Wreszcie polska komedia, która nie obraża widza. I się podoba! Muskała: "Widocznie ludzie tęsknią za takim kinem" [WYWIAD]

- Ani w ogóle nie interesowało, czy będzie miała w swoim filmie aktorów teatralnych, celebrytów czy naturszczyków. Ona szukała, kto jej pasuje do roli, a później sprawdzała, czy w tej roli jest dobry. Tak powinno się robić filmy - opowiada Gabriela Muskała, odtwórczyni jednej z głównych ról w "Być jak Kazimierz Deyna", bezpretensjonalnej i wreszcie udanej polskiej komedii.
To miała być jedna z filmowych niespodzianek tego roku i wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie. "Być jak Kazimierz Deyna", komedia Anny Wieczur-Bluszcz została uznana za najlepszy polski debiut fabularny na Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. Nie znajdziecie tutaj Borysza Szyca i Tomasza Karolaka, jest za to sporo świetnej gry aktorskiej (występują m.in. Przemysław Bluszcz, Gabriela Muskała, Jerzy Trela i Marcin Korcz) oraz ciepłego, inteligentnego humoru, który nie obraża widza. Recenzje? Zaskakująco pozytywne, choć wad oczywiście mu nie brakuje.

"Są filmy, które mimo pewnej sztywności, a nawet jaskrawej konwencjonalności lubi się od pierwszego do ostatniego ujęcia. Wystrzałowa komedia Anny Wieczur-Bluszcz >>Być jak Kazimierz Deyna<< należy właśnie do tej kategorii" - recenzuje "Polityka". "Na tle pozostałych polskich komedii ostatnich lat to coś naprawdę świetnego. Ale bez tego tła - totalny średniak. Przede wszystkim jednak film, który naprawdę przyjemnie się ogląda" - dodaje Marek Kuprowski w naszym cyklu "To Jest Kino".

I ZAGRAŁAM, ZE SKRZYDŁAMI U RAMION - WYWIAD Z GABRIELĄ MUSKAŁĄ

Mariusz Wiatrak: Świetna ta pani rola!

Gabriela Muskała: Tak? Widział pan?

Przedwczoraj w kinie.

- A ja wczoraj na premierze, już chyba czwarty raz oglądałam ten film. I za każdym razem mnie zaskakuje, znów dałam się rozśmieszyć i odkryłam nowe niuanse, których wcześniej nie zauważyłam.

Pamięta pani jakąś komedię, która wywoływała w pani podobne emocje?

- Hm... nie wiem czy podobne... Ale jeżeli istnieje w kinie coś takiego, jak katharsis, emocjonalne oczyszczenie śmiechem, to przeżyłam coś takiego oglądając scenę z maszyną do karmienia robotnika w filmie "Dzisiejsze czasy" Chaplina... A z współczesnych komedii na przykład na "Małej Miss" śmiałam się tak bardzo, że nie mogłam złapać tchu, a jednocześnie płakałam ze wzruszenia. Po projekcji miałam bordowe wypieki na twarzy z tej dziwnej mieszanki skrajnych emocji. Przepiękny film. Takie komedie bardzo lubię.

A coś z polskich produkcji?

- Teraz trudno mi sobie przypomnieć... Bardzo lubię komedie Barei, uwielbiam absurdalny humor "Rejsu", i wszystkie filmy z duetem Himilsbach-Maklakiewicz, kocham "Misia", "Seksmisję", te komedie powalały mnie zupełnie. Albo serial "Kariera Nikodema Dyzmy" z Romanem Wilhelmim, który był genialnym aktorem, również komediowym. A z ostatnich lat? Nie wiem, jak sobie przypomnę, to panu powiem.



Nie miała pani oporów przed udziałem w filmie "Być jak Kazimierz Deyna"?

- Nie, absolutnie, po pierwszym spotkaniu z Anią czułam, że to będzie ciekawy projekt. Co więcej, to się spotkało z jakąś moją wielką tęsknotą do komedii, od której zaczynałam swoją zawodową drogę i w której czuję się jak ryba w wodzie. Później przez lata byłam obsadzana przede wszystkim w rolach dramatycznych, i też je kocham bardzo, ale po długim czasie nurkowania w takich ciężkich klimatach brakowało mi już dla odmiany czegoś jaśniejszego, lżejszego, jakiejś groteski, dystansu. Kiedy pojawiła się Ania z "Deyną", właściwie nie miałam wątpliwości, że chcę zagrać w tym filmie. I zagrałam, ze skrzydłami u ramion.

Wierzy pani, że ten rodzaj humoru, bez wulgaryzmów, bez prostackich żartów, może się w kinach sprzedać?

- Oczywiście! Zresztą trochę tych wulgaryzmów jednak tam jest...

Pani sama ma taką scenę... Jezu, ale tam pani przeklina.

- A żeby pan wiedział z jaką przyjemnością! Inni też przeklinają, tylko że w tym filmie, w tej konwencji, te wulgaryzmy w ogóle nie rażą. Wie pan, mnie się wydaje, że to jest tak świeża forma i tak wiarygodne przedstawienie świata z lat 70., 80. i 90., z piękną scenografią, postaciami, z którymi ludzie mogą się utożsamić, że dla jednych to będzie sentymentalna podróż do przeszłości, dla innych jakaś pozytywna i jednocześnie zabawna lekcja historii. Widziałam w kinie, jak publiczność wybuchała kilka razy śmiechem już przy samym zwiastunie. To dobrze zapowiada, widocznie ludzie tęsknią za czymś takim.

Teraz film zbiera niezłe recenzje, ale wcale tak nie musiało być - "Być jak Kazimierz Deyna" to przecież debiut Anny Wieczur-Bluszcz.

- Nigdy nie traktuję debiutantów jako potencjalnego ryzyka dla siebie. Często jest tak, że oni bardziej wiedzą, o czym chcą zrobić film niż niejeden doświadczony reżyser. Ja zawsze przed podjęciem decyzji o ewentualnym udziale w projekcie spotykam się z reżyserem i z nim rozmawiam. Jeśli wyczuwam, że nie bardzo wie, czego chce i mówi: "Pani Gabrysiu, jest pani zdolna, ładnie mi pani zagra, jakoś się to ułoży, mamy też fajnego montażystę, coś się z tego zmontuje", to zapala mi się czerwona lampka. Natomiast jeśli reżyser jest przygotowany, wie dlaczego chce opowiedzieć właśnie tę a nie inną historię, to wtedy naprawdę nie ma znaczenia, czy to jego pierwszy, czy pięćdziesiąty pierwszy film...



A spotkanie z Jerzym Trelą na planie?

- Wielki zaszczyt i wielka radość. Pana Jerzego podziwiam od wielu lat za wybitne role. Tutaj fantastycznie wpasował się w historię... nie gra, tylko jest. Ale podobnie było z innymi aktorami - fantastyczny Przemek Bluszcz, Marcin Korcz czy Michał Piela. Mogłabym długo wymieniać. Ania zrobiła solidny casting i to widać. Zresztą dobra obsada to już połowa sukcesu.

Ale bez żelaznego zestawu: Borys Szyc, Tomasz Karolak, Piotr Adamczyk. To tak można?

- No, widzi pan, można. Ania postawiła na historię i aktorów, którzy pasują do ról, a niekoniecznie są znani. Chociaż jest w obsadzie m.in. Małgorzata Socha, popularna, ale też bardzo dobra aktorka, która tutaj świetnie zagrała postać nauczycielki. Myślę, że Ani w ogóle nie interesowało, czy będzie miała w swoim filmie aktorów teatralnych, celebrytów czy naturszczyków. Ona szukała, kto jej pasuje do roli, a później sprawdzała, czy w tej roli jest dobry. I to jest wielki plus dla niej jako debiutantki. Odważyła się podjąć ryzyko, nie poszła na łatwiznę i zwyciężyła.

To przypomniała się pani ta komedia?

- Yyyy... Tak, był film, na którym nie tak dawno umierałam ze śmiechu. Ale niestety nie mogę podać tytułu, bo w zamierzeniu autorów był to... dramat.