Ręka, noga, mózg na ścianie, czyli o co chodzi z tymi slasherami

Horror to taki gatunek filmowy, którego fenomen trudno wyjaśnić. Bo niby się boimy, oglądamy przez palce, podskakujemy w kinowym fotelu, a jednak nieustannie coś nas do niego ciągnie.

stopklatka tv

Nikt nie ma chyba wątpliwości, że straszenie od dawna jest w cenie, a Freddie Kruger, Jason Voorhees czy Michael Myers to bohaterowie nie mniej popularni niż James Bond. Pewnie też na kilku innych frontach śmiało mogliby rywalizować z agentem 007.

Cicho wszędzie, głucho wszędzie, ktoś zabijał dziś tu będzie

Jednym z najpopularniejszych, a jednocześnie najbardziej lubianych rodzajów horroru jest slasher. Zgadza się, nazwa pochodzi od angielskiego słowa „slash”, czyli ciąć. Reszty zapewne nietrudno się domyślić, bo umówmy się, fabuły nie są tu nazbyt skomplikowane.

Bardzo trafnie opisuje to Wikipedia, podając, że slashery to po prostu filmy, gdzie w miarę rozwoju akcji liczba bohaterów zmniejsza się w „dziwnych” okolicznościach. Tak było w kultowych produkcjach z lat 70., od których de facto wszystko się zaczęło, tak jest i dzisiaj, choć nie ma co ukrywać, że gatunek ten stracił nieco na popularności. Być może brakuje takich twórców jak John Carpenter czy Tobe Hooper, których filmy zdefiniowały reguły, jakimi rządziły się slashery.

Teksańska masakra piłą mechanicznąTeksańska masakra piłą mechaniczną materiały prasowe Stopklatka TV

W gruncie rzeczy nie jest ich zbyt wiele. Ot, grupa mniej lub bardziej dobrych znajomych zupełnie przypadkiem trafia do miejsca, które upodobał sobie psychopatyczny morderca. Może być w masce, nawet z ludzkiej skóry, ale niekoniecznie. Zaczyna się jatka, a im więcej ktoś ma na sumieniu, tym mniejsze ma szanse na to, by przeżyć. Jak widać, cnotliwe życie w tego typu produkcjach zdecydowanie popłaca.

W tym wszystkim jest jednak miejsce na oryginalność. Wie coś o tym Wes Craven, autor kultowej trylogii „Krzyk”, który w swoich filmach postanowił wykpić większość wspomnianych reguł. Slashery to jednak nie tylko strach, ale i odrobina humoru, bowiem parodii takich filmów powstaje od groma. Wystarczy chociażby wspomnieć serię „Straszny film”.

Od piły mechanicznej do sekatora

W kwestii narzędzi zbrodni, gdzie jak gdzie, ale akurat w slasherach panuje prawdziwa wolna amerykanka. Do wyboru, do koloru. Tobe Hooper, reżyser legendarnej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, przyznał kiedyś, że pomysł na film wpadł mu w chwili, gdy stał w kolejce w sklepie z narzędziami, a jego uwagę przykuła wisząca na ścianie piła mechaniczna. Niby banalne, a powstał z tego jeden z najlepszych horrorów w historii, który, co ciekawe, miał bardzo duże problemy z cenzurą, a w wielu krajach został wręcz zakazany. Być może także dlatego, że inspirację stanowiła ponoć postać amerykańskiego seryjnego mordercy Eda Geina.

W 2003 roku filmu Hoopera doczekał się remake’u autorstwa Markusa Nispela, a trzy lata później Jonathan Liebesman nakręcił „Teksańską masakrę piłą mechaniczną: Początek”.

Maczetą posługiwał się z kolei Jason Voorhees, bohater horrorów z serii „Piątek, trzynastego”. A niejaki Cropsy w „Podpaleniu” Tony’ego Maylama używał. ogrodowego sekatora.

Podróże (nie zawsze) kształcą

Slashery zadają też kłam popularnej teorii, że podróże kształcą. Tutaj co najwyżej w desperackiej sztuce przetrwania, choć i tego dostąpią jedynie wybrani. Widać to zwłaszcza w filmach zrealizowanych po 2000 roku, gdzie od egzotycznych lokacji można dostać zawrotu głowy.

W „Turistas” Johna Stockwella grupa amerykańskich przyjaciół podróżuje po pięknych rejonach Brazylii, w „Wolf Creek” Grega McLeana bohaterowie pokonują kolejne kilometry po australijskich bezdrożach, z kolei w „I zapadła ciemność” Marcosa Efrona dane nam jest poznać kawałek Argentyny. Tyle że niezadowoleni będą pewnie właściciele agroturystyki, bo do żadnego z tych miejsc po projekcji wspomnianych filmów raczej nie będziemy bukowali biletów.

Więcej o:
Skomentuj:
Ręka, noga, mózg na ścianie, czyli o co chodzi z tymi slasherami
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX