Bilet na Księżyc ***

Polska 2013. Reż. Jacek Bromski. Aktorzy: Filip Pławiak, Mateusz Kościukiewicz, Anna Przybylska, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat
Nostalgiczna komedia o PRL-u z mini-wykładami o świecie, którego młodzi nie mogą już pamiętać.

"Mówiłam ci, żebyś się zapisał do partii. Inaczej nigdy nic nie osiągniesz" - mówi w filmie Jacka Bromskiego matka głównych bohaterów do swojego męża. Jeśli coś PRL-owską rzeczywistość wyróżnia, to ciągła gra w przechytrzanie systemu, na zasadzie "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek". W pewnym sensie Bromski idzie podobną drogą, jak Borcuch we "Wszystko co kocham" - Polskę sprzed lat pokazuje bez martyrologii, oczami młodych, dla których ważniejszy od polityki jest pierwszy seks. Ale różnica w rozłożeniu akcentów jest zasadnicza: u Borcucha, chociaż tłem był stan wojenny, komunistyczna codzienność istniała wyłącznie na trzecim planie. U Bromskiego przeciwnie - ten film to, można odnieść wrażenie, swoisty przewodnik po życiu zwykłych ludzi w PRL-u. Głównie dla tych (bo obraz skierowany jest oczywiście do młodego widza), którzy tamtego czasu pamiętać nie mogą.



Pomaga w tym epizodyczna struktura - "Bilet na Księżyc" jest przecież kinem drogi, a fabularną osią staje się podróż Adama (w tej roli Filip Pławiak) i jego brata Antka (wreszcie mniej poważna rola Mateusza Kościukiewicza) do Świnoujścia, gdzie pierwszy z nich ma zacząć trzyletnią służbę w wojsku. Antek chce wreszcie brata rozdziewiczyć, chce w nim rozbudzić zachłanność na życie, kobiety i różnej maści przyjemności, tyle że w tych inicjacyjnych perturbacjach ciągle odzywa się echem PRL. Nie trzeba kupować biletu na pociąg, bo przecież skrót PKP oznacza "płać konduktorowi połowę". W hotelach zameldować się razem mogą wyłącznie małżonkowie, co nie znaczy, że nie da się recepcjonisty łatwo przekupić, by wpuścić prostytutkę.

Chwilami można zresztą odnieść wrażenie, że bohaterowie wychodzą ze swoich ról i niejako na zasadzie parabazy tłumaczą widzowi swój groteskowy świat. Świat, w którym Gierek ma wpływ nawet na to, ile wody będzie w kiełbasie, a mąki w schabowym, świat, w którym wszystko załatwia się łapówką, w karierze pomaga rys donosicielski, a najgorszym przestępstwem jest zadzieranie z ubekiem i milicjantem. Tyle że ów pomysł, powtarzany do znudzenia, zaczyna coraz bardziej drażnić: nie tyle poznajemy ten świat, co raczej słyszymy o nim w publicystycznych mini-wykładach.

Bromski nakręcił nostalgiczną, popularną komedię, napędzaną żartem i muzycznymi hitami z dawnych lat: szkoda tylko, że narracyjną lekkość przygniótł tak mocno rys dydaktyczno-mentorski. Ale nie brak też smaczków - choćby rola wciąż niedocenionej przez kino Anny Przybylskiej czy sympatyczny epizod Andrzeja Chyry. No i puenta: w tej rzeczywistości, jak świetnie pokazuje przykład cwaniaczkowatego Antka, da się żyć. Co nie znaczy, że nie byłoby lepiej żyć jednak gdzie indziej.