Horrory w Polsce? Nie istnieją. "Zapomnieliśmy, że kino to przede wszystkim rozrywka" [WYWIAD]

- Marzy mi się, żeby ktoś u nas przerobił "Dziady" na horror. Ballada "Romantyczność"? Kurde, jaki trzymający za jaja film można z tego zrobić - opowiada scenarzysta i reżyser Mariusz Kuczewski, który właśnie pracuje nad swoim kolejnym horrorem "Silent Lake". A ponieważ kino grozy to u nas wymarły gatunek, ekipa filmowa organizuje zbiórkę pieniędzy w sieci.
To oni dwa lata temu sprowadzili watahę zombie do podwarszawskich lasów. Kosztowało ich to 200 zł - dokładnie za tyle można kupić litr sztucznej krwi. Wtedy było śmiesznie, teraz ma być przede wszystkim strasznie.

Podobno pomysł na "Silent Lake" narodził się w trakcie wakacji Kuczewskiego na Mazurach. To ma być pierwsza polska poważna próba odpowiedzi na sukces "Blair Witch Project" czy "Paranormal Activity". Zamiast polskich aktorów, zagrają w nim młodzi Brytyjczycy, bo tak łatwiej będzie znaleźć potencjalnych dystrybutorów.



- Mała łajba, para ludzi, która utknęła gdzieś na małej wysepce na gigantycznym jeziorze. Oni są zamknięci pod pokładem, u góry coś chodzi i trzęsie łódką... Potencjał jest, teraz musimy go tylko wykorzystać - opowiada Mariusz Kuczewski, reżyser i autor scenariusza.

Zdjęcia do filmu ruszą w październiku. Do tego czasu trwa zbiórka pieniędzy w internecie. W zamian za wsparcie ekipa obiecuje promocję albo udział w potencjalnych zyskach. Więcej informacji na temat projektu znajdziecie tutaj.

Mariusz Wiatrak: Inaczej horrorów w Polsce nie da się kręcić?

Mariusz Kuczewski: Chcielibyśmy pozyskać chociaż jakieś minimalne środki. Co prawda "Silent Lake" będzie bardzo niskobudżetowy, ale jednak trzeba będzie ekipę przewieźć, przenocować, wyżywić. Tego się nie uniknie, dlatego staramy się teraz zebrać jak najwięcej pieniędzy, żeby później móc spokojnie kręcić.

Dużo trzeba pieniędzy na taki film?

- Niekoniecznie, poprzedni swój horror nakręciłem za 200 złotych.

O zombie.

- Tak, cały koszt to był litr sztucznej krwi. Resztę nagrałem ze znajomymi w lasku obok domu, część zdjęć powstawała u mnie w ogródku. Ale tamto to była zabawa, zrobiliśmy ten film, żeby sprawdzić, czy się da.

I da się?

- Nie mnie to oceniać. Film był wyświetlany na kilku festiwalach, ludzie go oklaskiwali, śmiali się i o to chodziło. Na pewno nie wywoływał strachu, bardziej rozbawienie. Zombie w Polsce, do tego w województwie mazowieckim? To przecież brzmi jak jakaś bzdura. Teraz chcemy zrobić coś na poważnie i zależy nam na tym, żeby kogoś przestraszyć.

W Polsce? Będzie trudno.

- Na pewno będzie trudno, bo u nas w ogóle nie ma czegoś takiego, jak tradycja kina grozy. Chcemy wzorować się na "Blair Witch Project", "Paranormal Activity" czy "[Rec]", czyli na filmach z niewielkim budżetem, kręconych tanimi kamerami. Czy nam się uda? Nie wiem, ale chcemy pozostać wierni idei mockumentary, nie rzucamy się na żadne fajerwerki czy efekty specjalne.

Miejsce akcji?

- Mazury. Zależało mi na tym, żeby sięgnąć po to, co polskie, czyli w tym wypadku wykorzystać legendy mazurskie. Szczególnie dwie: jedną o diable z wyspy Czarci Ostrów na Śniardwach, drugą o Galindzie, której narzeczony został zamieniony przez czarownicę w żabę. Poza tym lokalizacja: mała łajba, para ludzi, która utknęła gdzieś na małej wysepce na gigantycznym jeziorze. Oni są zamknięci pod pokładem, u góry coś chodzi i trzęsie łódką...

Mnie już przeszły ciarki po plecach!

- Bo w tym jest potencjał, pytanie tylko, czy uda nam się go wykorzystać.

To nie lepiej było zdobyć pieniądze na "Silent Lake" po bożemu? Zaangażować w to jakiegoś bogatego producenta albo studio filmowe?

- W Polsce!? Bez przesady. Owszem, w przyszłym roku będziemy robić duży film z doborową obsadą, ale to będzie komedia. Jestem scenarzystą, współpracuję z wieloma firmami i pamiętam, jak w jednej z nich opowiadałem o swoich planach - o tym, że chciałbym zrobić jakiś klimatyczny thriller albo horror.

I jak zareagowali?

- Popatrzyli na mnie jak na idiotę. Jakbym był niedorozwinięty i nie wiedział, o co mi chodzi. Ostatnio byłem na festiwalu polskich filmów sensacyjnych w Koszalinie, które może nie są w tak fatalnej kondycji, jak horrory, ale mają ze sobą wiele wspólnego. Na debacie z twórcami, którą prowadził Tomasz Raczek, siedziały trzy osoby. W tym dwóch lokalnych dziennikarzy.

Smutno.

- Raczek słusznie wtedy zauważył, że jeżeli młody reżyser na egzaminie do łódzkiej filmówki przyzna się do tego, że jego ulubionym filmem są "Gwiezdne wojny", to do drugiego etapu już nie przejdzie. Tam trzeba kochać kino Hasa albo Kieślowskiego, chociaż Kieślowskim lepiej się chwalić w Katowicach. Wystarczy przyjrzeć się ostatnim filmom zrealizowanym przez młodą falę polskich reżyserów. Głównie są to smutne historie o nieszczęśliwych ludziach, którzy na końcu umierają.

Brzmi prawie jak horror!

- Tak, ale w wersji polskiej, czyli kino moralnego niepokoju non stop, którego nikt nie ogląda, poza środowiskiem filmowym, urządzającym sobie później różne festiwale. Jak na przykład festiwal filmów polskich w Los Angeles... Zupełne kuriozum. Nie narzekam, wiem tylko, że to bolączka wszystkich młodych ludzi, którzy chcą w tym kraju robić kino inne niż psychologiczne dramaty.

Jesteś po szkole filmowej?

- Studiowałem na wydziale reżyserii w Krakowskiej Szkole Filmu i Komunikacji Audiowizualnej. Pamiętam zajęcia z adaptacji filmowej, gdzie przez cały semestr piłowaliśmy Hasa i opowiadaliśmy o tym, dlaczego jest tak wybitny. Sytuacja jak z Gombrowicza. Gdzieś po drodze wszyscy zapomnieli, że kino powstało jako jarmarczna rozrywka i tak powinno być przede wszystkim traktowane. Kino ma funkcję użytkową, dopiero później można traktować je jako sztukę. Jak chcę się rozerwać, kupuję popcorn, colę i idę z dziewczyną do kina. Film może nas rozśmieszyć, przestraszyć albo zanudzić. Polskie kino, niestety, nudzi.

Ale mamy już za sobą kilka "superprodukcji" - była "Bitwa Warszawska", będzie "Bitwa pod Wiedniem" - i nie wychodzi nam to najlepiej. Może my nie potrafimy robić takiego kina?

- Potrafilibyśmy, gdyby przykładano u nas odpowiednią wagę do scenariusza. Zdolnych scenarzystów mamy całe mnóstwo, ale brakuje script doctorów, czyli osób, których główną rolą jest poprawianie po innych. U nas scenariusz traktuje się jak dzieło skończone. Ktoś napisał scenariusz, postawił kropkę i, wow, wszyscy klękajcie. Skoro jeden z producentów był w stanie sprowadzić script doctora ze Stanów, żeby nakręcić komedię, dlaczego nie mógłby zaryzykować i zrobić tego samego z horrorem?

Hiszpanie mają to już przerobione i udowodnili , że wcale nie trzeba pracować w Hollywood, żeby zrobić niezły horror.

- "[Rec]" zrobili nawet dużo lepiej niż amerykański remake, czyli "Kwarantannę". W "Labiryncie fauna" fajnie nawiązali do legend i historii mocno osadzonych w ich kulturze. Marzy mi się, żeby ktoś tak u nas wykorzystał na przykład "Dziady", które mają ogromny potencjał na horror. Ballada "Romantyczność"? Kurde, ile trzymających za jaja horrorów można by zrobić adaptując rodzime dzieła literackie.

Ile mniej więcej powstaje horrorów w Polsce?

- Profesjonalnych nie ma w ogóle, nieprofesjonalnych - trudno powiedzieć. Jest taka impreza w Trójmieście, "VHS Hell", organizowana przez byłego studenta filmoznawstwa. Puszczane tam są najgorsze horrory. Z cyklu: urywa się plastikowa ręka, a tam leje się 40 litrów krwi. Przychodzą na nie tłumy, ludzie odchodzą z kwitkiem.

Czyli publiczność mamy.

- I to sporą.

To dlaczego kręcisz film z brytyjskimi aktorami?

- Bo jednak chciałbym, żeby ten film znalazł jakąś dystrybucję. Jeśli zrobilibyśmy go po polsku, to zadanie byłoby praktycznie niemożliwe. Niestety wiem, że w Polsce nie znajdę żadnego dystrybutora, który nie patrzyłby na mnie jak na idiotę.

Ile potrzebujecie?

- Jak się ma dobre chęci, to wystarczy tak naprawdę tyle, żeby raz dziennie zjeść ciepłą zupę i mieć gdzie przenocować. "Silent Lake" też będzie robiony po kosztach, ale musimy jednak tych aktorów przewieźć, wyżywić, przenocować i jeszcze zorganizować sprzęt. Wiadomo, że wszystko będzie robione po kosztach, ale jeśli chcemy mieć fajny dźwięk, obraz, montaż i łódkę, na której będzie można to wszystko nakręcić, potrzebujemy około 30 tys. zł.

Myślisz, że inwestorom zwrócą się te pieniądze?

- Wiele osób się ze mnie śmieje, ale ja w to wierzę. Inaczej bym tego nie robił. Skoro "Paranormal Activity" kosztował 15 tys. dolarów, a przyniósł 300 mln zysków, to znaczy, że można na tym zarobić. Marzy mi się, żeby udało nam się chociaż załatwić dystrybucję międzynarodową. Zamknęłoby to usta tym wszystkim niedowiarkom. To dla mnie zadziwiające, bo jeśli ktoś kocha kino, to znaczy, że wychował się tylko na Kieślowskim, Zanussim i Hasie? Nie oglądał nigdy "Lśnienia", nie widział żadnego dobrego horroru, filmu science fiction albo sensacji? Skoro takie filmy na świecie sprzedają się najlepiej, dlaczego żaden z producentów nie może uwierzyć w to, że takie filmy mogą też sprzedawać się w Polsce?

To ile kosztuje butelka sztucznej krwi?

- Parę złotych. Istnieją firmy specjalizujące się w charakteryzacji filmowej. Można tam znaleźć np. silikonowe rany, które nakleja się na gardło, zalewa sztuczną krwią i wygląda to naprawdę tak, jakby ktoś ci je poderżnął. Ale i tak moim największym odkryciem jest forum PCK.

???

- To dla mnie fenomen. Ratownicy służb medycznych częstą organizują pokazy pierwszej pomocy i używają w tym celu różnych rekwizytów. W tym także sztucznych ran. Jest tam mnóstwo przepisów: np. wystarczy uformować ciasto z mąki, soli i wody. Naklejasz to, przycinasz, zalewasz krwią i wygląda jak prawdziwe. Kręcisz jakiś horror? Zapomnij o PISF-ie, idź do PCK.