mężczyzna. Autor żyje w innym świecie zarówno w kwestii przeszłości, jak i teraźniejszości.

  • mniklasp

    Oceniono 7 razy 5

    Coachella w Kaliforni jest marginalnym zdarzeniem , nie pisze zdarzeniem w kulturze , poniewaz trudno to nazwac muzycznym wydarzeniem . To jest raczej miejsce gdzie czarni i latynosi skacza po scenie trzymajac sie za krocze. Hip hop w slowach albo buntu ,wscieklosci, cynicznego chamstwa wobec kobiet czy politykow lub bog wie co?Im wiecej wybuchow, dymow i "powlajacej"scenografi tym mniej artyzmu i wartosci muzycznych. Sa jedyne rodzynki mozna powiedziec ze Ariana Grande jest dobra , byla tez Lady Gaga, sa to pewne wyjatki . Kibice tych festiwali , czyli fani to rowniez w wiekszosci publicznosc czarno- latynowska. Tak jak ostatnia niedzielna LA Times tak internet zupelnie nie wspomnial o Cochelii. Polscy czytelnicy beda mieli bledne wrazenie czytajac ten artykul ze to wydarznie ma jakas range. Na pewno nie w Kalifornii

  • zlooty666

    Oceniono 5 razy 5

    Czyli kupa. I tyle w temacie o nabijanych w butelkę widzach.

  • harddy

    Oceniono 2 razy 2

    Niewątpliwie autor tekstu czuje że napisał zaj***sty tekst wyznaczający trendy, czuje się z tym świetnie jaki to on alternatywny do bólu. Jeśli na festiwalu muzyka nie ma znaczenia to wydarzenie trudno nazwać festiwalem, tak jak dla mnie odtwarzanie muzyki z taśmy/laptopa czy innego badziewia trudno nazwać koncertem (te wszystkie hip-hopy czy inne DJ-eje).

  • mkk3a

    Oceniono 6 razy 2

    Nigdy o tym nie slyszalem.

  • litecode

    Oceniono 1 raz 1

    Yhm... a 40 lat temu wieszczono rychłe odejście jeansów "do lamusa".
    Podobnie jest np. z rockiem. To nie jest wcale nisza (no chyba, że ktoś wyłącznie radia pewnego "sprawdzonego formatu" słucha i wierzy, że to "prawdziwy świat"). Choć nie jest też "trend". Ale wyróżnić się, wybić łatwo nie jest. Przy czym przez "rock" nie rozumiem wyłącznie jego najcięższych odmian.
    I podobnie jak z jeansami w modzie - nie będą "gwoździem" ekscentrycznych pokazów mody, ciężko też będzie co roku coś "bardzo nowatorskiego i szokującego" zaproponować. Ale będą.
    Zaraz... jak to było z niedoszłą pierwszą wytwórnią Beatelsów? "Panom dziękujemy - era zespołów gitarowych dobiegła już końca."?
    Eh, "prorocy" ;)

  • jedynynormalny

    Oceniono 1 raz 1

    Pszemeg znowu odlecial, juz nikt nie traktuje go powaznie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX