"Sęp" - wreszcie kasowy polski thriller? Żebrowski: "Dlaczego mamy robić tylko nudne filmy?" [WYWIAD]

- Wszyscy wiemy, że jesteśmy filmową prowincją. Nie dlatego, że brakuje nam tematów czy talentów, ale dlatego, że w warstwie rzemieślniczej czy warsztatowej jesteśmy jakieś 40 lat do tyłu - mówi Michał Żebrowski, odtwórca głównej roli w "Sępie" zapowiadanym jako polska odpowiedź na "Infiltrację". Doczekamy się wreszcie pierwszego kasowego polskiego thrillera od lat? Dziś premiera filmu.
"Przyzwoita sensacja, tylko gdzie scenariusz?". Paweł T. Felis recenzuje "Sępa" >>

Mariusz Wiatrak: Jaki polski film sensacyjny ostatnio pan oglądał?

Michał Żebrowski: Hm... No cóż... Heh...

Trudne pytanie?

- Nie da się ukryć, filmów gatunkowych, zwłaszcza sensacyjnych, mamy bardzo niewiele. Tym bardziej cieszę się, że taka próba została przez nas podjęta, szczególnie że reżyserem i scenarzystą jest mój wieloletni wspólnik, przyjaciel i dyrektor artystyczny teatru 6. Piętro - Eugeniusz Korin.

Postać dotychczas związana przede wszystkim z teatrem.

- Tak i pamiętam, że kiedy zaczynaliśmy wiele lat temu produkować razem spektakle, Eugeniusz zapytał mnie, dlaczego nie gram w filmach sensacyjnych. Odpowiedziałem, że owszem, było kilka propozycji, ale je odrzuciłem. Poprosił, żebym pokazał mu te scenariusze, przeczytał je i stwierdził, że mi się nie dziwi. A potem życzył mi, żebym mimo wszystko kiedyś jakąś dobrą rolę w filmie sensacyjnym dostał, bo każdy rasowy aktor, zwłaszcza filmowy, powinien mieć w dorobku dobrą rolę kryminalną.



Co było dalej?

- Pół roku później Eugeniusz przyniósł mi scenariusz gruby jak encyklopedia. Dostał za niego w PISF prawie maksymalną ilość punktów, znaleźli się młodzi producenci, którzy chcieli przebojem wejść na rynek filmowy i po latach wysiłku, organizacji, przygotowań, ruszyły zdjęcie do "Sępa".

Historia prawie jak z bajki.

- Ale początkowo sam sceptycznie odnosiłem się do pracy nad tak potężnym projektem z reżyserem, który ma co prawda imponujący i niezaprzeczalny dorobek teatralny, ale nie filmowy, a kino, jak wiadomo, to zupełnie inna materia. Zdarzają się jednak wyjątki. Pamiętajmy, że "American Beauty", film, który zgarnął pięć Oscarów, był debiutem reżysera, który do tamtej pory pracował wyłącznie na scenie.

Ostatnio też mieliśmy ciekawy przykład reżysera, wywodzącego się ze świata teatralnego, który zadebiutował w kinie w wielkim stylu - Martin McDonagh, autor "In Bruges" czy "Siedmiu psychopatów".

- Proszę pana, o Martinie McDonaghu nie musi mi pan nic mówić, bo ja o nim wiem wszystko. Tacy ludzie, jak McDonagh czy Yasmin Reza, czyli osoby o wielkim talencie dramaturgicznym, zdarzają się raz na 50 lat. Widziałem filmy McDonagha i w warstwie literackiej są one oczywiście zachwycające, ale muszę powiedzieć... No dobra, nie chcę go krytykować za reżyserię, ale nie jest tajemnicą, że dzisiaj o wiele łatwiej pozyskać pieniądze na efekty specjalne, zdjęcia, rekwizyty, scenografię, a nie tekst, a tak naprawdę to, co jest cenne w tej pracy, to właśnie scenariusz. Reżyser, czyli dyrygent, musi umieć z literatury wycisnąć maksimum sensu i wiarygodności.

W "Sępie" to się udało?

- Eugeniusz od początku siedział na bardzo wysokim koniu. Nie dość, że napisał coś, co było bardzo ciekawe, to jeszcze musiał udowodnić tym wszystkim starym wyjadaczom, że wie, jak to opowiedzieć. Mieliśmy niezliczoną ilość prób, siedzieliśmy długo nad rolami, bo chcieliśmy, żeby plan filmowy już był tylko miejscem, gdzie nagrywa się materiał. Tak naprawdę film powstaje przy stoliku w sali prób, a nie na planie, jak to często w Polsce bywa.



Jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z młodym scenarzystą, Mariuszem Kuczewskim, który skarżył się, że scenariusze w Polsce traktuje się po macoszemu.

- Zgadza się, ale mimo wszystko dzieje się u nas coraz lepiej i powstaje coraz więcej produkcji, które skupiają na sobie uwagę krytyki i szerszej publiczności, choć wszyscy przecież wiemy, że jesteśmy filmową prowincją. Nie dlatego, że brakuje nam tematów czy talentów, ale dlatego, że w warstwie rzemieślniczej czy warsztatowej jesteśmy jakieś dobre 40 lat do tyłu.

Przykład?

- Bardzo prosty: w latach 20. ubiegłego wieku wymyślono coś takiego, jak storyboard. Rasowy reżyser nie tknie bez niego filmu. Natomiast dzisiaj w Polsce, po niemal 100 latach, wciąż nie ma ani jednej firmy, która by się tym profesjonalnie zajmowała. Jest całe mnóstwo utalentowanych filmowców, którzy wiedzą, gdzie postawić kamerę i jak efektownie opowiedzieć scenę, ale ich przekleństwem jest to, że muszą przechodzić do historii kina nie jako reżyserzy filmowi, tylko jako scenarzyści i reżyserzy. To jest duży problem.

Niektórzy twierdzą, że ten problem zaczyna się już na etapie szkoły filmowej: ponoć na pytanie o ulubiony film pod żadnym pozorem nie wolno odpowiadać, że "Gwiezdne wojny". Preferowany jest Kieślowski.

- Kieślowskiego bym w to nie mieszał, bo on akurat doskonale wiedział, co to jest kino gatunkowe i dlatego właśnie osiągnął tak wielki sukces na świecie - bodaj największy sukces w historii polskiego kina. W pewnym sensie oznaczył świat filmowy swoim własnym gatunkiem. Wiele gwiazd chciało z nim pracować, bo wiedzieli, że jego filmy mają taki, a nie inny klimat i tak, a nie inaczej wyglądają. Kieślowski doskonale wiedział, co oznacza gatunek w kinie.

Zapomnieliśmy, że filmy to przede wszystkim rozrywka?

- Dzielenie kina na komercyjne i artystyczne jest bardzo fałszywe. U nas zazwyczaj krytycy dzielą filmy na tzw. rozrywkowe, czyli takie, które ogląda się z przyjemnością i rozumie się, o co w nich chodzi, i na takie, w których człowiek z posępną miną siedzi w fotelu, nic nie rozumie, ale docenia ich wartość artystyczną, która polega chyba tylko na tym, że film jest smutny i głęboki, ale nie wiadomo do końca, na czym ta głębia i smutek polega. Poza tym może, że cały czas bolą nas cztery litery.

Amerykanie już dawno wymyślili, że można opowiadać o rzeczach uniwersalnych, istotnych, ważnych, bolesnych w taki sposób, żeby nie nudzić publiczności. Na końcu i tak zostaje człowiek przy kasie wydający swoje oszczędności - właśnie po to, żeby zapomnieć o tym, że życie jest ciężkie. Dlaczego mamy mu fundować filmy, które zwyczajnie są nudne? I dlaczego w ogóle mamy nie mówić, że coś jest nudne?



Czyli zakolegował się pan ze słowem komercja?

- Niech pan mi teraz odpowie - "Amadeusz" Formana. Co to jest według pana: komercja czy sztuka?

Jedno i drugie.

- A "Lot nad kukułczym gniazdem"? To komercja czy sztuka?

Tak samo.

- I to jest dla mnie ideał. Po prostu są dobrzy reżyserzy i słabi reżyserzy - to jedyne słuszne kryterium.

"Sęp" od początku porównywany był do "Infiltracji". Nie bez przesady?

- Porównanie może mało skromne, bo wiadomo, że "Infiltracja" jest genialnym filmem, ale moim zdaniem polska publiczność będzie miło zaskoczona. Nie mówię tego, jako aktor, który reklamuje ten film, bo ma to zapisane w kontrakcie, tylko jako osoba, która naprawdę cieszy się, że ten film powstał i, niezależnie od tego, jakie będę recenzje, go się nie wstydzi.

To dlaczego wcześniej pan odrzucał role w filmach sensacyjnych?

- To był czas, kiedy stałem się tzw. aktorem kasowym. Pojawiło się mnóstwo osób, które chciały, żebym wystąpił w ich filmach, ale ja jako aktor nie widziałem powodu, żeby to robić. Nie było czego tam grać po prostu. Teraz na przykład występuję w "Na dobre i na złe" - z olbrzymią satysfakcją i swoją, i publiczności. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy i mówią: "Boże, jak pan fajnie gra tego łajdaka". Nie przeszkadza mi występowanie w serialu, ale pod warunkiem, że tam jest materiał do gry.

To jest frajda, że można sobie teatralną rolę, przerysowaną, charakterystyczną zagrać nie dla 600 widzów, jak to jest w teatrze, tylko dla sześciu milionów, bo tyle ma nasz serial. I proszę mi wierzyć: tam jest co robić. Jest charakter, dowcip, cynizm, ciekawa postać. To zresztą ciekawe, że najlepsze amerykańskie seriale gromadzą trzymilionową widownię, natomiast "Na dobre i na zła" ma dwa razy tyle.

Wierzy pan sukces w "Sępa"?

- Wierzę w to, że "Sęp" mocno chwyci widzów w swoje szpony i nie wypuści jeszcze kilka dni obejrzeniu filmu.



Więcej o: