Wreszcie udany (i straszny) polski horror? A jednak można. Zobacz zapowiedź "Silent Lake" [ZDJĘCIA i WIDEO]

Widzieliście kiedyś polski zwiastun, który wciąga, intryguje i jeszcze - uwaga - wywołuje dreszczyk? No to macie okazję. Do sieci trafiła zapowiedź "Silent Lake" - najnowszego horroru znad Wisły. Twórcy zdobyli na niego fundusze w sieci po publikacji naszego artykułu. Teraz walczą o sukces za granicą. Widzieliśmy już film i nie będzie w tym przesady: on naprawdę straszy.
Ponoć Sam Raimi, twórca "Martwego zła", dziś jeden z najbardziej wziętych hollywoodzkich reżyserów, usłyszał: - Panowie, może "Przeminęło z wiatrem" to nie jest, ale da się na tym zarobić.

I zarobili. Produkcja jego debiutanckiego horroru z 1981 r., szalonej mieszanki kina grozy z ociekającym czarnym humorem filmowym pastiszem, kosztowała niespełna 400 tys. dolarów. Zarobiła - nie licząc kontynuacji i ostatniego remake'u - 2,4 mln. Dziś "Martwe zło" cieszy się statusem dzieła kultowego.



Wierni idei mockumentary

Oczywiście sukces Raimiego trudno powtórzyć, ale wcale nie był czymś wyjątkowym. Cały świat do dziś pamięta film "[Rec]", hiszpański przebój, który kosztował 1,5 mln dolarów, zarobił blisko 28 mln i doczekał się amerykańskiej - przemianowanej na "Quarantine" - wersji. Ale bank w ostatnich latach i tak rozbił inny przebój - "Paranormal Activity" Orena Peli. Produkcja zrealizowanego w formule mockumentary, czyli fałszywego dokumentu, horroru pochłonęła zaledwie kilkanaście tysięcy dolarów - wpływy z biletów w kinach wyniosły blisko 200 mln.

Czy podobny efekt uda się osiągnąć w Polsce? Twórcy "Silent Lake" wierzą, że tak, choć od początku zapowiadali, że łatwo nie będzie. - U nas w ogóle nie ma czegoś takiego, jak tradycja kina grozy. Chcemy wzorować się na "Blair Witch Project", "Paranormal Activity" czy "[Rec]", czyli na filmach z niewielkim budżetem, kręconych tanimi kamerami - deklarował Mariusz Kuczewski, reżyser i scenarzysta "Silent Lake". - Czy nam się uda? Nie wiem, ale nie rzucamy się na żadne fajerwerki czy efekty specjalne, chcemy pozostać wierni idei mockumentary.



"Pieniądze z PISF? Chcieliśmy szybko działać"

Potwierdzają to liczby, wciąż skromne w porównaniu z budżetami, jakimi dysponują zagraniczne produkcje. Nakręcenie polskiego horroru kosztowało ok. 50 tys. zł - tyle polska ekipa miała w gotówce. Reszta to własny sprzęt, poświęcony czas i zaangażowanie przyjaciół. No i nie szukali wsparcia w oficjalnych instytucjach, jak PISF, bo to, jak twierdzą, zajęłoby zbyt wiele czasu, a oni chcieli szybko zadziałać.

- Głównym założeniem od początku było szukanie finansów i reklamy w internecie - opowiada Wojciech Stuchlik, producent "Silent Lake". Potencjalnym inwestorom oferował reklamę albo udziały. - I to się udało, pomógł Facebook, pomógł serwis Indiegogo, pomógł artykuł na waszym portalu. Odezwali się do nas inwestorzy z Holandii, dzięki czemu mogliśmy sfinansować nasz projekt.

Kliknij, żeby zobaczyć więcej fotosów i zdjęć z planu "Silent Lake" >>

Dlaczego pieniądze z sieci, a nie ze zwykłych dotacji? Bo horror to specyficzny gatunek, zwłaszcza mało popularny w Polsce. Strach, napięcie, zdenerwowanie, lęk - nie wszyscy lubią te emocje, ale na świecie mają całą rzeszę fanów.

Kuczewski: - Wiadomo, im mniej pieniędzy, tym trudniej. Gdybyśmy mieli większy budżet, mielibyśmy więcej dni zdjęciowych i mielibyśmy więcej czasu na pracę, a więc i film byłby lepszy.

Cudze chwalimy, a swojego się nie boimy

Najważniejsza jednak i tak pozostaje historia. Tutaj ekipa filmowa od początku miała plan: nawiązać do tego, co polskie. Szczególnie do dwóch legend mazurskich: jedną o diable z wyspy Czarci Ostrów na Śniardwach, drugą o Galindzie, której narzeczony został zamieniony przez czarownicę w żabę. W to wszystko została wplątana historia dwóch braci, jednego z Anglii, drugiego z Polski, którzy gubią się gdzieś na mazurskim jeziorze. Tam się wszystko zaczyna.

- Mamy niesamowity potencjał - czy to w literaturze, czy w ludowych wierzeniach i legendach - komentuje Kuczewski. - W Polsce w każdym zamku straszy, każdy z nich ma swoją białą damę, mamy cały poczet diabłów, stworów, strzyg, ale z jakiegoś powodu nikt z tego w polskim kinie, może poza "Wilczycą" Piestraka, jeszcze nie skorzystał.

"Silent Lake" w całości zrealizowany został po angielsku. Chodziło o to, żeby dotrzeć do jak największej liczby widzów, bo to rynek angielski siłą rzeczy wciąż daje najwięcej możliwości. Nawiązali już współpracę z agentem w Kalifornii, zainteresowany jest dystrybutor w Londynie. Odbyły się też już pierwsze pokazy - w tym w siedzibie NBCUniversal w Londynie, gdzie został nieźle przyjęty.

Zagadką wciąż jest Polska

Stuchlik: - Branża filmowa to biznes i jako producent nie ukrywam, że rachunek ekonomiczny ma dla nas znaczenie.

A czy są zadowoleni ze swojej pracy? - Będziemy, jeśli to ludzie będą zadowoleni. Na razie docierają do mnie głosy, że jest nieźle. Co będzie dalej? Zobaczymy, jak film zostanie odebrany na festiwalach, przeglądach, co powiedzą agenci - mówi Kuczewski. I zaraz dodaje: - Zagadką wciąż dla nas pozostaje Polska. Nie wiem, czy znajdzie się dystrybutor, który będzie miał odwagę, żeby coś tak innego w polskich kinach pokazać.

Niezależnie od wyniku, panowie szykują już kolejny projekt, jeszcze bardziej międzynarodowy - tym razem z akcją w Tajlandii.

Młodzi na Kinoplex.pl. Filmy polskich debiutantów znajdziesz TUTAJ >>

Więcej o: